[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Sam ze stajni wychodził i do niej powracał, i nigdy szkodyżadnej nie zrobił; miał tylko tę, w stworzeniu naturalną zazdrość, że chłopskichkoni, zachodzących czasem przypadkowo na dziedziniec nie wpuszczał i wyganiał z niego, zagryzając do krwi, gdy się upierały jego trawę skubać przedplebanią.Dobrodziejce także bardzo było smutno pozbawiać się Grzywiaka, ale czującjaką ofiarę mąż robi, nie śmiała pary z ust puścić, a sama jeszcze namawiała dosprzedaży.Cały wieczór chodzili oboje zasmuceni i milczący, a plebanpowtarzał:  Alea iacta est.Bóg wie co robi.Posłano na wieś po gospodarza Mryhuba, aby wziął konia do swojego wozu ipoprowadził go z sobą, a ksiądz dziwował się czemu Mryhub nie przychodził.Wtem dość już pózno, zasztukotało coś w sionce, szmer jakiś dał się słyszeć, igdy drzwi się otwarły, ujrzano naprzód wezwanego Mryhuba, a za nim sześciunajstarszych ze wsi gospodarzy, którzy stanąwszy w progu, kłaniali się do ziemidobrodziejowi.Przed nich wystąpił najwymowniejszy z gromady Kalenica,natus orator wioski, i nim pleban miał czas zapytać co ich sprowadziło, śmiało ijasno w imieniu wsi całej wyrzekł, że księdzu konia sprzedawać nie pozwolą, aCyrylka biorą sami na własny koszt.Można się tego było spodziewać po wychowańcach poczciwego starca, a jednakobojgu księdzostwu łzy zwilżyły oczy, a pleban w milczeniu począł ściskać iKalenice i Mryhuba i ile ich tam było.Moje dzieci, rzekł po chwili, jakie to dla mnie szczęście ta wasza ofiara, tego jawypowiedzieć nie potrafię.Bóg widzi! nie żebym był chciwy cudzego, ależeście mnie nią o sercach swych przekonali, że ziarno nie padło na rolę suchą iskalistą.Ale mogęż ja to przyjąć od was? Wyście sami ubodzy, nie urodziłowam, potrzeby wielkie, środki małe, łatwiej mnie pozbyć się Grzywiaka, niżwam składać się po groszu na moje dziecko.Długo tam dosyć walczyli z sobą, ksiądz z jednej, gromada z drugiej strony, ażwreszcie zapłakany paroch przyjąć musiał ofiarę, i wyściskawszy parafian,odprawił ich błogosławieństwem żegnając w ganku.Szła za nim księdzowa i dzieciak rozczuleni, a nie zadziwicie się gdy powiem,że potem całą noc nie spali.i szczęście sen odbiera.Grzywiak w swej stajence pozostał, a Cyryli pojechał dobrze opatrzony z ojcemi z Kalenicą do szkółki w pobliskim miasteczku.Dziecku żal było domu, ale gonęciła nauka i dopadłszy zródła, zajadle się z niego począł upajać.Inni czasemzadziwiają talentem i żywością umysłu, ten zdumiewał pracą i wytrwałościącichą, dojrzałością wczesną, zastanowieniem nad lata.Smutno było patrzeć nadziecię nie mające dziecinnych upodobań, nie podzielające zabaw, nie dające sięroztrzpiotać i rozweselić, zawsze zadumane, milczące, pokorne i zatopione wrozmyślaniu; ale w tym nadzwyczajnym jego rozsądku nie znać było cierpienia iwalki, przychodziło mu to naturalnie, z konieczności, usposobienia itemperamentu.W tej niższej szkółce Cyryli więcej się nauczył od drugich, więcej znauczycielami przebywając niż z uczniami, mając przystęp do zapylonejbiblioteki monasteru, do której nikt prócz niego nie chodził.Aatwo mu byłouzyskać pozwolenie korzystania z niej, gdyż od lat kilkudziesięciu całkiem jakoś zapomnianą została.Jest to los wszystkich takich zbiorów, które jedenczynny i pracowity człowiek zgarnia, ściąga, gromadzi, a następcy opuszczają,zapominają, rozsypują.Do starych ksiąg, głosów dalekiej przeszłości, mało kto ma powołanie, straszą tufoliały, trupy świadki umarłej epoki, mówiące o niej i wyrażające potrzeby ipojęcia nieistniejące; człek musi nagiąć się, by je pojąć i słowo zawarte w tejtwardej łupinie wydobyć.Cyryli był tu jak w domu, instynktem jakimś trafiałgdzie mu było potrzeba, domyślał się rzeczy nieznanych, łapał cele ukryte,odgadywał najtrudniejsze zadania.Zmieszno i dziwno było zarazem widzieć go zagrzebanego w tychpargaminowych stosach ksiąg, które on po swojemu porządkował, ustawiał,składał, i niewiele jeszcze korzystać z nich mogąc, poił się wonią, którąwyziewały.Miał on to przywiązanie do ksiąg rzadkie, a niewytłumaczone, które czasem wmonomanię przechodzi; nie tylko bowiem próbował je czytać i coś z nichzdobyć dla siebie, ale szanował jak coś świętego i wielkiego, jak rzecznajdroższą na świecie.Trafiało mu się na śmietnisku zbierać rozerwane karty zposzanowaniem z jakim Mahometanie podejmują wszelki biały zwitek, widzącna nim zapisane imię Allaha.W ten sposób, w wieku gdy drudzy ślęczą niechętnie nad początkowymi kilkąpodręcznikami, on już poczynał żywot uczonego od kąpieli w zbutwiałychpapierach.W bibliotece był jak w domu, czuł się na miejscu i wkrótceprawdziwym stał się gospodarzem, bo każde w niej dzieło znał z twarzy ipamiętał, a gdy mu przyszło porzucić szkółkę, na równi z nauczycielamibiblioteki, żałował, żegnał się z nią jak z przyjacielem.Taką już drogą i dalej pójść musiał, ale niedługo ciężarem był gromadzie, którago utrzymywała, potrafił już ucząc młodszych na chleb sobie zapracować, co łzypociechy wycisnęło z oczów rodziców.Stateczny i poważny nad wiek,pożądanym był dozorcą, rodzice już się o chleb powszedni dla niego niepotrzebowali kłopotać [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum