[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nie wątpię, że to właśnie są owe ciemne plamy na Marsie, widzianez Ziemi.No właśnie: nasze  mapy Marsa, jakie oglądałem uważnie po powrocie, sątak niespójne i mylne, że dałem sobie spokój z identyfikacją  mojego handramitu.Gdybyś sam chciał spróbować, dezyderat brzmi:  kanał biegnący z północnegowschodu na południowy zachód, przecinający kanał biegnący z północy napołudnie, ok.dwudziestu mil od równika.Niestety, astronomowie bardzo różniewidzą powierzchnię Marsa.A teraz twoje najbardziej nieznośne pytanie:  Czy Augray, opisując eldile, niepomieszał koncepcji ciała subtelnego i bytu wyższego? Nie.To ty sam je mieszasz!Augray powiedział o eldilach dwie rzeczy: że ich ciała różnią się od ciał innychmalakandryjskich stworzeń, oraz że mają wyższą inteligencję.Ani on, ani nikt inny naMalakandrze nigdy nie mieszał ze sobą tych dwu stwierdzeń i nie dedukował jednegoz drugiego.Więcej: mam powody, by sądzić, że są tam również nierozumne zwierzęta,które mają ciała typu ciał eldilów (pamiętasz  zwierzęta o ciałach z powietrza uChaucera?).Zastanawiam się, czy słusznie zrobiłeś, nie wspominając nic o problemiemowy eldilów.Zgadzam się, że poruszanie tej kwestii przy opisie sceny  procesu wMeldilornie zepsułoby tok narracji, ale z drugiej strony wielu czytelników na pewnobędzie miało na tyle rozumu, by zapytać, jak eldile, które przecież nie oddychają,mogą w ogóle mówić.To prawda, musielibyśmy dodać, że sami tego nie wiemy, aleczy rzeczywiście czytelnikowi nie należy się taka uczciwość? Podsunąłem J.-jedynemu uczonemu, do którego mam pełne zaufanie - twoją hipotezę, że eldile mogąużywać jakichś instrumentów do manipulowania powietrzem wokół siebie i w tensposób pośrednio wydają dzwięki, ale nie był nią zachwycony.Według niego jestbardziej prawdopodobne, że bezpośrednio manipulują uszami tych, do których mówią.Nie jest to zbyt jasne wytłumaczenie.ale oczywiście trzeba pamiętać, żewłaściwie nie wiemy nic o kształtach lub rozmiarach eldila, ba, w ogóle nie znamy jego relacji do przestrzeni (naszej przestrzeni).Prawdę mówiąc, nasza wiedza oeldilach jest bardzo znikoma.Ja sam, podobnie jak ty, nie mogę się wyzwolić ztendencji do porównywania ich z istotami znanymi w ziemskiej tradycji: z bogami,aniołami, elfami.A przecież nie dysponujemy żadnymi danymi! Kiedy próbowałemprzekazać Ojarsie jakieś pojęcie o naszej chrześcijańskiej angelologii, dał mi dozrozumienia, że nasi aniołowie w jakiś sposób różnią się od niego.Nie mam pojęcia,na czym to ma polegać, czy chodziło mu o różnicę gatunków, czy tylko o to, żeaniołowie są jakąś specjalną wojskową kastą (w końcu nasza biedna Ziemia jest wewszechświecie czymś w rodzaju Ypres z czasów wojny).Dlaczego opuściłeś moją relację o zacięciu się przesłon na iluminatorach tużprzed lądowaniem na Malakandrze? Bez tego przy twoim opisie naszych cierpień zpowodu nadmiernego światła (podczas podróży powrotnej) rodzi się oczywistepytanie:  Dlaczego nie użyli przesłon? Nie wierzę w twoją teorię, że  czytelnicynigdy nie zauważają tego rodzaju spraw.Ja bym to na pewno zauważył.Są dwie sceny, które chciałbym widzieć w książce.a zresztą, one są wemnie.Jedna lub druga zawsze pojawia mi się przed oczami, gdy tylko je zamknę.W pierwszej widzę malakandryjskie niebo o poranku: bladoniebieskie, takblade, że teraz, gdy ponownie przyzwyczaiłem się do nieba ziemskiego, myślę otamtym jak o prawie białym.Najbliższe szczyty gigantycznych roślin -  drzew , jak jenazywasz - wydają się na tle nieba zupełnie czarne, lecz daleko, za milamioślepiającej, błękitnej wody, drzewa-trzciny są koloru akwarelowej purpury.Cieniepadające na blade podłoże lasu wyglądają jak cienie na śniegu.Przede mną idąpostacie: wysmukłe, lecz olbrzymie, czarne i lśniące, jak żywe, wysokie kapelusze; ichwielkie, okrągłe głowy, osadzone na falistych, łodygowatych ciałach, nadają imwygląd czarnych tulipanów.Schodzą, śpiewając, na brzeg jeziora.Zpiew napełnia laswibracją, chociaż jest tak przyciszony, że ledwo go słyszę: jest jak cicha muzykaorganowa.Niektórzy wsiadają do łodzi, większość pozostaje na brzegu.Wszystkoodbywa się powoli, uroczyście, nie jest to bowiem zwykła wyprawa łowiecka, leczceremonia - ceremonia pogrzebu.Te trzy hrossy, którym inne właśnie pomogły wejśćdo łodzi, udają się do Meldilornu, aby tam umrzeć.W tym świecie nikt nie umieraprzed swoim czasem, z wyjątkiem tych nielicznych, których zabije hnakra.Wszyscyprzeżywają tyle, ile jest wyznaczone dla danego gatunku, a czas śmierciprzewidywany jest tak, jak u nas czas narodzin.Cała wioska wiedziała, że tych trzechumrze w tym roku, w tym miesiącu, nie trudno nawet zgadnąć, w którym tygodniu.A teraz odchodzą, by uzyskać ostatnie pouczenie od Ojarsy, by umrzeć, by zostać przezniego  odcieleśnionymi.Ciała, jako ciała, będą istniały jeszcze przez kilka minut.Na Malakandrze nie ma trumien, zakrystianów, cmentarzy, grabarzy.Gdy odpływają,cisza i powaga napełnia całą dolinę, lecz nie widzę oznak rozpaczy.Nikt nie wątpi wich nieśmiertelność, a przyjaciele z tego samego pokolenia nie będą rozłączeni.Opuszcza się świat tak, jak się weń weszło, z  ludzmi tego samego rocznika.Zmiercinie poprzedza strach, a jej skutkiem nie jest rozkład.Druga scena to nokturn.Widzę siebie kąpiącego się z Hyoim w ciepłymjeziorze.Zmieje się z moich niezdarnych ruchów; przyzwyczajony do cięższegoświata, z trudem utrzymuję się pod powierzchnią wody na tyle, by płynąć naprzód.Apotem widzę nocne niebo.Większa jego część jest podobna do naszego, chociaż głębieniebios są bardziej czarne, a gwiazdy jaśniejsze.Lecz oto na zachodzie dzieje się coś,czego nie przybliży ci żadna ziemska analogia.Wyobraz sobie zwielokrotnioną DrogęMleczną, oglądaną w najczystszą noc przez najpotężniejszy teleskop.A potemwyobraz sobie to nie jako smugę na zenicie, lecz jako konstelację wschodzącą zaszczytami gór - oślepiający naszyjnik świateł, wielkich i jasnych jak planety, powolidzwigający się w górę, aż wypełni piątą część całego nieba, pozostawiając pas czernimiędzy sobą a widnokręgiem.Trudno dłużej patrzeć na tę orgię światła, ale todopiero początek! Jasna poświata spływa na harandrę, jakby wzeszedł księżyc.Ahihra! - woła Hyoi, a ze wszystkich stron odpowiadają mu z ciemności inne głosy.Bo teraz nadchodzi prawdziwy król nocy, przyćmiewając blask tej niesamowitej,zachodniej galaktyki.Odwracam oczy, bo ten niewielki dysk jest o wiele jaśniejszy odnaszego Księżyca w czystą, zimową noc.Cały handramit skąpany jest w bezbarwnymświetle: mogę policzyć łodygi  drzew na drugim brzegu jeziora, widzę, że mampołamane i brudne paznokcie.Wiem już, na co patrzę - to Jowisz wschodzący pozaAsteroidami, o czterdzieści milionów mil bliższy niż oglądany z Ziemi.Malakandryjczycy mówią  wewnątrz Asteroidów , bo mają dziwny zwyczaj odwracania systemu słonecznego (to, co jest dalej od Słońca, jest  wewnątrz !).Asteroidy nazywają  tancerzami przed progiem Wielkich Zwiatów.Wielkie Zwiaty toplanety, krążące, jakbyśmy my powiedzieli,  poza Asteroidami.Glundandra(Jowisz) jest największym z nich i ma dla Malakandryjczyków jakieś szczególneznaczenie, ale nie udało mi się wykryć, dlaczego [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum