[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nad tą prowizoryczną kuchnią wisiałazdezelowana półka, na której upchnięto jakieś puszki i pudełka z jedzeniem.Spostrzegł jeszcze drzwi, prowadzące do sąsiedniego pokoju, prawdopodobniesypialni.Nieliczne meble straszyły swoją brzydotą: wyświechtana, tania sofa,jaskrawo pomalowany stolik i parę krzeseł.Jedną z nóg stołowych, krótszą niżpozostałe, podparto książkami. No cóż, to nie jest Ritz. powiedziała Suzanne, a ton jej głosuwskazywał, że przejrzała go na wylot. W każdym razie jest.miło i jasno  oświadczył.Okna wychodziły napołudnie i w pokoju było strasznie gorąco. Okna się nie otwierają, jedno skrzydło się zacięło i nie można goruszyć.A ja muszę włączać piecyk, żeby suszyć bieliznę.50RS  Nie ma sznura w ogrodzie.?  zdziwił się, ale Suzanne pokręciłagłową. To wspólny ogród.Wszystkie porządne rzeczy znikają. Och. Pomyślał, że to straszne mieszkać w miejscu, w którym ktośkradnie suszącą się bieliznę z ogrodu. Czy mam spróbować otworzyć okno? zaproponował. Jeśli chcesz.Mocując się z wypaczoną futryną, miał trochę czasu, by zebrać myśli.Suzanne się zmieniła: Marius nie potrafił powiedzieć, na czym to polegało,wiedział jednak, że się zmieniła.Miała trochę dłuższe włosy niż przedtem ischudła, zmieniło się także coś jeszcze.Jakby rysy jej twarzy się rozmazały inie była już tak jasna i promienna.Miała zmęczone, nieufne spojrzenie.Aledzwięk jej niskiego, lekko zachrypniętego głosu wciąż budził w nim dreszcze iwspomnienia wspólnie spędzonych chwil.Udało mu się uchylić okno.Do pokoju wpadło trochę chłodniejszepowietrze. Dziękuję, teraz da się oddychać. Zmrużyła oczy. Jak mnieznalazłeś? Dostałem twój adres od Evelyn Thomas. Głupia krowa. Suzanne była wyraznie zła.Marius uczynił jakiśuspokajający gest. Nie było innego sposobu, by cię znalezć.Zdjęła ręczniki z suszarki i zaczęła je składać szybkimi, wprawnymiruchami. Nie rozumiem, dlaczego nie odpowiadałaś na moje listy. A po co?51RS  Choćby z grzeczności. wypsnęło się Mariusowi. Och, lordzie Temperley  roześmiała się Suzanne. Zupełniezapomniałam, co z ciebie za gość.Starał się pohamować gniew. To by dla mnie wiele znaczyło. I właśnie dlatego  odparła łagodnie Suzanne  nie odpisywałam. Masz kogoś? W pewnym sensie. Po raz pierwszy nieznacznie się uśmiechnęła. Aha. Zachował się jak idiota, przyjeżdżając do niej. W takim razie,już idę.Był już w połowie drogi do drzwi, gdy Suzanne powiedziała: Przepraszam cię, Marius.Ale ze mnie jędza. Wzięła głęboki oddech. Nie chodzi o mężczyznę.Prawdę mówiąc, po tobie nie było żadnego.Ale, nocóż.wojna i to wszystko.cała ta historia zdarzyła się tak dawno temu.Udało jej się uśmiechnąć. Masz może papierosa? Mam straszną ochotęzapalić, a właśnie mi się skończyły i nie mogłam wyjść do sklepu.Marius podał jej papierosa. Evelyn pisała, że byłaś w trudnej sytuacji.Suzanne zaśmiała się ochryple. Można tak powiedzieć. Spojrzała na niego ostro. I co jeszcze cinapisała? Nic szczególnego. Podał jej ogień. Tylko tyle, że szybko porzuciłaśsłużbę. Wkrótce po tym, jak wyjechałeś do Francji. Dlaczego? Sądziłem. Wiesz, że nie należę do osób, które lubią wykonywać czyjeś rozkazy.52RS Jakaś nuta w jej głosie sprawiła, że poczuł, iż lepiej nie pytać o nicwięcej.Pomyślał, że może została wyrzucona albo trafiła przed sąd polowy.Choć nie wydawało mu się to prawdopodobne, bo Suzanne była bardzointeligentna, a takich kobiet bardzo potrzebowano w armii. Znalazłaś pracę? Szyję coś od czasu do czasu. Pokazała mu starą maszynę Singera,stojącą na stole. Mam trochę przyjaciół w Londynie.Mógłbym się dowiedzieć, czy ktośnie znajdzie dla ciebie jakiegoś zajęcia. Radzę sobie. To zapewne byłaby praca biurowa, ale. Powiedziałam już, że sobie radzę. Jeszcze jedno ostrzeżenie.Pochwili jednak znów się uśmiechnęła. Bardzo się cieszę, że wpadłeś, Marius,ale mam coś do zrobienia. Może moglibyśmy pójść gdzieś na lunch. Marius przerwał, słyszącjakiś dzwięk dobiegający z sąsiedniego pokoju.Cieniutki, wysoki pisk.Spojrzał na Suzanne, nie mogąc wykrztusić ani słowa. To mój kot  pośpieszyła z wyjaśnieniem. Nie sądzę, by wspólnylunch był dobrym pomysłem.Jeszcze jeden krzyk.Marius zrozumiał wszystko w jednej chwili. To nie kot  mruknął i ruszył w stronę sypialni. Marius. Suzanne zagrodziła mu drogę, ale ją odsunął i otworzyłdrzwi.Stanął twarzą w twarz z dzieckiem stojącym w łóżeczku.Maleństwo,ujrzawszy obcego, rozpłakało się jeszcze bardziej. Kiedy się urodziła?  powtórzył raz jeszcze.Suzanne tuliła małą w ramionach, mrucząc jej coś łagodnie do ucha.53RS  Mówiłam ci już, że to nie twoja sprawa.Marius rozumiał jednak, że najprawdopodobniej to jest właśnie jegosprawa.Nie znał się na dzieciach, ale ta dziewczynka wyglądała tak, jakbymiała z półtora roku. Wiesz przecież, że mogę sprawdzić to w urzędzie.Spojrzała na niego z wściekłością, a potem mruknęła pod nosem: Ubiegłej zimy. Pytam, kiedy dokładnie się urodziła?Pocałowała maleństwo w ciemną główkę, a potem spojrzała na niegowyzywająco: Dwudziestego szóstego grudnia tysiąc dziewięćset czterdziestegoczwartego roku.Mój mały prezent gwiazdkowy.A więc koniec marca.Poznał Suzanne w drugiej połowie marca. Potobie nie było żadnego mężczyzny", powiedziała mu dziesięć minut temu.Potrzebował chwili, by zebrać myśli. To moje dziecko, prawda?Odwróciła się do niego plecami, biorąc dziecko na biodro. To moje dziecko, prawda, Suzanne?  powtórzył, a po chwili, któratrwała całe wieki, ona pokiwała głową.Siedział na wyświechtanej sofie, nie mogąc sobie poradzić z własnymiemocjami: z szokiem, z gniewem, ze wstydem.Wreszcie wszystko rozumiał.Dlaczego opuściła oddział Pomocniczej Służby Wojskowej, czemu Evelynnapisała, że wiele się zmieniło w życiu Suzanne. Dlaczego mi nie powiedziałaś?  szepnął, a ona w milczeniu pokręciłagłową.Dziecko bawiło się koralami, które miała na szyi. Sądziłaś, że ci niepomogę?54RS Popatrzyła na niego zimnymi oczami. Nie widzę powodu, byś miał płacić za przyjemność, która trwałamiesiąc. Sześć tygodni  poprawił ją. Znaliśmy się sześć tygodni, Miesiąc, sześć tygodni, co za różnica? Mamy dziecko.I to jest ta różnica. Ja mam dziecko.Ona jest moja.Tylko moja. Marius usłyszał strach wjej głosie. To moja córka.Nie znał nawet jej imienia.Podszedł do okna, starając się zachowaćjasność umysłu.Myśli wirowały mu w głowie.Został ojcem.Suzanne dumna, niezależna Suzanne  żyła w biedzie, podczas gdy on opływał wdostatki w Missencourt [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum