[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Po ślubie miała się zwolnić z pracy, ale nie minął jej jeszcze terminwypowiedzenia.- Drwęcki, dzień dobry, moje najlepsze życzenia na nowej drodze życia.- Pan nadkomisarz! - ucieszyła się.- Proszę ciszej, pani Stefanio, lepiej żeby Brycki nie dowiedział się, że dzwonię.- Bryckiego nie ma.- To dobrze! - nie dał jej skończyć.- A jest Księżyk?- Tak.- Wobec tego proszę go dyskretnie poprosić do telefonu i przełączyć rozmowę na jegobiurko.- Zaraz, panie nadkomisarzu.- Minęła długa chwila ciszy.- Mówi się? - odezwała się telefonistka.- Zaraz będzie się mówić - zapewnił Drwęcki. - Czołem, szefie! - rozległ się radosny głos Księżyka.- Nie znudziły się panu jeszczete pyry na śniadanie, obiad, podwieczorek i kolację?- Aż tak zle nie jest.Słuchajcie, Księżyk, mam pilną sprawę, tylko Brycki nie może sięniczego dowiedzieć.- Na pewno się nie dowie, szefie, bo go zesłali do Brześcia - odparł młody policjant.-To pan nadkomisarz nic nie wie?- Nie wiem.- A ja właśnie chciałam powiedzieć - wtrąciła się Stefania ze swojego aparatu.- Alemi pan nadkomisarz nie dał dojść do słowa.- Przepraszam.To jakie macie nowiny?- Mówi się? - spytała telefonistka.- Na trzy głosy, droga pani - oznajmiła Stefania.- Mogłaby pani nie podsłuchiwać? Tourzędowa rozmowa i do odpowiedzialności za naruszenie tajemnicy państwowejpociągniętym być można!- Ja tu też słucham urzędowo! - obraziła się telefonistka.- Moje panie.- zmitygował je Drwęcki.- Przepraszam, już się wyłączam.- Wcale pani nie wierzę - rzucił Księżyk.- Uspokoicie się wreszcie?- Już mówię, panie nadkomisarzu - powiedziała Stefania.- To może lepiej ja - przerwał jej Księżyk.- Poszło o to, że inżynier Bilecki powiesiłsię u nas w celi.- Zwieć panie nad jego duszą! - westchnęła Stefania.- Amen - wyrwało się telefonistce.- Przepraszam.- rozległ się szczęk przerywanegopołączenia.- Jesteście tam? - zaniepokoił się Drwęcki.- Jesteśmy! - odpowiedział szybko Księżyk.- Chwilowo sami - dodała z przekąsem sekretarka.- Szkopuł w tym, że założył sobie pętlę na szyję rękami złamanymi w sześciumiejscach, więc na Oczki nie chcieli uznać samobójstwa i zaczęli nalegać na śledztwo.- Co na to Brycki?- Ze jakby Bilecki nie miał rąk złamanych, to pewnie nie dałby się powiesić.- Kawał bydlaka! - syknął Drwęcki.- Gdyby pan nadkomisarz tu był, na pewno do czegoś tak okropnego by nie doszło! - oznajmiła oburzona Stefania.Drwęckiemu zrobiło się bardzo głupio.- Powinni Bryckiego aresztować - kontynuował Księżyk.- Ale on znowu się wykpił.Przenieśli go na stanowisko strażnika więziennego wtwierdzy w Brześciu.Chodzą słuchy, że ściągają tam z całej Polski maniaków i sadystów,ciekawe tylko po co? Nie wie pan może?- Nie wiem - odparł Drwęcki.- Kto teraz jest szefem wydziału?- Komisarz Rybczyński - odparła Stefania - ale tylko jako pełniący obowiązki dopańskiego powrotu.- Sawilski coś mówił, że pana akcje znów idą w górę - dodał Księżyk.- To kiedy panwraca, szefie?- Jeszcze nie wiem.- Drwęcki uznał, że nie ma czasu zastanawiać się nad znaczeniemtych wiadomości.- Słuchajcie, Księżyk, dzwonię w sprawie zabójstw w zajezdni naKawęczyńskiej.- Zledztwo zostało zamknięte przez Bryckiego - przypomniał podkomisarz.- To je teraz dyskretnie uchylcie.Chodzi mi o zdjęcia zrobione na miejscu pierwszegomorderstwa.- Przepraszam, mam telefon na drugiej linii - oznajmiła sekretarka.- Wyłączam się, dowidzenia, panie nadkomisarzu!- Dziękuję i do widzenia.- Drwęcki odczekał parę sekund.- Lepiej, żeby Stefania tego nie słyszała.Potrzebuję potwierdzenia faktu, że denatCzerwoncki spadł na przewody z opuszczonymi spodniami.- Szefie, czy to wypada robić nieboszczykowi taki despekt?- To ważne! - uciął nadkomisarz.- Denat w kieszeniach spodni powinien mieć jeszczejakieś metalowe drobiazgi, które się nie spaliły, może bilon, guziki, resztki klamry od pasa,cokolwiek!- Tam, na podłodze, widać tylko jakieś czarne śmieci, może resztki szmat.- Zróbcie powiększenie tego zdjęcia razem z siatką fotogrametryczną i sprawdzcie,czy nie ma czegoś na tej samej głębokości obrazu co klucze.- A szef nic nie widział, kiedy sam tam był?- Nie, bo wtedy te śmieci leżały w kałuży gorącego ludzkiego tłuszczu.Miałem w niąwlezć?! - Drwęcki zdał sobie sprawę, że irytacją maskuje to, że faktycznie powinien był takpostąpić.Jego awersja do kontaktów z ludzkimi szczątkami znów spłatała mu paskudnegofigla.O ileż łatwiej było analizować logicznie raporty napisane przez kogoś innego. - Dobrze - powiedział Księżyk - dam zdjęcie do powiększenia i jak coś wyjdzie, zarazdo pana nadkomisarza dzwonię.- Zapiszcie sobie.- podyktował numer Witkowiaka.- Czy mam meldować Rybczyńskiemu?- Nie, ale jeśli on sam coś zauważy, powiedzcie mu wszystko.- W porządku, szefie.Drwęcki odłożył słuchawkę i zaczął się zbierać do pracy.Do Pałacu Sztuki przyszłaakurat nowa dostawa obrazów, które trzeba było gdzieś przechować.Niedzielne przedpołudnie było popisem kulinarnego kunsztu starszych pań.Lunia ibabcia Irena, wróciwszy z rannej mszy w kościele Maryi Królowej przy rynku wildeckim,zabrały się za oprawianie przeznaczonych na obiad gęsi.Pracowały jak para zgranychchirurgów przy stole operacyjnym.Wszyscy inni domownicy dostali stanowczy zakazwstępu.Wyjątek stanowił Rataj, który z pełnym profesjonalizmem doświadczonegokuchennego kocura, polując na okrawki i podroby, z podniesionym ogonem kręcił się obupaniom pod nogami, manewrując tak zwinnie, że ani razu nie naraził się na niecierpliwe  apsik!.Podczas solenia i przyprawiania gęsich tuszek rozmowa zeszła na ulubiony tematLuni, czyli młododyluwialne nosorożce.- Moja pani, a czemuż to one wyginęły?! - zdziwiła się babcia Irena.- A bo to im nanaszej polskiej ziemi czego brakowało?- Powiadają, pani weteranowo, że lodowiec je zgładził.- Jakże to?! Przecież, moja pani, taki lodowiec nie pociąg.A nie mogły się tenosorożce trochę posunąć?- Może kiedyś lodowce rychlejsze bywały?- Ja tam nie wiem, moja pani, ale mnie całkiem co innego świta.- A co, pani weteranowo?- Słyszałam kiedyś, moja pani, że Chińczycy z rogu nosorożca lekarstwo na męskąniemoc robią.- Chińczyki trzymają się mocno - oświadczyła z powagą Lunia.- Myśli paniweteranowa, że to od tych rogów? Bo u nas w Poznaniu to jest jeden Chińczyk, w kinieApollo za biletera służy [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum