[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Na zamku u tego diabła odpoczywałem, więc go znam jakmoje pięć palców.Idę z wami, ino ludzi zbierzcie.trzeba niewinnego człeka odśmierci ratować. Panie, aby tylko czasu nie tracić  dodał Gabryk  aby czasu nie tracić inie przybyć za pózno. Zrobiła się tedy na dworze chryja ogromna bo Rożański za rodzonego brata niestałby goręcej.Sześciu ludzi pobiegło po dworach sąsiednich, a tu jużnatychmiast sztyftowano czeladz i zbrojono, zbierano konie i oręż z lamusów.Wacek naradził się z Wielikańcem, który świadom był bardzo dróg i krajów.Musieli wtargnąć w cesarskie państwo, a no, spodziewali się, że nim się o tymwieść rozejdzie, nim się zbierze siła jaka, nim pogoń pójdzie, będą mogli i nazamek wtargnąć, i uwolnić Pełkę, i powrócić.Nie były takie napadybezprzykładnymi.Rożański się tylko jednego obawiał, aby nie przybyć za pózno.Do wieczoru obwołana szlachta z czym kto mógł i miał, poprzybywała, zebrałsię oddział ludzi sześćdziesięciu, dobrze zbrojnych, śmiałych, doświadczonych iochoczych.Gabryk wziąwszy na stronę Rożańskiego, oświadczył mu, że gdybypieniędzy brakło, trzos ma pański na sobie.Nigdy u szlachcica nadto ich niebywało, zdało się więc to bardzo, bo już Wacek do żydów miał posyłać.i takdo rana gotowe było wszystko, iż o brzasku wyciągnąć mogli.Wielikańcowichętnie oddano dowództwo nad oddziałem.W żywność musiano się zaopatrzyć, gdyż dla ukrycia pochodu trzeba byłowielkich traktów unikać, lasami i pustymi okolicami się przedzierać, apocząwszy od granicy, nie budzić licha, ażeby wpaść na zamek, nie dając się mudo obrony gotować. Chybaby Bóg nie łaskaw był  mówił Wielikaniec  żebyśmy do wrótzaszturmowawszy, nocą nie wzięli zamku od razu.Na murach nie ma nic.oprochu i kulach zapomnieli.ludzie nie do bitwy.poddać się muszą.Szła tak owa wyprawa szczęśliwie aż do granicy.spiesząc o ile tylko siły konidozwalały, bo o ludzkie się nie pytano.Gdy w Szląsk przyszło wtargnąć,porzucono drogi bite, a skręcono na manowce.Pierwszy dzień przeszedłszczęśliwie i obozem położyli się w lesie, daleko od siedzib ludzkich, zmuszeniukrywać się jak rozbójnicy.Choć Wielikaniec mówił i zaklinał się, że krajprzedziwnie znał, z tego noclegu ruszywszy zbłąkali się tak, iż bez pomocyludzkiej z tego obłędu wyjść nie było sposobu.Co począć mieli? Gabryk doradził w kilku się wyprawić po języka, schwytaćczłowieka i nie puszczać go aż się sprawa dokona.Zgodzili się na to wszyscy, aon sam ze trzema ludzmi dobranymi do woli, puścił się na zwiady, zasiekującdrogę w lesie, by do obozu bezpieczniej wracać było.O pół godziny od miejsca, w którem leżeli, Gabryk posłyszał, że ktoś drwa rąbałw lesie.Poszli więc na głos ten ostrożnie.i dostali się do polanki, u którejbrzegu stał wóz o jednym koniu, człek ubogo wyglądający drwa nańprzygotowywał.Aatwo go było pochwycić, bo się uląkł mocno i uciekać niemógł.Ledwie go uspokoić mogli, że mu się nic nie stanie.byle im prostą drogędo Braniborza pokazał.Biedaczysko byłby ze strachu uczynił, co by mu kolwiekkazano, ale poprzysięgał, że dobrze dróg nie zna, że w lesie całe życie siedział inie wyglądał zeń, chyba z węglami do miasteczka.  A no, to szczęście wasze  rzekł, bo u nas od dwóch dni chory podróżnyleży, którego bodaj zbójcy odarli z koni i zmusili uciekać.Mówił nam, że zBraniborza idzie.Kazali się tedy wiezć do chaty węglarza, która stała o kilka pacierzy od tegomiejsca.Chałupa była nędzna.z szopką małą.Gdy się zbliżyli, a Gabrykzsiadł, poszedł z nim do izby do chorego gospodarza.Na tapczanie leżał wpłaszcz obwinięty człowiek, na którego spojrzawszy, twarzy jeszcze nie widząc Gabryk krzyknął  bo w nim pana swojego poznał.I jak stał tak na kolanaprzed nim padł.Pełka to był w istocie, pieszą ucieczką i głodem wielce znużony, który wzajemzobaczywszy Gabryka, ręce złożył i najprzód Bogu dziękował.Cudem tobowiem nazwać musiał, iż się tak jakby przez aniołów stróżów prowadzenispotkali.Dopieroż sługa odetchnąwszy opowiadać mu zaczął swoje przygody, i jakzawerbował Rożańskiego i szlachtę, aby szli go odbić.%7łycie i siły powróciłyPełce. Bóg ci zapłać  poczciwy mój Gabryku!  zawołał  tyś mój zbawca. A dzięki Opatrzności, żeś pan mój drogi wybawienia nie potrzebował i żemsię ja już na nic nie zdał. Jak to, na nic? pochwycił Pełka  Bój się Boga! tyleście drogi dla mnieuczynili i niewczasów ponieśli, nie puszczę was.musimy na zamek uderzyć itę biedną kobietę wyrwać z rąk szaleńca.Na to Gabryk odpowiadać nie śmiał.konia swojego panu oddawszy, szedł jużprzy nim pieszo do obozu, a że po zasiekach w lesie jak wytknięta była droga,dostali się rychło do niego.Rożański, który bez kaftana dla gorąca przechadzał się pod sosnami, najrzawszyz dala konie, wyszedł przeciw Gabrykowi [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum