[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Z Thorem u nogi wyszła na korytarz.Panująca w domucisza podziałała na nią jak balsam po bezustannej gorączceminionych dni.Zatrzymała się przed drzwiami Bennetta,zastukała, po czym weszła.Młodzieniec siedział przy oknie, wpatrując się ponuro w urwisko.- Jak się czujesz?Nawet nie spojrzał w jej stronę.Zapytała wzrokiemMinervę, która ze smutkiem pokręciła głową.Podeszła doBennetta i łagodnie położyła mu dłoń na ramieniu.- Może Minerva przesunie cię do drugiego okna, skądmiałbyś widok na ogród? Czy to nie przyjemniejsze niżwpatrywanie się w skały?Poczuła, że zadrżał.- O co chodzi? Czego nie możesz nam powiedzieć?Oczy miał tak ponure, tak pełne bólu, że musiała odwrócić wzrok.Wstała i pocałowała go w policzek.- Będę u siebie, gdybyś mnie potrzebował.Za drzwiami rozejrzała się, zdumiona zniknięciemThora.Kucharcia obedrze go ze skóry, jeżeli będzie grasować po kuchni w poszukiwaniu kości.Kiedy szła korytarzem, nagle znowu zaczęło jej się wydawać, że ktoś jąśledzi.Odwróciła głowę, czując się zarazem głupio i nieswojo.Przecież niebezpieczeństwo już minęło.Wokół nikogo nie było.W korytarzu nie słyszała odgłosów niczyich kroków z wyjątkiem własnych. Besztając się za nerwowość, weszła do swojego pokoju.Panował w nim chłód, zauważyła, że drewno wypaliłosię na popiół.Dorzuciła polano i patrzyła, jak płomieniezaczynają lizać korę.Ciągle zziębnięta, weszła do sypialni po szal.Gdy przekraczała próg, na środku łóżka ujrzała zwitek pergaminu.Zdumiona, rozwinęła go i przeczytała:Uprzedzałem cię, kuzynko, że pewnego dnia będzieszmusiała zapłacić.Dzień ten nadszedł.Natychmiast podpisz ten dokument i zanieś go na urwisko.Przyjdz sama.Jeżeli mnie nie usłuchasz, śmierć Liata obciąży twoje sumienie.Liat! Boże drogi! Z krzykiem wbiegła do jego pokoju.Aóżko było puste, pościel rozrzucona.Na podłodze, obok łóżka, widniało kilka kropelek krwi.Z sercem w gardle podniosła gęsie pióro i podpisaładokument, zauważając bezwiednie, że wystawiono gow dniu śmierci jej rodziców.Nieważne.Nic się teraz nieliczyło prócz Liata.Nikt nie mógł jej pomóc.%7łołnierze królewscy byli jużdaleko.Quenton wyjechał.Nawet cała służba gdzieś zniknęła.Strach ściskał ją za gardło, gdy pędziła w dół po schodach i biegła przez wrzosowisko, modląc się rozpaczliwie,by nie przybyła za pózno. Okrwawioną ręką Quenton otarł oczy.Dwóch drabów,którzy go napadli, leżało trapem.Rozpoznał głos człowieka, który ich zabił.Nie dziwił się, że Wyatt Lindsey niechciał mieć świadków.Podciągnął się na kolanach i potrząsnął głową, by rozjaśnić myśli.Zwiat wokół wirował w oszałamiającym tempie,aż zrobiło mu się niedobrze.Był wściekły na siebie.Powinien to przewidzieć.Tak się zatracił w poszukiwaniu dowodów winy Wyatta, że zlekceważył niebezpieczeństwo.A teraz zostawił wszystkich na łaskę i niełaskę tego szaleńca.Olivia.Boże drogi! Jej przede wszystkim grozi zguba.Zacisnął szczęki i mimo bólu podniósł się na nogi, kurczowo trzymając się przegrody w stajni.Nie miał pojęcia,jak zdołał wciągnąć się na siodło, ale siedział na nim.Pochylając się nisko nad końską grzywą, trącił zwierzę piętąi skłonił do truchtu.Choć ból był prawie nie do wytrzymania, podtrzymywała go jedna myśl - Olivia znajduje się w rękach tegoszaleńca, Wyatta Lindseya.Bennett siedział skulony w fotelu, wpatrując się w odległe urwisko.Kątem oka ujrzał biegnącą kobietę, którejwłosy i suknię targał wiatr.Na chwilę ból wspomnień stałsię tak dojmujący, że musiał przymknąć powieki.To wszystko dzieje się znowu.Wracają demony, by go prześladować i dręczyć.Ale.Otworzył oczy.Nie śnił.Na pewnonie.Widział to na jawie.Tę wydętą spódnicę.Długie włosy rozwiane wiatrem. Włosy.Coś tu się nie zgadzało.Antonia nie miała włosów barwy kasztanów.To nie ona mknie ku urwisku, kupewnej śmierci.To jeszcze gorsze niż nocna zmora.Znacznie gorsze.To się dzieje naprawdę.Boże drogi, jeszcze raz wszystkoprzewija mu się przed oczyma.Tym razem chodzio Olivię.W panice rozejrzał się, szukając Minervy.Co takiegomu powiedziała? Co wyszeptała, nim wyszła z pokoju?Coś, że idzie na dół po herbatę i biszkopty.Tak, poszłasobie.Był sam.Całkiem sam.I nie mógł powstrzymaćOlivii przed taką samą straszliwą śmiercią, jaką zginęłaAntonia.W rozpaczy trzasnął ręką w znienawidzony fotel.Przesunął się o parę centymetrów.Serce podskoczyło muw piersi.Znowu uderzył i fotel znowu się przesunął.Powoli, z wielkim wysiłkiem, popychał fotel przez pokój, nakorytarz.Na szczycie schodów otworzył usta, rozpaczliwie pragnąc wykrzyczeć ostrzeżenie.Ale ani słowo nie wydobyłosię z jego ust.Wpatrywał się w szerokie, wypolerowaneschody, zastanawiając się, ile kości połamie, nim dotrzena dół.Nieważne.Teraz chodzi tylko o to, by przestrzeckogoś, kogokolwiek, przed tragedią, która ma nastąpić.Zaciskając zęby ze strachu przed bólem, przed którymna pewno nie umknie, wychylił się z fotela i rozpaczliwierzucił się w dół schodów. Choć wiatr zwiewał Olivii włosy na oczy, wysokona urwisku dostrzegła Wyatta, mocno ściskającego rękęchłopca.Gdy zbliżyła się na tyle, by widzieć ich wyrazniej, zobaczyła, że Liat szeroko otwiera przerażone oczy, a Wyattsię śmieje.- Podpisałaś? - zawołał, przekrzykując ryk przypływui wiatru.- Tak.- Uniosła dokument.Podmuch powietrza omalnie wyrwał go jej z ręki.- Ostrożnie, kuzynko.Jeśli go wypuścisz, mogę puścićchłopca, a wtedy wiatr bez wątpienia zepchnie małegoz urwiska.- Nie.- Ledwo zdołała wydobyć głos ze ściśniętegotrwogą gardła.- Proszę.Nie rób mu więcej krzywdyponad to, co już zrobiłeś.- Co to ma znaczyć?- Proszę.Widziałam krew.- Ten mały drań mnie ugryzł.Olivia poczuła się bardzo dumna z odwagi Liata.- Podejdz bliżej - skinął na nią Wyatt i zrobił kilkaniepewnych kroków po skałach.Zbryzgane wodnym pyłem kamienie były śliskie.- Widziałam, jak odjeżdżałeś z rodziną, Wyatcie.Dlaczego wróciłeś?- Mówiłem już: nie dokończone interesy.Gdy dostałem list, w którym prosisz o rozliczenie twego majątku,uświadomiłem sobie, że haniebnie cię nie doceniałem.! - Mój list? - Wyglądała, jakby w nią piorun strzelił.- Przecież go nie wysłałam.Skąd mogłeś wiedzieć.?Uśmiechnął się jeszcze szerzej.- Mam zaufanych ludzi.Pokiwała głową.Czyż nie zdawała sobie z tego sprawyprzez cały czas?- Edlyn.Jak ją namówiłeś, by dla ciebie szpiegowała?- Nie miałem z tym najmniejszego kłopotu.Nienawidzi Quentona Stamforda za zabicie jej ukochanej pani, Antonii.- Wybuchnął śmiechem.- Co w tym takiego śmiesznego?- Bo skierowała swoją nienawiść na niewłaściwą osobę.Quenton nie zabił Antonii.- Zaśmiał się znowu obłąkanym, histerycznym śmiechem, mrożącym krew w żyłach.- Ja to zrobiłem.Quenton zmusił siebie i swego wierzchowca do najwyższego wysiłku.Zdawał sobie sprawę, że teraz, gdyWyatt nie miał nic do stracenia, stał się jeszcze bardziejniebezpieczny.Zdesperowani ludzie chwytają się ostatecznych środków [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum