[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Temu dowcipowi winien nawet był jednąz najciekawszych swych znajomości, księdza Jezierskiego.przy księdzuKołłątaju jako pomocnik, przyjaciel, redaktor, prawa ręka, siedział ten ksiądzJezierski, najciekawsza swojego czasu figura; mało komu znana, oprócz tych, cosię w kółku nowatorów obracali. Ksiądz Jezierski, nim został autorem owego dykcjonarza i broszur, które tylenarobiły hałasu, był hreczkosiejem, żołnierzem, jurystą, napatrzył się świata iszydził teraz z niego tak ostro, tak bezlitośnie, że szlachta, czytając go, w góręskakała.On, Staszic, Kołłątaj i kilku ich pomocników chłostali stare obyczajenowym biczem, po troszę z domorosłych konopi, trochę z francuskiegoskręconym jedwabiu, ale z tych wszystkich Jezierski był najokrutniejszy, gdysmagał.W sukni księżej obracał się, jakby wczoraj z konia zsiadł, ale go rzadkogdzie było widać, siedział w osobnej izbie u Kołłątaja i tam po całych dniachsmażyli pamflety, rozmowy umarłych i różne piekące potrawy.Dobek, który Jezierskiemu chętnie czasem, po cichu zawtórował, był muulubiony i księżyna mu mówił: "Wiesz, mój Florku, ani ty, ani ja nie zrobimykariery na świecie, dziurawe buty będą naszym udziałem, nieśmiertelnościnawet takiej pięćdziesiątletniej, co się już lada bazgraczowi dostaje, podobno sięnie dorobimy, ale co się z ludzi i ich głupstwa naśmiejemy, to nasze! Mnie itego dosyć."Otóż jak stał naówczas Florek, gdy go w ulicy spotkał Chełmowski.Musimydodać, że buty istotnie miał dziurawe i miejsca ich przetarte, na onuczceobwijającej nogę, atramentem były starannie zamalowane, aby w oczy nie biły,Wigoniowy surdut w okolicy łokci i ze strony odwrotnej wyślizgany był doglansu, w kieszeni zaś miał sześć groszy miedziakami.Pomimo to Dobek byłprawie szczęśliwy, a Chełmowski wydawał się pysznie, ale w ramieniu miałniepokój jakiś i trwogę, jakby co ukradł.Wszedłszy do kafenhauzu, zastali tu towarzystwo liczne, przy stolikachgwarzono wesoło, dziewczęta biegały roznosząc trunek nowy i modny.Niektórzy z panów na długich cybuchach palili lulki.Chcąc się rozmówić naosobności, musieli dwaj towarzysze parę razy przejść po pokojach zasadzonychgośćmi, dopóki sobie przy oknie odosobnionego miejsca nie znalezli.Przyszładziewczyna ich spytać, co pić będą.Dobek miał sześć groszy w kieszeni,potrząsł głową, ale wspaniałomyślny Chełmowski prosił go na kawę i dwiekazał podać.- Dawno tu jesteś? - spytał Florek.- Ja? Nie tak bardzo - odparł Tomko.- Co porabiasz?Odpowiedz była trudna.Wywinął się z niej, zyskując czas do namysłu, Tomko, irzucając zapytanie:- A ty?- Ja? O, ja uczę się jeszcze, w książkach siedzę i bakałarzuję.Ta moja dola,trudno się przeznaczeniu wywinąć - mówił Florek - ale ja się na moją dolę nieskarżę, mam to, com ukochał: Uczę dzieci kupca Rafałowicza, za co mi nawetniezle płacą, mam stół, stancję, opranie, światło, no i paręset złotych na buty.Dobek się śmiał.- Czegóż więcej potrzeba? Butów wprawdzie skąpo, ale taką piękną zebrałembiblioteczkę. - Gdzieżeś ty był, wyszedłszy z Białej?- A w Krakowie, bom się tam dorobił stopnia magistra i jestem graduowanyprzecie, co zresztą ani śmierdzi, ani pachnie.A ty?- Ja z Białej udałem się na gospodarstwo - począł kłamać wedle zwyczajuChełmowski.- Bo, choć to mój ojciec zmarł tak ubogo, ale pózniej się znalazłafamilia, trochę grosza dostałem, trzymałem dzierżawkę.Ano! Miałem zpanienką awanturkę w sąsiedztwie, musiałem się wynosić.Pieniądze sięprzeszastało.Bakałarzowałem i ja po trosze i wiersze pisałem.- A! Prawda! Tyś zawsze pisał wiersze - rozśmiał się Dobek - jeszcze jedenpamiętam, cośmy się z niego tak śmieli, a ciebie prześladowali."Jowiszułaskawy, wspaniały."Chełmowski się zaczerwienił i zagadał zaraz.- Po różnych losu kolejach, na ostatek koło mojej fortuny obróciło się teraz nalepszą stronę.Byłem prezentowany u króla na zamku, porobiłem tu stosunki,mam bogatą familię i być może, iż się milionowo ożenię.Ostatnie słowa zlekceważeniem powiedział, jakby się jeszcze wahał, czy raczy szczęściu temurękę wyciągnąć.- To ci winszuję - zawołał Dobek - ja nie mam sperand tak wielkich.Będę sobiebiedę klepał, aby dalej; piszę dzieło historyczne i to mnie zajmuje całego.Florkowi, po krótkiej rozmowie, nietrudno już było ocenić dawnego kolegę,obudzał w nim ciekawość.Zaczęli mówić o innych towarzyszach, o którychChełmowski nie wiedział, a Dobek się z nimi spotykał; potem o Warszawie, otym i owym.Tomkowi na myśl przyszło, że może i powinien z pochwyceniaDobka skorzystać do.listu.- E! Słuchaj - rzekł w końcu, kazawszy po kawie dać jeszcze dwie lampki wina -jaką byś ty mi mógł przysługę uczynić, gdybyś chciał.- A co?- Tylko, że to ci wytłumaczyć trudno.- Spróbuj jednakże.- Bo to, wiesz, ja do wierszy mam zdolność, przekonasz się, tego mi nikt niezaprzeczy, ale jak przyjdzie prozą - ani rusz.- A cóż ty prozą masz pisać? - spytał zaciekawiony Dobek.- Jeżeli co prawnego,jam też w tych rzeczach niemądry.- Gdzie zaś prawnego - rozśmiał się Chełmowski - mnie trzeba list miłosnyskomponować, a choć się kocham szalenie, tego nie potrafię.Com papierunadarł!Florek się zaczął też śmiać, aż się wziął za boki.Ale to najprostsza rzecz wświecie - zawołał - im więcej będzie bredni, tym list wyda się gorętszym idowiedzie, żeś głowę stracił! Kobiecie właśnie o to chodzi.Ja, mój Tomku -dodał - nie kochałem się w życiu, tylko raz w synowicy profesora, która miałaklucz od jego biblioteki, ale listów do niej nie pisywałem.Poszło to tam jakośinaczej i obeszło się bez papieru.Nie jestem amorisperitus.- Ale jak zechcesz? - Chyba ci Abeillarda łacinę jaką wyszukam i wytłumaczę.- Nie, ja ci już sens podyktuję, ty wystylizuj.- Przecież ty jesteś poetą.- To co innego.Po namyśle dodał cicho Chełmowski:- Słuchaj, koło ciebie goło? Prawda?- Dosyć, mam w kieszeni groszy sześć, a do kwartału jeszcze czasu kawał.- Dam za list dwa talary, ale żeby było ut sic.Dobek się znowu rozśmiał.- Na miłosierdzie Pańskie, czemuż nie, utnę ci epistołę, jaką chcesz, tylko mi takpłać! A toćby na świecie nic lepszego nie było nad takich jak ty mecenasówklientelę.Siadam, choć w tej chwili.- Nie, tu nie można, chodzmy.Tomko zapłacił za wszystko i z pańską miną, ciągnąc za sobą wigoniowegotowarzysza, poszedł z nim do kamieniczki Cremoni.Tu, upewniwszy się, że ichpode drzwiami nikt nie podsłuchuje, począł mówić o swym afekcie i skreśliłinstrukcję Dobkowi, który prychając napisał mu list, najniedorzeczniejszy wświecie, lecz szalony.Odczytali go razem, Chełmowski coś poprawić zażądał,coś dodać i epistoła stanęła.Na stoliku leżały papiery Chełmowskiego, wziął je w rękę Florek i począłprzeglądać.- Słuchaj, Tomku - rzekł - jam ci jako dawnemu towarzyszowi winien prawdę,ty ortografii nie umiesz i okrutne bąki strzelasz, tobie się dużo uczyć trzeba.Wez do kaduka gramatykę, czytaj.Chełmowski się napuszył.- Ale, dajże ty mi pokój, ja omyłki robię umyślnie, to jest, ja wiem, że sąomyłki, a w prędkości, kiedy przyjdzie natchnienie, trudno tam na te głupstwauważać.Spojrzał Florek.- Ale to tak, jak jest, w świat iść nie może, ludzie cię posądzą, żeś nieuk.- No słuchaj - rzekł cicho Chełmowski - niechaj o tym nikt nie wie, ja ci gotówjestem zapłacić.Wez to i popoprawiaj.Ruszył ramionami Dobek.- Czemu nie, taka to robota, jak inna [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum