[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nie słyszałem z góry głosów albowszystko odbywało się w milczeniu.Byłem jeszcze zupełnie trzezwy, ale scena tej udawa-nej demonstracji wydała mi się pijackim zwidem.Towyglądało jak pantomima albo film w stylu Felliniego.Takich rzeczy nie widuje się przypadkiem.To musi cośoznaczać, coś zapowiadać w tej historii, którą opowia-dam.61 Właściwie w tym miejscu mógłbym zakończyć rela-cję z pobytu w czeskiej stolicy.Znalazłem miły i nie-wielki lokalik z wyjątkowo tanim piwem.Przysiadł siędo mnie, jak to jest w zwyczaju w praskich knajpach, mło-dy Portugalczyk.I swoją kanciastą angielszczyzną opo-wiedział, \e za tydzień do Pragi na szczyt NATO przyje-dzie prezydent Bush.Widziałem więc próbę generalnąantyglobalistów.Chcą odegrać swój spektakl na powita-nie przywódców Zachodu.Zrozumiałem te\, dlaczego wró\nych miejscach spotykam posterunki policji albowojska wyposa\one w długą broń.Dziś rano, gdy wyszedłem z hotelu, obok przepięk-nej secesyjnej kamienicy stało dwóch ludzi w burychmundurach, z pistoletami maszynowymi w rękach.Ka-mienne amorki umieszczone nad bramą przyglądały sięim ze zdziwieniem.Obydwie strony przygotowywałysię do wielkiego show, który odegrają dla mediów zewszystkich kontynentów. Zwiat ju\ zupełnie zwariował , pomyślałem. Wtym nierzeczywistym mieście, które mo\e być wspania-łą dekoracją dla teatru marionetek, widać to lepiej ni\gdziekolwiek indziej. Nierzeczywiste miasto, nierzeczywista dziewczyna,i nierzeczywista historia, którą próbujesz napisać -podsumował mnie głos wewnętrzny. Przesadzasz, stary. To raczej ty przesadzasz.Uwa\aj, bo jesteś o krokod grafomanii.Ile kufli wypiłem, wie tylko kelner, który zaznaczałje na wąskiej kartce.To charakterystyczny obyczaj wpraskich piwiarniach.Ale mimo sporej ilości wspaniałe-go napoju na pociąg zdą\yłem i nawet wyspałem się wdrodze powrotnej na wąskiej kuszetce.Co bez piwaraczej mi się nie udaje. 6Spędziłem w moim warszawskim mieszkaniu nie-wiele ponad godzinę.Dość czasu, \eby wziąć prysznic,przebrać się i zadzwonić do Fredka.- Nasz nieboszczyk, którego ponoć przejechał tram-waj, o\ył - oznajmiłem.- Zabieram paszporty i zarazjadę do Krakowa.Muszę oddać Mariannie kasetkę zzawartością.- U mnie jest bezpieczna.A gdzie ty w ogóle jesteś,szanowny?- Właśnie wróciłem z Pragi.- To ty utrzymujesz nie tylko polskie koleje, ale iczeskie - stwierdził ze zdziwieniem mój przyjaciel.Byłem w połowie drogi do redakcji Fredka, gdy za-dzwoniła moja komórka.- Konrad, stało się coś strasznego.Wybuchła bom-ba.Uratował mnie Aleks.- Marianno, uspokój się i opowiedz po kolei.Jakabomba, gdzie?- Przyjedz, ja jestem na dworze pod domem.- Pod twoim domem?- Tak.Tam była bomba.- W twoim mieszkaniu?63 - W drzwiach.- Nic ci się nie stało? Dobrze się czujesz? To idz doknajpki naprzeciwko i poczekaj.Zaraz tam będę.Zatrzymałem przeje\d\ającą taksówkę i podałem ad-res.- Tak blisko? Opłaca się panu jechać? Nie wie pan,\e trzeba du\o chodzić dla zdrowia? - zapytał krakowskitaksówkarz.Miał ziemistą cerę i wielki brzuch, na któ-rym opierała się kierownica.Nie wyglądał na człowieka,który uprawia długie piesze wędrówki.- Zazwyczaj wybieram spacery.W tej chwili jednakbardzo się śpieszę.Ale pan powinien reklamować ra-czej je\d\enie, i to najlepiej taksówką.- Zdrowie najwa\niejsze - odrzekł filozoficznie na-strojony taksówkarz.I ju\ byliśmy na miejscu.Zapłaciłem i pobiegłem dogreckiej knajpki.Marianna siedziała w najciemniejszymkącie, paliła papierosa i piła herbatę.Gdy podszedłem,spod krzesła wyskoczył Wacław.- Cicho, cicho - powiedziałem do skamlącego rado-śnie psiaka.- Bo nas wyrzucą z lokalu.Chyba zrozumiał, gdy\ po powitaniu schował się zpowrotem pod krzesło.Usiadłem i u przechodzącegokelnera zamówiłem karafkę czerwonego wina.- Co się stało?- Poszłam coś kupić, bo dziś ma przyjść Kola.- To jeszcze się z nim nie widziałaś?- Nie.Zakupy zajęły mi sporo czasu, więc się śpie-szyłam.Chciałam coś dobrego ugotować.- Rozumiem, ale co z tą bombą?- Aleks mi się wyrwał na schodach.- Jaki Aleks?- Znasz przecie\ Aleksa.Witałeś się z nim przedchwilą.- To przecie\ Wacław.- Teraz nazywam go Aleks [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum