[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zostawiłem w szklanym boksie rzeczy i poszedłem szarym korytarzemdalej, do gabinetu Jeremy'ego Denta, wiceprezesa do spraw kadrowych; toon po raz pierwszy zlecił mi robotę przed dwoma laty.Wcześniej byłemwolnym strzelcem.Miałem darmowe biuro w dzwonnicy kościoła Zwięte-go Bartłomieja, dzięki temu, że zawarłem całkowicie nielegalny układ zpastorem, ojcem Drummondem.Kiedy bostońska archidiecezja musiałazacząć ponosić konsekwencje ukrywania przez dziesiątki lat przypadkówpedofilii wśród księży, do kościoła Zwiętego Bartłomieja przysłano kontro-lę.W rezultacie moje darmowe biuro zniknęło, tak jak wcześniej dzwon,który kiedyś wisiał w dzwonnicy, ale nie widziano go od czasów prezyden-tury Cartera.Dent pochodził z długiej linii dobrze urodzonych żołnierzy z Wirginii iukończył West Point z trzecim wynikiem w swojej klasie.Wietnam orazWar College stanowiły odbicie do szybkiej wspinaczki po szczeblach woj-skowej kariery.W połowie lat osiemdziesiątych pełnił funkcję oficera po-kładowego w Libanie, po czym wrócił do domu i wyciągnął wtyczkę.Od-szedł z wojska w wieku trzydziestu sześciu lat, w stopniu podpułkownika, zprzyczyn nigdy w pełni niewyjaśnionych.Spotkał starych znajomych ro-dziny, z gatunku tych, których przodkowie wycinali swoje nazwiska naburtach  Mayflower , i od nich dowiedział się o wakacie w firmie; niewie-lu w ich kręgach o niej wspominało, dopóki nie znalezli się w prawdziwychtarapatach.Dwadzieścia pięć lat pózniej Dent był pełnoprawnym wspólnikiem.Miał biały dom w stylu kolonialnym w Dover i letnią posiadłość w Viney-ard Haven.Miał też piękną żonę, syna o mocnych szczękach, dwie wiotkiecórki i czworo wnucząt, które wyglądały, jakby po lekcjach pozowały doreklam wyrobów marki Abercrombie.Jednakże wciąż nosił w sobie to coś,36 co go zraziło do wojska, niczym gwózdz w karku.Choć nie brakowało muuroku, trudno było czuć się przy nim swobodnie, bo sprawiał wrażenie,jakby sam ze sobą nie czuł się swobodnie.- Wejdz, Patricku - powiedział, kiedy sekretarka otworzyła przede mnądrzwi gabinetu.Uścisnęliśmy sobie dłonie.Nad jego prawym ramieniem widniała wieżahotelu Custom House, a spod lewego łokcia wyłaniał się pas startowy lotni-ska Logana.- Siadaj, siadaj.Usiadłem, Jeremy Dent także usiadł i przez dobrą minutę spoglądał namiasto.- Layton i Susan Trescottowie dzwonili do mnie wczoraj wieczorem -odezwał się po chwili.- Mówili, że zająłeś się sprawą Brandona.Sprowo-kowałeś go, żeby się zdemaskował i tak dalej.Przytaknąłem skinieniem.- Aatwo poszło.Podniósł do ust szklankę z wodą i upił niewielki łyk.- Mówili, że myślą o wysłaniu go do Europy.- Dobry pomysł, spodoba się kuratorowi.Uniósł brwi, jakby zdumiony własnymi myślami.- To samo powiedziałem.A jego matka, bądz co bądz sędzia, wydawałasię szczerze zdziwiona.Rodzicielstwo.Jezu, jest milion sposobów, żebyje schrzanić, i ze trzy, żeby się udało.I to dotyczy matek.Jako ojciec zaw-sze czułem, że mogę mieć najwyżej nadzieję wznieść się do poziomu eunu-cha z największą torbą.- Dopił wodę i zdjął nogi z biurka.- Chcesz sokualbo czegoś innego do picia? Nie mogę już pić kawy.- Jasne.Podszedł do barku pod płaskim telewizorem, wyjął butelkę soku żura-winowego i szukał lodu.Przyniósł szklanki do biurka, stuknął się ze mną wgeście toastu i obaj podnieśliśmy do ust ciężkie kryształy Waterforda wy-pełnione sokiem żurawinowym.Następnie Dent powrócił siedzeniem nafotel, nogami na biurko i spojrzeniem na miasto.- Pewnie się zastanawiasz nad swoją pozycją w firmie.Zrobiłem minę, która miała mu dać do zrozumienia, że owszem, jestemżywo zainteresowany, ale nie naciskam.37 - Wykonałeś dla nas świetną robotę, a w istocie mówiłem, że rozważy-my możliwość zatrudnienia cię na stale po zamknięciu sprawy Trescotta.- Tak, pamiętam.Uśmiechnął się, pociągając łyk soku [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum