[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Wyczuwam w twoimgłosie ironię.Teraz w lewo.- Jesteśpewna?- spytał, bo droga wyglądała na jeszczemniej uczęszczaną niż ta,po której dotądjechali.- Jestem.Przecież chcesz się dostać do lasu?Chyba nieautostradą?- Mówisz, że wyczuwasz w moim głosie ironię?- zmienił temat. -Nazwałbym to raczej zmęczeniem.Od prawiepółtorej doby praktycznie nie spałem.A jeśli chodzi o policję, to musząbyć w to zamieszani funkcjonariusze naprawdęwysokiego szczebla.Byle krawężniknie wrobi Boguducha winnego człowieka wpotrójne morderstwo.- Mówisz o sobie?-A jak myślisz?-spojrzał w jej stronę.- Złap się czegoś,bo może trochę rzucać.-Normalna droga skończyłasięi wjechali dolasu.- Powiedz coś więcej o tej aferze.-Nie wiem, czy mi wolno.- Skoro mnie porwałeś, to chyba należy mi się jakieśwyjaśnienie - zacisnęłausta.Sokół ostrozahamował.- Słuchaj!- niemal krzyknął.-Wyjaśnimy sobie jedno:nie porwałem cię.-A co zrobiłeś?- Poprosiłem cię o pomoc w sprawie wagi państwowej.Ato jest różnica. - Ty chyba sobie jaja robisz?- zrobiłasię nagle czerwona na twarzy.-Wpadasz do mojegodomu, zabierasz mojeauto, każesz mi jechać ze sobą, wywoziszmnie Bóg wiedokąd i - przerwała na chwilę, zastanawiając się nad czymś- jeszczemnie straszysz,że jeśli nie będę posłuszna, tomnie zwiążesz iwrzuciszdo bagażnika.Tak sobie wyobrażasz prośbę o pomoc?- Masz rację.-Co?- Powiedziałem, że masz rację.Powiedz mi szczerze:gdybym nie wspomniał o tym bagażniku, to zgodziłabyśsiępojechać?Milczała.Sokół wrzucił bieg,dodał gazu i autoruszyłoz kopyta.-Naprawdę nie miałem innego wyjścia.- Ale to jestporwanie - prychnęła.Ależ onajest uparta -pomyślał.A na głos powiedział:- Nieporwanie, tylko działanie dla dobra publicznego.-Nigdy o czymśtakim nie słyszałam - skrzywiła się.Ja teżnie - tym razem Sokół zgodziłsię w myślachz Pauliną.-A nie oglądałaś filmów, w których policjant zatrzymujeauto na środku skrzyżowania i zabiera go właścicielowi?-spytał.- Nie jesteś policjantem - rzuciła z przekąsem. -Chodzi o zasadę.- Nazywajto jak chcesz, porwanie jest porwaniem.-Ale ja niezamierzam robić ci nic złego!Czyty tego nierozumiesz?- Tak?To przypuśćmy, że nie oddajęci dobrowolniekluczyków i musiszmniezwiązać, a ja się rzucam i walczę,drapię paznokciami,gryzęcię i takie tam.Co byś wtedyzrobił?- jakoś bym cię przekonał.-Chyba żartujesz - roześmiała się.-Jak?Słownie?- A jakie są inne możliwości?-Toja zadałam pytanie - powiedziałaz naciskiem.Zahamował drugi raz.- Chcesz wysiąść?- spytał.- W takiej głuszy?Zwariowałeś?Poza tym.- zawahałasię na moment - wierzę ci.Od momentu, wktórym podszedłeś do mnie, w jakiśsposób wyczułam, że niejesteśczłowiekiem, który mógłby mi zrobić krzywdę.- Ijeszcze powiedz, że wyczytałaś mi to z oczu - powiedział sarkastycznymtonem.-Tak właśnie było -odpowiedziała,unosząc brodę.- Często jestem zaczepiana przez różne męty. Albo czyścicieli szyb na światłach.Ty masz inne spojrzenie.- Paulina.-Tak?- uśmiechnęła się, pewna, że za chwilę usłyszycoś miłego.- Czy ty zawsze musisz tyle gadać?Odwróciła głowęw przeciwną stronę.Była śmiertelnieobrażona. Rozdział 28- Tam - pilot wskazał ręką na wyłaniającą się z lasu terenówkę.- Pracownicylasów takich nieużywają, to musibyćprywatny wóz.- Masz rację - zgodził się Ryś.- Jednak lepiej to sprawdzić.-Sięgnąłza siebie po lornetkę.- Teraz już naprawdęnie ma wątpliwości.To naszptaszek.Nie jest sam.Nasiedzeniu pasażera widzękobietę, na oko pod trzydziestkę.Aadna.- Pokaż - pilot wziąłlornetkę od Rysia.- Jak najbardziej.Facet ma gust.Przygruchać sobie taką ślicznotkę, też bymtak chciał.- %7łona ci nie wystarczy?- burknął Ryś, wyrywając pilotowi lornetkę z ręki i patrząc wymownie na obrączkęna palcu jego prawej ręki [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum