[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Rozgniewać go - tobyło bardzo niebezpieczne i Madrigal uchyliła się od ciosu, który nigdynie nadszedł.Thiago się odwrócił.Może chciał, żeby musiała patrzeć.A może to był pierwotnyinstynkt, dążenie samca alfa do wyeliminowania przeciwnika.Dozabicia Akivy.Polało się tyle krwi.Wspomnienie było bardzo wyrazne, zmieszane z dławiącym dymemi wrzaskami palonych żywcem wężoptaków, i chociaż nie było towspomnienie Karou, tylko Madrigal, odczuwała je bardzo wyraznie,pochodziło z głębi niej.Była tam i pamiętała wszystko: Akivę naziemi, jego krew płynącą do świętego strumienia i Thiaga z dzikimioczami, ale jednocześnie przerażająco opanowanego i przenikliwiemilczącego, rzucającego się na ciało anioła raz za razem, aż twarz ilśniące białe włosy miał zbryzgane krwią.Zabiłby Akivę już wtedy, ale jeden z jego rozsądniej szychadiutantów wkroczył do akcji i odciągnął go, żeby sprawa nie za-kończyła się od razu.W ciągu następnych dni Madrigal słyszałapotworne, odbijające się echem wrzaski jej ukochanego, któregotorturowano w więzieniu w Loramendi, podczas gdy ona czekała naegzekucję.Takiego Thiaga widziała Karou - mordercę, sadystę, bestię -kiedyjedno wcielenie pózniej pojawił się przed nią w ruinach Loramendi.Ale.teraz wszystko było inaczej, czyż nie? Jak mogła, po tymwszystkim, w świetle tego, co się potem stało, przekonywać go, że niemiał racji?Akiva powinien był zginąć tego dnia, ona także.To była zdrada: ichmiłość, ich zamiary, a przede wszystkim jej głupia litość, kiedydarowała aniołowi życie nie raz, ale dwa razy, dzięki czemu mógł staćsię tym, kim był teraz.Książę Bękartów, mówili o nim, między innymi.Thiago upewnił się, że usłyszała wszystkie przydomki: Lord Bękart,Pomór Dzikich, Anioł Zagłady, a za każdym wyzwiskiem kryło sięoskarżenie: To przez ciebie, przez ciebie! Gdyby nie ona, chimery wciąż by żyły.Loramendi wciąż by istniało.Brimstone nawlekałby zęby, a Issa, słodka Issa, marudziłaby coś o jegozdrowiu i w przedsionku sklepu zakładałaby ludziom na szyjenaszyjniki z żywych węży.Miejskie dzieci w najróżniejszychpostaciach wciąż szalałaby po Serpentynie i rosłyby na żołnierzy, takjak ona, a potem przechodziły z ciała do ciała tak długo, jak trwałabywojna.A trwałaby.Wiecznie.Patrząc wstecz, Karou z trudem mogła uwierzyć w swoją naiwność,w to, że myślała, że świat może być inny i że właśnie ona go odmieni.SpadkobiercyStojąc w drzwiach do swojego pokoju, Karou wyciągnęła rękę ipowiedziała:- Thiago, daj mi ząb.Zrobił krok naprzód i jego klatka piersiowa dotknęła czubków jejpalców, tak że musiała cofnąć rękę.Tętno jej przyśpieszyło.Był takblisko, bardzo chciała się odsunąć, ale to umożliwiłoby mu wejście dośrodka, a tego trzeba było uniknąć.Odkąd do niego dołączyła, zawszepilnowała, żeby nie zostać z nim sam na sam.Jego bliskość sprawiała,że czuła się mała, w porównaniu z nim taka słaba i taka.ludzka.Gestem magika otworzył dłoń i rzucał jej wyzwanie wzięcia zęba,jaki się na niej pojawił.Co zrobi, jeśli po niego sięgnie? Złapie ją zarękę?Wahała się.- Czy to dla Amzallaga? - spytał Thiago.Skinęła głową.Poprosił o ciało dla Amzallaga i dostanie je.Czyż niejestem zgodną małą pomocnicą, pomyślała.- To dobrze.Mam go tutaj.- Otworzył drugą dłoń, w której trzymałkadzielnicę.Karou ścisnęło w żołądku.A więc to już się stało.Nie wiedziała,dlaczego ta właśnie część procedury tak ją stresowała; podejrzewała, że chodzi o obraz dwóch istot idących na rumowisko, z któregowracała tylko jedna.Nie widziała dołu i miała nadzieję, że nigdy go niezobaczy, ale były dni, kiedy go czuła: duszny smród rozkładu, któryurealniał to, co ulotne.Kadzielnice były czyste i proste, nowe ciaładziewicze jak ubrania Thiaga.To te poprzednie ciała wytrącały ją zrównowagi, te odrzucone.Ale w tej sprawie, jak prawie w każdej innej, była sama.Thia-go sięnie przejmował.Podrzucał kadzielnicę z duszą Amzallaga, jak gdybywłaśnie nie zamordował swojego towarzysza i nie wepchnął jego ciałado dołu pełnego gnijących zwłok.Inna sprawa, że towarzysz się na tozgodził dla dobra sprawy.Stare ciała nie służyły sprawie, więc Karouzastępowała je nowymi.Wilk przeszył ją bladymi oczami takintensywnie, że miała odruch cofnięcia się o krok.- To już się zaczęło, Karou.To, na co pracowaliśmy.Skinęła głową.Przeszył ją dreszcz.Bunt.Zemsta.- Masz jakieś wieści? - spytała.- Nie, na to jeszcze za wcześnie.Kilka dni temu Thiago wyznaczył pięć patroli po sześciu żołnierzy.Karou nie wiedziała, jakie dokładnie dostali rozkazy.Zapytała, ale niekłóciła się, gdy Thiago odpowiedział:- Nie przejmuj się tym, Karou.Zachowaj siły na wskrzeszanie.Czynie tak postąpił Brimstone? Zostawił wojnę WielkiemuWojownikowi, a ona zostawiła bunt Wilkowi.- Nie ukrywam, że jestem niespokojny.- Podrzucił ząb i złapał go.-Ucieszyłem się, że mam powód, żeby do ciebie przyjść.Niechciałabyś, żebym ci pomógł, Karou?- Nie potrzebuję pomocy.- Ale mnie pomoże, jeśli będę miał coś do roboty.- Gdy topowiedział, zrobił krok do przodu, ona musiała się odsunąć, żebyuniknąć czegoś na kształt objęć, a wtedy przeszedł obok.Był w jejpokoju, który od razu zrobił się mniejszy.To był piękny pokój, a w każdym razie kiedyś był piękny.Wysokiesklepienie było wyłożone mozaiką, a ściany pokrywały wyblakłe jużjedwabie.Otwarte na noc okna miały rzezbione okiennice, a szerokieprawie na metr parapety zdradzały grubość ścian.Pokój nie był duży;były inne, które lepiej nadawałyby się do jej pracy, ale Karou nalegałana ten ze względu na sztabę w drzwiach, która zapewniała jej poczucie bezpieczeństwa.Inna sprawa, że tymrazem, kiedy Thiago znalazł się po złej stronie drzwi, zamek nie przydasię jej już na nic.Ty idiotko, pomyślała.Została przy otwartych drzwiach i po-wiedziała:- Wolę pracować w samotności.Podszedł do warsztatu.Położył tygrysi ząb ze stukiem i spojrzał nanią.- Ale nie jesteś sama.Jesteśmy w tym razem.- Jego siła i pozornażyczliwość przeszywały ją.- Jesteśmy spadkobiercami, Karou.Ja i tyjesteśmy dla tych, którzy przeżyli, tym, kim mój ojciec i Brimstonebyli dla nas.Jakże ciężkie było to dziedzictwo: los całej rasy chimer i wszystkichich nadziei na przetrwanie.Chimery prawie zniknęły z powierzchni ziemi.Kilkoro żołnierzyThiaga - tylu zostało z chimeryjskiej armii - tylko dzięki współpracy zKarou miało jakąkolwiek nadzieję na zbudowanie realnego oporu.Kiedy do nich przystąpiła, było ich niewiele więcej niż sześć-dziesięciu: garstka rannych obrońców Przylądka Armasin [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum