[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nie chcę wciąż jezdzić tam i z powrotem.Nawypadek gdyby przedłużył mi się dzień pracy, chciałabym mieć na czym się przespać.Iwłaśnie dlatego przeznaczyłam kilka izb na pomieszczenia mieszkalne.- Ale tu jest twój dom.- Carmelita wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać.-Jedynie ty mi pozostałaś.Dla kogo będę gotowała? Dla kogo sprzątała?Rubin objęła gospodynię ramieniem.- Mówisz, jakbym wyprowadzała się już na dobre.Tymczasem prawda jest taka, żewciąż więcej nocy będę spędzać tu niż w mieście.Ale tam będę pracowała, przyjmowałaklientki i wolałabym, żeby nie ciążył na mnie przymus powrotu do domu.- Si.- Twarz gospodyni nieco się wypogodziła.- Będę jezdziła do miasta razem z tobą.Kiedy ty będziesz pracowała, gołąbko, ja będę gotowała ci obiady.Rubin uśmiechnęła się do niej.- Nie, Carmelito.Jestem młoda, silna i zdrowa i muszę być samodzielna.Gospodyni otarła oczy wierzchem dłoni.- A co z kolacją? Mogłabym przyrządzić coś wyjątkowego, ażeby wydało ci się, żeznów jesteś w Luizjanie.Rubin pocałowała ją w policzek.- Jesteś taka dobra dla mnie.Zaczekajmy z tym do jutra.Dzisiaj muszę się tam jakośzainstalować.Kolacja to sprawa najmniej ważna.Po prostu wezmę ze sobą trochę żytniegochleba i zimnego kurczaka.- W takim razie coś ci do tego jeszcze dodam.Trochę placuszków kukurydzianych iostrego chili.Poza tym.- Jesteś kochana, Carmelito, ale to mi w zupełności wystarczy. Widząc, że kowboje załadowali już wóz, Rubin wspięła się na swoją bryczkę, naktórej piętrzyły się, starannie okryte przed kurzem, suknie, halki, kapelusze, czepki i szale.Wszystko nowe i barwne, gotowe do rozmieszczenia w oknach wystawowych sklepu.- Nie czekaj na mnie dziś wieczór.Wszystko wskazuje na to, że wrócę dość pózno.Pomachała ręką na pożegnanie i ruszyła w stronę miasta.Kiedy wjechała w główną ulicę, zobaczyła wyjątkowo dużo wozów i bryczekstojących na poboczu.Był to dzień targowy i ranczerzy wraz z rodzinami tłumnie zjeżdżali doHanging Tree.W sklepie Rufusa Durfee tłoczyli się klienci.Widać było też sporą grupęmężczyzn i chłopców przed zakładem fryzjerskim Burneya Healeya.Dzieci bawiły się w chowanego pomiędzy wozami i końmi, podczas gdy ich matkiprzerzucały towary na sklepowych półkach.Rubin zatrzymała się przed swoją pracownią, by następnie zająć się wydawaniempoleceń, gdzie ustawić meble zdejmowane z wozu i wnoszone do środka.- Aóżko zanieście do tamtego pokoju.A ten mały stoliczek obok z prawej strony.Myślę, że biurko powinno stać przy tej ścianie.Tak.Zwietnie.A krzesło tu, niedalekokominka.Było trochę zmian, aż wreszcie poczuła się w pełni usatysfakcjonowana.Mogła usiąśći uważnie przypatrzeć się wszystkiemu.Czuła się jak ptak, który wreszcie uwił sobie gniazdo.W sklepie na dole stały olbrzymie plecione kosze wypełnione belami barwnychtkanin, które przysłano prosto z fabryki.Na półkach stały tacki z guzikami, zarówno tymigładkimi, najskromniejszymi, jak i ozdobnymi, obciągniętymi materiałem.Wszystkie rodzajeozdób używanych do czepków i innych nakryć głowy - pióra, kity, szpilki i wstążki - byłyposegregowane wedle rodzaju, barwy, materiału i ceny.W oknie wystawowym leżał prawie ukończony już koronkowy obrus.Tym sposobemGorący Rubin chciała ukazać miastu, że zamówienie Millie Potter niebawem będziezrealizowane.Dla wzmocnienia efektu rzuciła obok zwój czerwonej satyny.Połączenie to,bardzo artystyczne, wabiło wzrok i przyciągało uwagę.Naprzeciw drzwi wejściowych wisiały na drewnianych kołkach gotowe suknie zróżowej organdyny, żółtej bawełny i białego muślinu.- Mój sklep, tatku.- Rubin upajała się świadomością tego faktu.- Mój własny.Tylkomój.Czy ty to widzisz, ojcze? Czy pojmujesz, jak wiele to dla mnie znaczy?Pogrążona w myślach, podniecona nową perspektywą, nie usłyszała skrzypnięciaotwieranych drzwi.- Widzę, że dokonała pani tego, panno Jewel [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum