[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Sądzę, że isąsiedztwo będzie temu rade, bo znużone być musi przyjmowaniem nas spocznie.Rozstali się po chwili z sobą.i p.Leon wymówił sobie pozwolenie odwiedzeniapanny Justyny w Warszawie.Panny pracujące w magazynie, od pierwszej bytności p.Leona mające go wpodejrzeniu, gdy teraz zniknął, utrzymywały wszystkie, iż pani ich niezmiernie się zmieniła, że coś zaszło ważnego, co na jej humor i postępowanie wpłynęło.Znajdowano ją inną.Oświadczyła pózniej starszej swej pannie, że będzie musiała kilkodniowąpodróż odbyć.Nie było to nowością, bo raz czy dwa jezdziła do Kijowa iBerdyczowa, lecz tym razem nie mówiła dokąd się uda ani jak zabawi długo.Starała się jednak tej, która ją miała tu zastąpić, wpoić pewne prawidłapostępowania, i z tego wnoszono, że nieobecność przeciągnie się może dłużej.Jednego dnia niespodziewanie, z małymi pakunkami, pożegnawszy swepracownice, uściskawszy zastępczynię, ze łzami w oczach, Justka opuściłamiasto.W kilka dni pózniej list nadszedł do starszej panny, aby objęła zarząd magazynui starała się prowadzić go tak, jak dotąd był administrowany; "Nie wiem jakdługo niebytność moja przeciągnąć się może. pisała do niej  proszę, abyśrządziła tak, jakbyś była panią jedyną, a radzę, abyś jak najmniej zmieniała, bosię nam wiodło dobrze i szczęśliwie.Pózniej dam znać o sobie, ale proszę byćspokojną.W razie potrzeby o radę i pomoc udasz się do adwokata P., któremucię poleciłam."Wbiło to w dumę starszą pannę.W mieście zniknięcie Jadwigi obfitego do przypuszczeń dostarczyło materiału.Pan Zygmunt Nabrzeski, który za najlepszych czasów wiódł życie na półosłonięte, nie lubiąc aby w nie zaglądano, utrzymując się z pracy, do której sięnie przyznawał, przechodząc od jednej do drugiej, na przemiany ukazując się wsalonach, do których mu urodzenie i wychowanie dawały prawo, a potemznikając z oczów i tułając się po zakątkach, z których wycierania chlubić się niemógł  pan Zygmunt po zniknięciu Justki, do której był przywiązany, choć niezmysłowie, ale namiętnie, zdawało się, że stracił głowę, ochotę do życia iwszelką energią.Zaniedbywał się, dopiero ostateczna potrzeba zmuszała gowziąć się do czego, z niechęcią i wstrętem.Szydził, urągał wszystkimnielitościwie.Stał się nieprzyjemnym w towarzystwie, opryskliwym,nieznośnym.Postarzał na twarzy, zaniedbał się w ubraniu, pozrywał stosunki i zachował tetylko, które mu nieodzownie były potrzebne do zarabiania na chleb, ale i w tychtak mało sobie zaskarbiał względów, tak był nieugłaskanym, dziwacznym, iżgdyby nie nadzwyczajne zdolności i trudność zastąpienia go, nikt by pewnieposługiwać się nim nie chciał.Ale odznaczał się tym, że widział prędzej i jaśniej niż drudzy, że pracowałszybko, i że na jego dyskrecję, słowo, uczciwość można było rachować zpewnością.Miał on swych chlebodawców, którzy się nim nie chlubiąc, nie przyznając doniego, dawali mu prace potajemnie, a potem się z nią, jak z własną, nosili, na coon pogardliwie się uśmiechał.Nikt nigdy nie wiedział, gdzie go szukać, ani co robił.Ponieważ te najemniczeprace były mu po większej części wstrętliwe, więc gdy jedna z nich przyniosła mu tyle, aby czas jakiś mógł odpoczywać  nie podejmował się nowych próżnował, jadł, pił, nie oszczędzał wcale, bawił się, tracił, stroił, a gdy sięśrodki wyczerpały, zmuszony, szedł pod jarzmo.Wiedział on sam, że to było marnowaniem życia i do niczego nie prowadziło lecz tak nie wierzył w to, ażeby się mógł czegoś dobić, tak nie dbał o swąprzyszłość, że z obojętnością cyniczną, wlókł się bezmyślnie tą drogą, Miał przytym czasem fantazje, które drogo kosztowały.Bankier B.polecił mu napisanie memoriału w sprawie zawikłanej, którawymagała długich studiów przygotowawczych; kilka miesięcy, potrzeba byłostrawić na to poszukiwanie materiałów.Cena pracy była umówioną i wynosiłastosunkowo niewiele, ale w miarę tego, jak się opłacają literackie i naukoweroboty, była jednak dosyć znaczną.Zygmunt z nadzwyczajną pilnością istarannością wygotował memoriał.Było tego kilkadziesiąt arkuszy.Odniósłszydo przejrzenia bankierowi, w kilka dni przyszedł do niego, potrzebującpieniędzy.Obejście się jego z tymi panami, którzy się talentem i nauką posługiwali, byłowcale nie uniżone i niepokorne.Stawał z nimi na stopie poufałości i równości,co niektórych oburzało.Memoriał leżał właśnie na biurku bankiera, gdy Zygmunt wszedł do jegokancelarii.Przywitanie było z jednej strony uprzejme, z drugiej szorstkie. Potrzebuję pieniędzy  rzekł  przejrzałeś pan memoriał? Tak jest i muszę przyznać, że przeszedł moje oczekiwania  odparł słodkobankier tylko, kochany panie, niespełna trzydzieści arkuszy  i tysiąc rubli!Zygmunt się zarumienił i usta mu się ścisnęły, ściągnęły. Cena była umówiona  rzekł zimno. Sądziłem, że będzie obszerniejszy  odparł bankier  siedmsetpięćdziesiąt.Nie miał czasu dokończyć, kiedy Zygmunt, memoriał swój wziąwszy z biurka,nic nie mówiąc, zwinął go, poszedł do kominka, na którym płonął ogień wielki,i rzuciwszy go tak, aby wyrwać nie było można, nie spojrzawszy na bankiera,nie pożegnawszy go, świszcząc, wyszedł z pokoju.Od tej chwili znać go niechciał.Bankier był wściekły.Podobnych przygód więcej sobie opowiadano; i nie dziw, że choć praca jegobyła wielce pożądaną każdemu, obawiano się człowieka.Zygmunt, nie gardzącmałymi zajęciami, a dla siebie nie potrzebując wiele, miał z czego żyć, nierobiąc długów, a często jeszcze dzieląc się z biedniejszymi.Bardzo majętnarodzina, koligaci należący do świata arystokratycznego, wstydzili się tego, naproletariusza dobrowolnie zeszłego kuzyna, który cynicznie się ze swymubóstwem popisywał; chciano go żenić, ofiarowywano wygody i rezydencją, aleon, śmiejąc się, odrzucał. Za piernik się nie sprzedam, choćby był pozłacany  odpowiadał.Mieszkał naówczas p.Zygmunt na Dziekance, w domu wcale niepokaznym, wdwu pokoikach tak nędznych i zaniedbanych, że ci, co przypadkiem do niego zachodzili, nie mogli się wydziwić obojętności, z jaką znosił to ubóstwo.Utrzymywali niektórzy, iż dla oryginalności się tak opuszczał.Gdy mu się lepiejdziało, to jest gdy miał więcej pieniędzy, jadał po najlepszych restauracjach i byłniezmiernie wybrednym: w dniach niedostatku żywił się po kątach, wybierająctylko takie potrawy, które by nie obudzały wstrętu i nie szkodziły zdrowiu.Jadłprędko, jakby z musu, niewiele, i uciekał potem co prędzej z brudnej restauracji.Jeśli nie miał roboty, siadywał po bibliotekach albo przedsiębrał długie, nużąceprzechadzki za miasto.Z rana, jednego dnia, gdy miał właśnie o rozporządzeniu godzinami jego cośpostanowić, zastukano do drzwi i posłaniec publiczny podał mu karteczkę.Zygmunt, wziąwszy ją obojętnie do rąk, poznał charakter, bardzo sięodznaczający, panny Jolanty, która do niego teraz prawie się nigdy niezgłaszała.Wspomnienie Justki, związane ze starą jej nauczycielką, Justki, którąwspominając, zawsze wzdychał i smutniał  sprawiło, że list otworzył prędko.Stało w nim tylko zagadkowych słów kilka.Panna Jolanta prosiła Zygmunta, aby do dawnej znajomej i przyjaciółki, o którejzapomniał zupełnie, przez litość nad jej osamotnieniem przyszedł wieczorem naherbatę.Ani słówka więcej.Ponieważ od kilku miesięcy p [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum