[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Pochwa krótkiej szabli, którą Jeremy przypasał pod surdutem, uderzałago w udo przy każdym kroku.Cobby miał przy sobie podobną broń;kiedy szli, jego dłoń błądziła przy rękojeści.Idący z tyłu Hugo wziął pałkę i sztylet.Nie szukali kłopotów, lecz nie byli też na tyle głupi, żeby zapuszczać sięw te rejony bez zabezpieczenia.Eliza rozpoznawała ten rodzaj opiekuńczości, odgadywała jejprzyczynę.Choć nie dostrzegała niebezpieczeństwa, wyczuwała, że czaisię w pobliżu, niewidoczna, cicha groźba.Wilgotny chłódprzemierzanych przez nich, niekiedy wąskich, innym razem znówprzepastnych tuneli zdawał się podstępnie tchnąć przemocą.Otuliła się szczelniej kocem i przysunęła do Jeremy'ego.- Co to za miejsce? - szepnęła.Przed nimi szli trzej chłopcy w siermiężnych ubraniach, którzy czekaliniedaleko wejścia do piwnicy, w której była uwięziona Eliza.Od czasu doczasu powstrzymywali ich grupę uniesieniem dłoni, jakby sprawdzali,czy droga jest wolna, a później kiwali na nich i szli dalej.Kiedy po raz kolejny przewodnicy nakazali im stanąć, Jeremy nachyliłsię do ucha Elizy.- Lokalne katakumby, podziemia między podporami wiaduktów -odpowiedział na jej pytanie.- Gdy wzniesiono wiadukty prowadzące zHigh Street na północ i południe, ci, którzy później wybudowali przynich do-my, zawłaszczyli przestrzenie między podporami, robiąc z nichwielopoziomowe piwnice.Umilkł, kiedy znów ruszyli, spiesznie i w ciszy przechodząc przez coś wrodzaju sporej pieczary.Eliza wyczuła jakiś ruch w nieprzeniknionym mroku w jej głębi.Gdyznów znaleźli się w wąskim tunelu, szepnęła:- Co to za ludzie się tu ukrywają?- Nie ukrywają się.Oni tu mieszkają, idziemy przez ich domy.Nie potrafiła sobie tego wyobrazić.- Dlaczego tutaj są?- Kiedy pięć lat temu pożar strawił pierwotne domy, wszystkie piętrapowyżej poziomu gruntu, budowniczy, którzy wznosili nowe budynki naocalałych fundamentach, po prostu odcięli niższe poziomy.Te poziomy,te tunele, przekształciły się w kolonię bezdomnych, wysiedlonych,wszelkiego rodzaju biedoty.Niektórzy, jak ów spryciarz, którywybudował domy w wybranym przez pani porywaczy ciągu, pozostawiliw piwnicach dostęp do tuneli na wypadek kolejnego pożaru.Większośćmiejscowych słyszała o katakumbach.- Co do Scrope'a, nie jestem w stu procentach pewna, ale pozostalidwoje są Anglikami.- No właśnie.Wynajęli ten dom lub zarekwirowali go pod nieobecnośćwłaściciela.Dotarli do wykutych w kamieniu, prymitywnych schodów.Cobby iHugo czuwali w gotowości, kiedy Jeremy pomagał Elizie zejść.- Już niedaleko - szepnął, gdy znów ruszyli.- Schodzimy ze zbocza podwiaduktem, jesteśmy prawie u celu.Przypominając sobie, jak długi był wiadukt, którym szła poprzedniegodnia z porywaczami, Eliza zadumała się nad tym, ile musi się tu kryćpodziemnych pomieszczeń.Ilu ludzi, ile rodzin i grup chroni się tutajprzed światem.- Przynajmniej mają się gdzie skryć przed złą pogodą.Jeremy nie odpowiedział.Na przedzie Cobby zatrzyma! się przedszerokim otworem, za którym widać byto gwiazdy, łebki szpilek naciemnym suknie nieba.- Proszę iść dalej z Hugonem - wymamrotał Jeremy do Elizy, gdy takżeprzystanęli.- Za moment do was dołączę.Zawahała się, wyraźnie niechętna, kiedy jednak Hugo dotknął jejramienia, przeszła z jego pomocą przez otwór, zagłębiając się wewzględnie bezpieczną noc.Cobby czekał tuż przy wyjściu, oglądając się na Jeremy'ego, którywyjmował właśnie z kieszeni niewielką sakiewkę.Trzej chłopcy,przyczajeni dotąd w mroku, zbliżyli się błyskawicznie.- Proszę.- Jeremy wysypał zawartość sakiewki na dłoń i pokazał immonety, uzgodnioną zapłatę za pomoc w wędrówce przez tunele.- Waszanależność plus napiwek.Najstarszy chłopak zerknął na kolegów.- Może pan je dla nas podzielić? Jeremy spełnił prośbę.Uszczęśliwieni chłopcy wzięli monety, zasalutowali mu i rozpłynęli sięw mroku.Jeremy dołączył do Cobby'ego, po czym razem przeszli kilka kroków domiejsca, gdzie Hugo i Eliza czekali na nich, skryci w bramie.Eliza od razu puściła rękaw Hugona i uczepiła się ramienia Jeremy'ego.Popatrzyła kolejno na mężczyzn.- Nie wiem, jak panom dziękować.Scrope oczekiwał lairda jutro rano.Nie cieszyłam się na to spotkanie.- Cała przyjemność po mojej stronie - rzekł Hugo, kłaniając się zuśmiechem.- Prawdę mówiąc - Cobby radośnie wyszczerzył zęby - od dawna ckniłonam się do jakiejś przygody, zatem to my jesteśmy pani dłużnikami.Ateraz! - Z ożywieniem okręcił się na pięcie.- Porzućmy to miejsce nakorzyść bardziej przyjaznych klimatów.Po raz kolejny ruszy! przodem, a Hugo znów zamyka! pochód.- Dokąd idziemy? - spytała Eliza.Jeremy popatrzył na nią w mroku; bardziej wyczuwała, niż widziała, jakspojrzeniem prześlizguje się po jej twarzy.- Do domu Cobby'ego.To niedaleko.Cobby świetnie znał drogę - nieomylnie prowadził ich przez ciasneprzejścia i maleńkie dziedzińce, wiódł wąskimi alejkami i w poprzekszerszych uliczek.Eliza starała się dotrzymywać tempa mężczyznom,jakkolwiek w balowych pantofelkach musiała stąpać ostrożnie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum