[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Samnawet prowadzisz biznes.Nie miałem pojęcia, że zrewolucjonizowanie rynku hipermar-ketów to sprawka mojej własnej krwi.Kiedy Sam cię odnalazł i powiedział mi, czego sięo tobie dowiedział, nie mogłem przestać się śmiać.Nie można walczyć z przeznacze-niem, drogi chłopcze.A więc Tarrant nie rozpoznawał nawet jego nazwiska w gazetach.To był policzek,którego Dominic potrzebował, żeby wrócić do rzeczywistości.Dominic zawsze wyobra-żał sobie, że jego sławny ojciec siada w fotelu, bierze do ręki czasopismo biznesowe i zlubością rozpoznaje tam nazwisko swojego syna, którego kiedyś się wyparł.Być możenawet po części również to było bodzcem, który sprawiał, że Dominic tak bardzo chciałudowodnić, że jest coś wart.RLT Kolejny raz, jak wtedy z tym albumem, łudził się.Dominic nie spuszczał oczu zTarranta.- Przyszedłem tutaj, ponieważ chciałem cię poznać.Chciałem spojrzeć ci w twarz.Chciałem się dowiedzieć, dlaczego porzuciłeś mnie i moją matkę.- Oddychał powoli, nieokazując emocji, które kłębiły się w jego sercu.- Jestem zadowolony, że to zrobiłem i żecię poznałem, ale nie zamierzam przejmować twojej firmy.Ty nie jesteś mi niczego wi-nien i ja także nie jestem twoim dłużnikiem.Oczy Tarranta spojrzały jeszcze uważniej i na twarzy starego pojawił się błyskzrozumienia.- Widzę, że jesteś twardym zawodnikiem.Spodziewałem się tego.Czemu miałbyśchcieć dzwigać ciężar od jakiegoś staruszka, któremu nagle zachciało się mieć syna? Dodiabła, ja też bym na to nie poszedł.- Tarrant pochylił się nad stolikiem.- Powiedz mi,Dominicu, co mogę dla ciebie zrobić? Co mogę zrobić dla twojego biznesu? Mam dużemożliwości i mogę ci wszystko ułatwić.Powiedz tylko słówko.Oto nadarzała się okazja, żeby zażądać wycofania się z przetargu na sklepy, naktórych Dominicowi tak zależało.Ale prędzej by umarł, niż wyciągnął do starego rękępo jałmużnę.Powinien rzucić mu tę jego ofertę w twarz i go obrazić.Ale nie mógł tego zrobić.Dominic starał się nie okazywać żadnych emocji.Sądził, że jego dziecinne nadzie-je i marzenia o ostatecznym pogodzeniu się ze swoim nieobecnym ojcem dawno nie ist-nieją, zostały zapomniane.Ale tak nie było.Zostały zepchnięte gdzieś w głąb duszy, niewidoczne z zewnątrz.Niewidoczne nawet dla niego samego.Dopiero teraz roztrzaskały się w kawałki.- Muszę już iść.- Wstał.Musiał się stąd natychmiast ulotnić i wrócić do poprzed-niego stanu, w którym mógł udawać, że to wszystko mało go obchodzi.Tarrant Hardcastle mógł zaoferować wszystkie skarby tego świata, ale to nigdy niezmieni przeszłości.- Witam, panno Andrews.Bella zamarła, słysząc za sobą głęboki głos.Dominic.RLT Odwróciła się i odłożyła kartkę z grafikiem.- Jak się tutaj dostałeś?- Zwyczajnie wszedłem.Odwróciła się od mikroskopu.Dominic był tuż przy niej.Czuła na twarzy jego go-rący oddech.Na jej skórze pojawiła się gęsia skórka.- Moja grupa badawcza jest na sali - powiedziała półgłosem.- Widzę.Chętnie ich poznam.Bella zerknęła na kilkoro pracujących nad próbkami ludzi z zespołu, a potem po-nownie na niego.Zrobił niewinną minę i uśmiechnął się szeroko.- Czego chcesz?- Może byśmy się wybrali na lunch?Jakby miała jakiś wybór.Tarrant już jej wspominał, że ma się dzisiaj zobaczyć zsynem, i pytał o przebieg obchodu Dominica po firmie.Zrobiłaby wszystko, byleby gozabrać z newralgicznego miejsca.- Chodzmy.Złożyła swoje notatki w stos.Dominic patrzył na nią z niejakim zaskoczeniem.Najwyrazniej nie sądził, że Bella tak łatwo się zgodzi.Czuła na sobie jego gorący wzrok.- Niedługo wrócę - poinformowała ekipę [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum