[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Stała twarzą do drzwi i nie bardzowiedziała, gdzie najpierw skierować oczy.Wiedziała, że mówiszczerze, widziała, jak bardzo jej pragnie, nie tylko w jego płonącychoczach i szybkim podnoszeniu się i opadaniu ramion.Gwałtownieoddychał.Poznała, że był pobudzony do ostatecznych granic.A on wpijał się w nią wzrokiem i kolana się pod nią ugięły podtym spojrzeniem.Też chciała mu powiedzieć, że jest piękny, ale to nie byłowłaściwe słowo.Wydawało się nieodpowiednie i być może nie-zupełnie prawdziwe.To było dla niej coś zupełnie nowego, obcego,zadziwiająco.męskiego.Jego bardzo jasna skóra, budowa ciała,twarde mięśnie, pierś pokryta ciemnymi włoskami, pasmo włosówbiegnące w dół brzucha do czarnego gniazda, skąd wyrastał wyprężonyczłonek.Małe, twarde, muskularne pośladki, niemal śmiesznie białe.Zauważyła kilka blizn.Oszczędził jej nadmiaru wrażeń i przyciągnął ją do swojegonagiego ciała.Jego gorąca skóra przywierająca do jej skóry, jej piersi ocierającesię o niego - to było niezwykłe; pachniał cudownie i dziwnie, dymem,piżmem i czymś z pewnością tylko jemu właściwym,niepowtarzalnym.Nie chciał, żeby była nieśmiała.Zapewniała go wcześniej, że niejest.Jednak uległość nie leżała w jej naturze.Jeszcze się opierała;poznał to po napięciu w jej ciele.- Wszystko w porządku - szepnął jej do ucha; jego oddech, jegogłos, zmysłowy, tak nieodparcie przekonujący, głos bezgranicznegobezpieczeństwa i najwyższego niebezpieczeństwa.- Jesteś moja.Spokojnie, Genevieve. Pieścił palcami jej piersi, napawając się ich miękkością i patrząc,jak jej głowa odchyla się w tył, gdy najpierw muskał je delikatnie, apotem, brutalniej, drażnił sztywne sutki.Pocałował wgłębienie unasady szyi i jego usta zaczęły zsuwać się niżej, po czym zatrzymałysię na sutku.Ssał go, potem drugi, a ona wczepiła się kurczowopalcami w jego włosy.Wiedział, dokąd zmierza.Obsypywał pocałunkami rowekmiędzy żebrami, a jego gorące dłonie przesuwały się po jej plecach,dotarły do pośladków, po czym zaczęły się bawić włoskami międzyudami i delikatnie drażnić wrażliwą skórę.Czuła, jak naciska tomiejsce, raz za razem.Nie miała czasu na szok czy wstyd, gdy wsunąłjęzyk między jej uda, tam, gdzie była gorąca i śliska.Szarpnęła się.Oślepiająca błyskawica niebiańskiej rozkoszyprzeszyła całe ciało.- Och, Boże.to.- To Veronese.Zaśmiała się, zdławionym śmiechem.%7łartował nawet teraz.- Nie mów, że nie jestem miłośnikiem sztuki.- Westchnął lekko,po czym znowu zaczął ją pieścić językiem.Z jej ust wyrwały się słowa przysięgi; chyba nawet w pełni nierozumiała, co one znaczą.- Powiedz, czy to dobre? - zamruczał.Czy dobre? Tego się nie dało opisać.Zresztą wcale nie chciała.- Powiedz.- Delikatnie ją ssał.Jego dłonie ciągle przesuwały siępo jej udach.- Och.Zbyt dobre.mocniej.Skąd wiedziała, że chce  mocniej"? Wiedziała.Kurczowościskała jego ramiona.Twarde, silne, niezastąpione, kiedy świat wokółrozpływał się w migotliwym żarze.Wygięła się do tyłu, a jego język,gorący, sprężysty jedwab, nie ustawał w drażnieniu, po czym akcjępodejmowały zręczne, wprawne palce.- Boże.Ratuj mnie. Ratuj? To brzmiało absurdalnie.Bała się jednak.Gnała kuprzepaści, w której czaiło się nieznane.Cała była tylko oczekiwaniem.Wiedział o tym.- Wkrótce - zapewnił.Ale co to miało znaczyć?Wybawienie nie było zbyt mocnym słowem na to, czegopotrzebowała.Bezwstydnie poddawała się jego pieszczotom, kosmoszawęził się teraz do jednego punktu, zródła rozkoszy.Nagle pod kolanami poczuła krawędz łóżka; położył ją delikatniena wznak.Zamknęła oczy.Narzuta drapała nagie plecy.Rozsunąłszeroko jej uda, wsuwając język głębiej w nie-dającej się wyrazićsłowami, rytmicznej pieszczocie; jej ciało wkrótce odnalazło taki rytm,jakiego potrzebowała, i teraz był to ich wspólny rytm.Zciskała wpięściach narzutę, wygięta ku niemu, kołysząc się w rozkoszy.Dyszałaprzez zaciśnięte zęby.Była ogniem albo była lodem, a może jednym idrugim jednocześnie, nie wiedziała.Wiedziała tylko, że w jej skóręwbijają się miliony igiełek, a każda komórka ciała ożywa i wyśpiewujealleluja; i że rozkosz stała się wzburzoną rzeką przetaczającą się przeznią całą, wdzierającą się w każdą szczelinę.I wciąż wzbierającą.Uderzył piorun i przed jej zamkniętymi oczami wybuchł białypłomień.Ten piorun poderwał ją i wyrwał z niej niemy krzyk.Na jej skóręspadły z nieba gwiazdy.Dygotała.- Alex.- Obejmij mnie, ukochana.- Ukochana?Była bezwładna i ociężała, on zaś nadal pełen energii.Otworzyłaoczy.Oparty na rękach z obu stron jej ciała, unosił się nad nią, po czymwsunął w nią jednym zdecydowanym ruchem.Bez uprzedzenia.Westchnęła.Zabolało.- Genevieve.- Wymawiał jej imię jak modlitwę.Jego pierśporuszała się w płytkim oddechu.- Ja. Nie dokończył.Zrozumiała.Utrzymywał się nad nią na silnych ramionach, wpatrującpłonącymi oczami w jej oczy.Czekał, aż ona dostosuje się do nowejsytuacji.Niezwykłe, tak się z nim złączyć, tak się mu oddać, a jednakmieć nad nim władzę.Zadziwiona, powiodła dłońmi po jego twardejpiersi, a on zamknął oczy, czując ten dotyk.Był pokryty potem.Dotknęła językiem jego sutka.Oddychał ciężko.Ponownie otworzył oczy.Mięśnie jego pleców, jego ramiondrżały.Parzył ją gorącym oddechem.- Chcę to zrobić powoli, dla ciebie.Chyba nie zdołam.Pogładziłago po policzku i powiedziała:- Pragnę cię.- Tylko tyle wiedziała.Te słowa odebrały mu resztkę zdolności panowania nad sobą.Tak.Właśnie do tego stworzone jest moje ciało, pomyślała.Starał się jednak przynajmniej nie śpieszyć.Zagłębiony w niej,powoli się wysuwał, by mogła go całego poczuć.Znów wsunął.Iponownie wysunął.Narastało w niej poprzednie pragnienie.- Alex.- szepnęła.Pytanie.Prośba.Jęknął cicho.- Twoje ciało, Genevieve.Matko Najświętsza.Jego rozkosz była jej rozkoszą, moc dawania rozkoszy pod-niecała ją niezwykle [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum