[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ty lepiej oszczędzaj oddech.Jeśli Odyn przybędzie, możesz potrzebować tchu, by przebłagać go, bysobie poszedł.Gotów, Wali? Tak. Zanurzcie go i trzymajcie pod wodą, póki nie powiem, by gowyciągnąć  nakazała Jodis. Hogni, ty go przyduszaj.A ty, Orri,trzymaj linę.Obaj miejcie noże w pogotowiu.On zmierza ku bramomHel, a jeśli coś go tam opęta, nie będzie można pozwolić temu czemuśpojawić się na tym świecie.Tak właśnie rodzą się potwory z bagien.Trzech mężczyzn spojrzało po sobie. Jeśli będziecie musieli mnie zabić, zabijcie  rozkazał Wali.Nie uznam was za bratobójców, Mama Jodis wam świadkiem. Zatem usiądz, panie  rzekł Hogni.Pierwszy raz był najłatwiejszy.Wali po prostu rozluznił nogi iprzechylił się do tylu, zanurzając się w odmęty moczarów niby w morzew dzień gorącego lata.Zamknął oczy i nie widział, jak ciemne wodyzamykają się nad nim.Przez kilka uderzeń serca nie czuł strachu.Zrazuzdało mu się, jakby nie był sobą, jeno widzem  nie dotarła do niegogroza sytuacji i wciąż sądził, że w każdym momencie może wstać izakończyć rytuał.Wtem zalał go lęk, w swej gwałtowności podobnyfali przyboju.Rozpaczliwie brakowało mu powietrza.Próbował stanąć,a gdy nie zdołał, usiłował usiąść.Bez skutku  jakiś but przyduszał mupiersi.Słyszał dochodzące z powierzchni zniekształcone głosy i ztrudem powstrzymał się przed otwarciem ust, by nie krzyknąć.Wykręcił się spod uciskającej go nogi, próbując oprzeć się na kolanach,wtem jednak poczuł z boku szarpnięcie, które przekręciło go na brzuch.Ktoś przyciskał mu ręce, a potem na nim ukląkł lub usiadł  jak było wistocie, nie wiedział, skutek był jednak ten sam.Hogni i Orri sumienniedotrzymywali obietnicy, pomagając mu pozostawać pod wodą.Z trudem wstrzymywał oddech.Ogarnęła go trwoga, czuł, żetopi się tyleż w lęku, co w wodzie.Pęta nie chciały puścić, ciężar naplecach i nogach zdawał się nie do wytrzymania, niemal stanowiącczęść jego samego, jak gdyby Wali był jakimś masywnym olbrzymem,który sam nie jest w stanie się podnieść. Nie mógł zrzucić sznurów, nie mógł się oswobodzić.Próbowałwytłumaczyć sobie, że znalazł się tu z własnej woli, że tego właśniechciał, ale na nic się to zdawało.Obudził się w nim instynkt, zwierzęcyi nieodparty, każący mu czym prędzej wydostać się na powierzchnię.Wali otworzył oczy, by rozejrzeć się za światłem, atoli wbłotnistej wodzie widział wcale nie więcej niż przez zamknięte powieki.Wtem poczuł gwałtowny przypływ woli życia i głęboko odetchnął.Wypluł wodę i odkaszlnął, a jego gardło ścisnęło się i zamknęło nadobre.Miał ochotę poruszyć ciałem, i choć nie mógł już tego zrobić, wduchu wierzgał w najlepsze.Aaknienie powietrza zdawało się czymśuwięzionym w jego głowie, łomoczącym do świadomości, by sięuwolnić.Mimo to walczył  paniczny strach pochłonął nawet uczucierozpaczy.Raptem groza ustąpiła jak ręką odjął i poczuł błogość, jak gdybywszystkie jego troski, frustracje i obawy były jeno błahostką, niemalabsurdalną w przypływie spokoju, który zstąpił na niego nibypocałunek rodzica składany na czole śpiącego dzieciątka.Zwiatło.A potem dzwięk, ciężkie razy i jakiś ruch.Zimnatrawa.Miarowe trzepnięcia w tył głowy.Próbował się bronić, aliściręce miał skrępowane.Mętny zarys twarzy.Z oczu opadła mgła.Jodis. I nic?  zapytała.Wali odkaszlnął, przez nos i usta pozbywając się wody i mułu. Nic a nic. Chcesz odpocząć?Wali pomyślał o Adisli, o tym, co musiała znosić na pokładziedrakkaru Danów. Odpocznę po śmierci  wyrzęził.Miało to zabrzmieć dziarsko,a ledwie wycharczał słowa.Gardło miał suche i obolałe po ucisku podwodą; mięśniami wstrząsały spazmy i drgawki. Wsadzcie go ponownie  nakazała Jodis.Wkrótce dla Waliego czas stał się czymś elastycznym,plastycznym niby kawał skóry, który rozciąga się lub kurczy, nibysztaba żelaza w kuzni, podgrzewana i studzona, zakrzywiana iprostowana.Zanurzony, miał wrażenie, że każde uderzenie serca trwarok.Zaś gdy wyciągali go z wody, słońce zdawało się skakać po niebie,to w dół, to w górę, chyżo, niczym kamień puszczany po wodzie.Choćmiał silną wolę, Wali nie mógł się oprzeć pokusie odpoczynków.Gdy się im oddawał, na początku go rozwiązywali, potem już nie.Nibymówił im:  Wsadzcie mnie znów do wody , lecz nie potrafił zmusićciała do posłuchu.A im więcej razy się zanurzał, tym bardziej sięopierał.Z początku udawało mu się panować nad sobą, póki nie osiągnąłserca moczarów.Po jednym dniu rzucał się już przy ich skraju.Terazmokradła zdawały mu się wyłącznie miejscem grozy  nie doznawałżadnych wizji, żadnych olśnień czy objawień; doświadczał tylko tejokropnej ciemnej wody, która go pochłaniała, tych ucisków z wnętrza,gdy powietrze starało się rozerwać mu piersi, i z zewnątrz, gdy wodawdzierała się do ich środka.Ciężka ciemna masa zdawała się szarpaćjego mózg, mocniej po lewej stronie niż po prawej.Ta asymetriapowodowała ból głowy tak dotkliwy, że Waliego aż skręcało.Gardłomiał podrażnione i ledwie mógł mówić.Zwiadkiem obrządku była jeno garstka ludzi.Danowie uciekli, aRygirowie siedzieli po domach, w grupkach wspominając zmarłych,doglądając rannych albo po prostu trzymając dzieci blisko, a drzwizamknięte.Jeno Adisla została porwana, dziesięcioro ludzi poległo, ajeszcze więcej odniosło rany.Ci, co przeżyli, upijali się teraz wnajlepsze, lecz nie z radości, a by utopić smutki i uczcić chwałęburzliwego dnia.Jeno Bragi i dzieci Mamy Jodis przyszli obaczyćcierpienie Waliego.Jodis posłała swą córkę po zupę, ale Wali nie był w stanie nicprzełknąć.Nic nie chciało przejść przez kurczowo zaciśnięte gardło;czas przerw między kolejnymi próbami odmierzały wstrząsająceksięciem drgawki, spowodowane głodem i chłodem.Pierwszego dniawycierpiał dwanaście wypraw nad wodę.Drugiego  jeno cztery.Trzeciego zaś, gdy brak snu przytępiał już realność zdarzeń, zdzierżyłich osiem.I, około wieczora, zaiste zaczął coś widzieć.Topiąc się w ciemnych odmętach, znajdował się z dala odmoczarów, gdzieś, gdzie było równie chłodno, lecz nie mokro czyciemno.W momencie przełomu, w chwili gdy, tracąc dech, czuł cośpomiędzy paniką a spokojem, znalazł się w ciasnej przestrzeni, wtunelu, który zdawał się jarzyć, a jego ściany emanowały miękkim iobcym światłem.Ktoś tam był, tego Wali był pewien, choć nie potrafiłokreślić, kto.Wyczuwał tę obecność jako ton, nastrój czy bieg myśli.Nigdy w życiu nie doświadczył niczego podobnego [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum