[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Sen jednak nie chciał nadejść.Noc była pogodna, ani ciepła, anizimna, opończa zapewniała ciepło, ale trywialne bolączki  zimny nos,otoczak wrzynający się w krzyż, zapach porastającego kamienie mchu,a nawet skalny posmak w ustach  nie pozwalały mu zmrużyć oka. Raptem pomiarkował, że nie śpi, ale i nie czuwa.Niektóre zmysłyzdawały się wyostrzone  czuł żelazisty smak zimnego powietrza,potrafił odróżnić woń kwiatów od trawy, w nosie kręcił go zapachdziegciu i mułu z kałuży.Słuch jakby lekko się przytępił, a wzrokdostroił się tak, że w jasnej poświacie księżyca Authun dostrzegał nowekolory  metaliczny granat, iskrzące się głębokie zielenie i nitki złota zboku skały Zrozumiał, że znalazł się tam, gdzie panują czarownice, wmiejscu między jawą a snem.Podszedł do drzewa i przeciął więzybandyty, przygotowując się na to, co miało nastąpić.W ciemnościach rozległ się płacz, jakby kwilenie dziecka.Authun chciał przysposobić kobietę na przybycie czarownic, dzieliłaich jednak bariera języka.Nie ma wyjścia, będzie musiała to ścierpieć.Król usłyszał głos przenikający przez ścianę deszczu.A ten skąd się tuniby wziął? Czuł krople na wargach  smakowały jak żelazo, pachniałyjak dłonie po kontakcie z mieczem.Jak krew.Matka w gumnie,Matka w gumnie.Głos dziecka.Wysoki i piskliwy, lecz wyraznie słyszalny.Authun nie chciał patrzeć, ale wiedział, że musi.Jeśliprzybywała królowa czarownic, ważne było, by go zobaczyła.Przyciągnął ku sobie półprzytomnego bandytę, gotów rzucić gowiedzmie.Na skalnej ścianie zauważył idącą wzdłuż półki młodąniewiastę, skuloną, próbującą osłaniać się przed siekącym deszczem.Trzymała coś w ramionach.Dziecko.Authun odwrócił się w stronęSaitady.Spała, tuląc obu chłopców w objęciach.Słaniając się, nieznajoma z dzieckiem zeszła ze ściany klifu izłożyła maleństwo na ziemi.Zdjęła mu powijaki i obnażyła przedżywiołami.Potem uciekła w mrok.Authun nie ruszył się z miejsca.Czarownice miały napodorędziu wiele sztuczek, ale on nie zamierzał tak łatwo dać sięnabrać.Obserwował, jak dziecko umiera.Po krótkiej chwili przestałosię ruszać, a potem zdało się, że znika.Magia, ani chybi.Authuntrzymał rękę na mieczu. Raptem deszcz ustał i mogło się wydawać, że zapanował uroczyletni wieczór.Kobieta, która zostawiła dziecko na śmierć, pojawiła sięponownie, tym razem przyodziana w odświętny strój wieśniaczki, jakbywybierała się na tańce.Jakiś mężczyzna, również paradnie ubrany,przeszedł obok niej, ucałował w rękę i coś powiedział  chyba prosił,by się nie spózniła.Authun poznał tę scenę, jak żywcem wyjętą zlegendy o niezamężnej niewieście, która wolała narazić własne dzieckona zgubę niż stawić czoło trudom jego wychowania.Jak kończyła się taopowieść? Nie pamiętał.Kobieta uśmiechnęła się i usiadła na zydlu, który pojawił sięznikąd.Czesała włosy.Skończywszy, wstała.Authun przypomniałsobie, że  podług baśni  przed wyruszeniem na tańce poszładoglądnąć świń.Spojrzała na koryto i ze środka wyjęła coś zimnego iniebieskiego.Dziecko, pomiarkował Authun, i to martwe.Kobietauniosła maleństwo na wyciągniętych rękach i przyglądała się, jakzaczyna się poruszać, młócąc nogami powietrze, jakby próbowałopląsać.Wtem znów usłyszał dziecięcą rymowankę, która zdawała sięrozbrzmiewać z wnętrza jego głowy.Matka w gumnie,Matka w gumnie,Strój się i mężów czaruj szumnie,Wzuj me powijaki i w nich pląsaj dumnie.Gdy wierszyk wrzynał się w jego umysł, Authun miał przedoczami tylko twarz Varrina, rozdęte białe oblicze topielca.Cóżnajlepszego uczynił? Czemu, ach, czemu to zrobił? Z nieba na powrótspadł deszcz; proste i obfite strugi w bezwietrzny wieczór.Ni stąd, ni zowąd zapadła noc, ciemna choć oko wykol, a młodakobieta o twarzy pobladłej z szaleństwa, kurczowo przyciskającamartwe dziecko do piersi, znalazła się tuż przy boku króla.NawetAuthun nie potrafił zdusić okrzyku przerażenia, choć opamiętał się natyle, by popchnąć bandytę w stronę czarownicy Ciało mężczyzny jakbyrozpłynęło się w powietrzu, połknięte przez noc, a król domyślił się, żenie stoi przed obliczem królowej czarownic.Ona by go rozpoznała.Musiała to być jedna z wiedzm obserwujących okolicę, która wzięła goza kolejnego łupieżcę [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum