[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Długie,jednostajne, zamyślone spojrzenie, nie nieprzyjazne, po prostu oderwane, ukazujące jej rzeczywisteja, a potem pojawiał się żywy, twardy uśmiech, kiwnięcie dłonią  gest przyjazni w postacidozwolonej przez kompanów.Gdy tylko straciła mnie z oczu, przestałam dla niej istnieć; już była zpowrotem tam, otoczona przez kolegów, uwięziona w swej sytuacji.Kiedy tak stałam przy oknie, a obok czujny, obserwujący ją Hugon, zauważyłam, jak bardzowzrosła liczba ludzi na trotuarze: było ich teraz około pięćdziesięciu albo więcej;'spoglądającwzwyż na101niezliczone okna pełne głów zwieszających się nad tą sceną, wiedziałam, że łączy nas wszystkichjedno: zastanawiamy się, jak szybko ten tłum, lub jego część, wyruszy i odejdzie, kiedy  młodzi"znikną.Na pewno niebawem.A Emily? Czy pójdzie z nimi? Stałam obok czuwającej żółtej bestii,która nie pozwalała mi się głaskać, ale wydawała się lubić moją obecność, mnie, przyjaciela jegopani, jego miłości  stałam tam i myślałam sobie, że lada dzień może się zdarzyć, iż podejdę dotego okna i zobaczę pusty trotuar, sprzątaczki lejące wodę i płyn odkażający, zmywające wszelkiewspomnienia po plemieniu.Hugon i ja zostaniemy sami, a moje zaufanie będzie zdradzone.Rano siadywała ze swym żółtym zwierzęciem, karmiła je substytutami mięsa i jarzynami, pieściła iprzemawiała do niego, brała je wieczorem do swego małego pokoiku, w którym podczas jej snuleżało obok łóżka.Kochała je, nie ma co do tego wątpliwości, nie mniej niż dawniej.Nie mogłajednak wprowadzić go do swego chodnikowego życia.Pewnego wczesnego wieczoru weszła do mieszkania w porze, gdy życie na zewnątrz było w swoimapogeum żywości i hałasu  to znaczy, gdy wśród ciemniejącego nieba zaczynały się na różnych wysokościach pojawiać światła.Weszła i nieco drżąca z niepokoju, co starała się przede mną ukryć,powiedziała do Hugona:102__No chodz, chodz ze mną, to cię przedstawię.Czyżby zapomniała o wcześniejszym doświadczeniu? Nie, oczywiście że nie, ale uznała, iż sytuacjasię zmieniła.Była teraz dobrze znana w tym środowisku  więcej nawet, musiała się uważać zaczłonka-założyciela tego plemienia: pomogła je ukształtować.Nie chciał iść.O tak, bardzo nie chciał z nią iść.Sposób, w jaki wstał dla okazania ochoty, aprzynajmniej zgody, miał oznaczać, że składa na nią odpowiedzialność za to, co się może zdarzyć.Prowadziła, a on szedł za nią.Nie nałożyła mu jego ciężkiego łańcucha.Pozostawiając zwierzę bezochrony, czyniła grupę odpowiedzialną za zachowanie wobec niego.Obserwowałam młodą dziewczynę, szczupłą i bezbronną nawet w swych grubych spodniach,wysokich butach, kurtce, szalach, jak przekracza ulicę ze swym zwierzęciem rozumnie kroczącymza nią.Była w oczywisty sposób przestraszona, gdy stanęła na skraju jednej z żywo gawędzącychhałaśliwych grupek, które zawsze wydawały się rozświetlane wewnętrzną przemożną potrzebąpodniecenia lub gotowości do niego.Dla dodania sobie otuchy trzymała dłoń na głowie zwierzęcia.Młodzi odwrócili się i zobaczyli ją, zobaczyli Hugona.Dziewczyna i zwierzę stali tyłem do mnie,dlatego oglądałam twarze grupy tak, jak je widzieli Emily103i Hugon.Nie podobało mi się to, co widziałam.gdybym tam była, miałabym ochotę odejść,uciec.Ale ona tkwiła tam.Z dłonią stale na głowie Hugona, pieszcząc jego uszy, głaszcząc go,uspokajając, chodziła spokojnie pośród klanu, zdecydowana przeprowadzić swój sprawdzian,zbadać swoją pozycję.Była z nim tam jeszcze po zapadnięciu zmroku, gdy żywy tłum wchłonęłamieszanina światła i ciemności, w której dzwięki  śmiech, podniesiony głos, brzęk butelki rozlegały się wyrazniej i biegły we wszystkie strony do niewidocznych teraz obserwatorów u okien,rozsiewając podniecenie i niepokój.Kiedy przyprowadziła go z powrotem, wydawała się zmęczona.Posmutniała.Była znacznie bliżejtego banalnego poziomu, na którym ja, starsze pokolenie, żyłam.Jej oczy dostrzegały mnie, gdysiedziała, jedząc sałatkę fasolową i mały kawałek chleba, wydawało się, że wręcz dostrzega pokój,w którym siedziałyśmy.Mnie wypełniał lęk: sądziłam, że jej smutek bierze się z uznania, iż Hugonnie może bezpiecznie podróżować z plemieniem  - uważałam za szaleństwo w ogóle o czymśtakim pomyśleć  i z decyzji, że wyruszy z nimi, a jego rzuci na pastwę losu.Po posiłku siedziała długo przy oknie.Patrzyła na scenę, w której zwykle brała udział.Zwierzętkwiło, ale nie obok niej, tylko przyczajone w kącie104nokoju.Można by pomyśleć, że płakało albo że zapłakałoby, gdyby potrafiło.Hugon przeżywałsmutek wewnętrznie.Powieki mu opadały, gdy chwytał so skurcz bólu, i przez ciało przebiegałoogromne drżenie.Kiedy Emily szła do łóżka, musiała kilkakrotnie go zawołać, nim wreszcie przyszedł, powoli,człapiąc cicho i z godnością.Wewnętrznie jednak separował się od niej: pilnował swojegobezpieczeństwa.Następnego ranka zaoferowała się z pójściem na zakupy.Nie robiła tego już od pewnego czasu, a jaznowu poczułam, że w ten sposób chce złożyć przeprosiny, bo zamierza odejść.Siedziałam w ciszy z Hugonem w długim pokoju opuszczonym już przez słońce, bo było okołopołudnia.Ja znajdowałam się po jednej stronie pomieszczenia, a Hugon leżał wyciągnięty, z głowąna łapach, pod zewnętrzną ścianą, gdzie był niewidoczny z wyższych pięter przeciwległych domów.Usłyszeliśmy kroki na zewnątrz, które zatrzymały się, a potem zaczęły się skradać.Dobiegły nasgłosy, które, uprzednio donośne, nagle przycichły.Głos dziewczęcy?  nie, chłopięcy.trudno właściwie powiedzieć.W oknie pojawiły się dwiegłowy usiłujące dojrzeć coś we względnym półmroku pokoju: na zewnątrz było bardzo jasno. To tu  powiedział jeden z chłopców rodziny Mehtów z pierwszego piętra.105  Widziałem go w oknie  powiedział młody czarnoskóry.Widywałam go często z innymi nąłchodniku: smukły, zwinny, sympatyczny chłopiec.Pomiędzy dwiema głowami ukazała się trzecia:biała dziewczyna z jednego z bloków. Duszony pies  oświadczyła wyniośle  nie, j a tego nie będę jadła. Dobra, dobra  powiedział czarnoskóry chłopiec. Widziałem, co jadasz.Usłyszałam grzechoczący odgłos; był to Hugon.Drżał, a jego pazury grzechotały o podłogę.Potem dziewczyna dojrzała mnie siedzącą pod ścianą, poznała i przywołała żywy niedbały uśmiech,jaki grupa przeznaczała dla osób z zewnątrz. O  odezwała się  myśleliśmy. Nie  powiedziałam  ja tu mieszkam.Nie wyjechałam.Trzy twarze zwróciły się na krótko ku sobie, brązowa, biała i czarna, gdy każda z nich przybierałana użytek innej grymas ale się porobiło.Zniknęły, pozostawiając przestrzeń okna pustą.Hugon wydawał ciche jęki. Już po wszystkim  powiedziałam. Poszli sobie.Grzechotanie wzmogło się.Potem zwierzę uniosło się ciężko i powlokło, usiłując zachować pozorygodności, w stronę otwartych drzwi kuchni, która była najdalszym od niebezpiecznego okna,osiągal-106nyrn dlań miejscem.Nie chciał, żebym oglądała jeso utratę panowania nad sobą.Zawstydzała go.Usłyszałam jęk, który był w równym stopniu wyrazem strachu, jak wstydu.Kiedy Emily wróciła, porządna dziewczyna, dbająca o dom, zapadł już wieczór.Zmęczona, musiałaodwiedzić wiele miejsc, by znalezć trochę produktów [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum