[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Koń patrzył na nią ze zdziwieniem, jego nozdrza drżały, lekko rzucałłbem.- Dlatego od lat nie chodzę do dentysty.Widzisz, jaka jestem głupia? Tyna pewno jesteś o wiele bardziej odważny.Pójdziesz ze mną.Jesteśwspaniałym, wielkim koniem, tyle razy wygrywałeś.Zwyciężysz i teraz,tylko musisz mi zaufać.Musisz mi zaufać.Powoli, nie spuszczając konia z oczu, otworzyła drzwi boksu.Całą siłąpowstrzymała kaszel.Z podrażnionych dymem oczu ciekły jej łzy, gardłobyło suche, z trudem przełykała ślinę.Uniosła chusteczkę do ust.Towszystko było jak koszmar senny.Z zewnątrz znowu dobiegł hałas zapadającego się pod naporem płomienibudynku.- Chodz, no, chodz, jesteś bardzo dzielny - mówiła dalej nienaturalniespokojnym głosem.- Nie możesz tu zostać.Kiedy stąd wyjdziemy,zobaczysz pola, padok, tam nie będzie dymu ani ognia.Dostaniesz całewiadro wody, zobaczysz.No, chodz.Powoli, bardzo powoli wyciągnęła rękę i ujęła wodze.High Bornnerwowo zastrzygł uszami i zrobił krok do tyłu.- Widzisz, wszystko w porządku.- Lekko pociągnęła go za sobą.- Ateraz sobie pójdziemy.Nie miała wątpliwości, co by się stało, gdyby nagle spłoszony ogierstanął dęba.Wiedziała, że z tak wielkim koniem nie ma żadnych szans.Wkażdej chwili może ją stratować albo wywlec z boksu prosto w ogień.- Wszystko w porządku.High Born drżał na całym ciele, jego nozdrza poruszały się niespokojnie,ale nie robił gwałtownych ruchów.W jego oczach dostrzegła cień ufności.- Idziemy, no, idziemy.Delikatnie dotknęła jego pyska, jakby chciała mu powiedzieć, że wcalenie muszą się spieszyć.- Powolutku sobie stąd wyjdziemy - mówiła dalej, sama nie wierząc, żeRS 65naprawdę za nią idzie.- O, tak, pójdziemy sobie wzdłuż tej ściany, jeszcze,jeszcze kawałek, prosto do wyjścia, a tam dalej, widzisz, tam jest ciemno,tam nie ma ognia i wszystko jest dobrze.Wolno, jak we śnie, posuwali się ku wyjściu.Oby tylko bieganina izamieszanie na podwórzu nie spłoszyły konia.Nie wiadomo, jakzareaguje.Może się wyrwać i popędzić w niewiadomym kierunku.Trudno,lepsze to niż śmierć w płomieniach.Przed stajniami Fred i Reid nie próżnowali.Przygotowali wszystko naich wyjście.Kiedy wielki koń i mała, uczepiona do niego postać wyłonili sięze stajni, na podwórzu panowała kompletna cisza, przerywana tylkotrzaskiem płomieni.Ludzie zamarli w bezruchu, a Fred pewnym ruchemzdrowej ręki wskazał jej drogę.Kon przyspieszył kroku* musiała teraz biecobok niego.Po chwili minęli pierwszą furtkę wybiegu, potem drugą.Na znak Fredapuściła uzdę i uwolniła konia.Z ciemności dobiegł ją przyspieszony tętentkopyt i High Born zniknął w mroku.Był u siebie.Nic mu już nie groziło.- Powinno się go dobrze wytrzeć - zwróciła się Kirsty do Freda.- Jeststrasznie spocony.- Noc jest bardzo ciepła, nic mu nie będzie.Najgorsze ma za sobą.-Zawahał się na chwilę.- To była bardzo dobra robota.Niewielu mężczyznzdobyłoby się na coś podobnego.Pokręcił z podziwem głową.- Wszystkie konie zostały uratowane?- Tak.W zasadzie wszystko w porządku.- Jest coś jeszcze? - zapytała Kirsty, słysząc wahanie w jego głosie.- Tak.Jedna z klaczy uderzyła się o ścianę, kiedy się spłoszyła, i ma dośćgłęboką ranę.Leży tam, są przy niej chłopcy stajenni.Byłoby dobrze, gdybypani mogła rzucić na nią okiem.- Zaraz pójdę zobaczyć.Reid wyłonił się z ciemności, tak jakby cały czas był tuż obok.- Możesz spokojnie zostawić konie pod opieką doktor Maine -powiedział stanowczym głosem do Freda.- Dowiodła aż nadto dobrze, żezna się na rzeczy.A my teraz zajmiemy się twoją ręką.- Ale ja.- Doktor Haslett ma rację - wtrąciła się Kirsty.- Zajmę się końmi, niechsię pan nie boi.RS 66Klacz leżała po ścianą nie objętej ogniem stajni.Kirsty obejrzała ją przyświetle latarki.Rana była bardzo rozległa.Wymagała natychmiastowegoszycia [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum