[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Musiał żyć.Heather uczyni, co tylko w jej mocy, aby przeżył.Był dla niej wszystkim.Teraz to wiedziała, teraz w towierzyła - umysłem, sercem i duszą, każdą cząstką swego jestestwa.Za nic nie pozwoli mu odejść.***Nie obudził się.Ani pierwszej długiej nocy, ani przezcały następny dzień.Heather opuszczała swoje stanowisko najwyżej na kilka minut.Tej pierwszej nocy położyła się obok niego na łóżku i spała - drzemała - trzymając go za rękę,na wypadek gdyby się przebudził.Nawet nie drgnął.Kolejny dzień wstał szary i zimny, wichura raz po raz smagała okna deszczem.Catriona i Algaria regularniezachodziły do rannego, aby ocenić jego stan oraz zmienić bandaże i kompresy, mające powstrzymać infekcję.Heather pomagała.We trzy dawały sobie jakoś radęz ciężkim ciałem Breckenridge'a, mogły go obrócić, rozebrać i umyć, przemyć ranę i opatrzyć ją na nowo.Mówiła niewiele; nie znajdowała nic do powiedzenia.W jej ocenie rana, choć czystsza, nadal była potworna,paskudne rozdarcie w boku.Ujrzawszy jej rozmiary,jeszcze pilniej zanosiła modły do Boga, Lady i każdegoinnego bóstwa, które potencjalnie mogłoby jej wysłuchać, dziękując za to, że przeżył do tej pory, i z desperacją prosząc o jego wyzdrowienie.Catriona i Algaria cicho wymieniały obserwacje; Heather nie musiała słuchać, by wiedzieć, o czym mówią.Ton ich głosu i ponure miny wyjawiały jej wszystko.Breckenridge stał u bram śmierci.Znów zapadła noc, on zaś nadal leżał nieruchomo.We dworze zapanowała cisza.Catriona zajrzała do rannego po raz ostatni przed udaniem się na spoczynek.Zbadawszy go, wyprostowała się z westchnieniem.Lekko ścisnęła ramię Heather.- Miej wiarę.Potem wyszła.Heather siedziała przy łóżku, wpatrzona w twarzBreckenridge'a.Odruchowo dotknęła palcami różowegokryształu pod stanikiem sukni.Miej wiarę.Wierz.Wierzyła.Rozumiała już, czego domagał się od niej los - aby wytrwała bez względu na wszystko.Aby przyjęła do wiadomości, że nawet jeśli Breckenridge umrze, jeśli ją zostawi, to ona nadal będzie go kochać aż do końca swych dni.Miłość nie dba o nic.Po prostu jest.Nie stawia warunków.Trwa na wieki.Heather wierzyła w miłość.Żarliwie.Zawsze będzie go kochać.I jeśli zyska kolejną szansę, przekona go o tym.W mroku nocy opuściła powieki i modliła się.***Zmysły przypłynęły do niego, wróciły, lecz nie w zwykły sposób.Czuł się.oderwany.Zdystansowany.Nadal po części tkwił w rzeczywistości, wydawało się jednak, żeod ziemskiego świata odgradza go przejrzysta zasłona.Unosił się.Wolny od bólu, dręczącego go całymi dniami.Wyzwolony z ciała, które zamieszkiwał przez trzy i półdekady - to ciało spoczywało w wielkim łożu, słabe, wycieńczone cierpieniem.To ciało - jego ciało - przenikał chłód.Widział, nie korzystając z oczu.Czuł, choć nie był pewien, w jaki sposób.Nie rozróżniał, które zmysły dostarczają mu kolejnych informacji.Zimno i ból.wyczerpały go.Wyrwały go z ciała, w noc.Poza zasłonę.Coś go ciągnęło, łagodnie, kusząco zachęcało, aby odpuścił i popłynął, oddalając się od tego świata, od bólu, zimna i wyniszczającego cierpienia.Musiał tylko podjąć decyzję, puścić się, a jego więź zeświatem zniknie, on zaś odnajdzie błogosławiony spokój.Ten spokój czekał, oddalony o jedno, ostatnie uderzenie serca.Wziął - jego ciało na łóżku wzięło - głębszy, bolesnyoddech.i pomyślał, że podejmie tę decyzję.Swoją ostatnią decyzję.Jaki miał powód, aby żyć?Co trzymało go na tym świecie?Ledwie te pytania zdążyły się uformować, nadpłynęły odpowiedzi.Ojciec.Dwie kochane, jędzowate siostry.Heather.Tutaj się zatrzymał, zdumiony, że Heather nadal widnieje na liście.Nie kochała go, kazała mu wyjechać, odejść.Dlaczego zatem więź z nią przetrwała?Więź.W swym obecnym, dziwnym stanie niemalżeją czuł.Mógł jej dotknąć, widział ją.Niczym lśniąca lina,rozciągnięta, lecz mocna, połyskiwała w jego świadomo­ści, witalna i prawdziwa, potężna.żywa.Realna.Sądził, że jest sam, gdy leżał tak w wielkim łożu, zimny, udręczony cierpieniem i cichy, ale ta lśniąca lina.dokądś prowadziła.Była do czegoś umocowana.Zakotwiczała go w tym świecie, w tym życiu.Kolejny szept zza zasłony przeszył go dreszczem, namawiał, wzywał.Jednakże teraz, gdy zobaczył, co w nim żyje, gdy olśni­ło go piękno tego zjawiska, musiał poznać odpowiedź,koniecznie, zanim zrobi ostatni, nieodwołalny krok, porzucając ów cud, ową radość.Niemające sobie równych piękno miłości.Otworzył zmysły - te, którymi w swym dziwnym staniemógł się posłużyć - i natychmiast pojął, gdzie kończy sięowa lśniąca lina.Heather siedziała przy jego łóżku, złożywszy głowęna skrzyżowanych na pościeli ramionach, ze smukłą dłonią w jego bezwładnej dłoni.Jej włosy rozpostarły się niczym wachlarz, złoty welon rzucony na pościel, poszczególne pasma utkały delikatną sieć na jej policzku.Spała [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum