[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Twarz pana sędziego surowy i złowrogi przybrała wyraz.Pociągany do protokołu Ołańczuk powtórzył szczegółowo wszystko to, co wczoraj i dzi-siaj wyznał przed Juliuszem.Pan sędzia, ukończywszy śledztwo, w zamyśleniu przechadzał się po pokoju. Kombinując cały stan rzeczy  szeptał przez zęby  na nader ważne można wpaść odkry-cia.Kto by tylko mogła być ta jejmościanka z jasnymi włosami?! Ach, żebym też to wszystkodoniósł! Pan komisarz Schnoferl przebłagałby się w swej niechęci do mnie i na całym arkuszuwypaliłby mi reskrypt pochwalny.Dalibóg, trzeba nad tym pomyśleć!A obracając się do swego nader pilnie przy stoliku zajętego aktuariusza, podyktował muzwykłą formułkę zamykającą protokół, a potem sam wziął pióro do ręki i z wielkim zama-chem i kunsztownymi wykrętami nakreślił swoje imię z niezbędnym przydatkiem tytułów:Mandatar und Polizeirichter. Skończone!  mruknął i odetchnął po ciężkim trudzie. A cóż, proszę wielmożnego sędziego, stanie się z Kostiem?  zapytał Ołańczuk z wła-ściwym sobie wyrazem zawziętej nienawiści.Mandatariusz groznie nasrożył wąsy. Z Kostiem, nie wiem  mruknął z przyciskiem  ale ty pójdziesz do aresztu. Ja? Za co? Ukradłeś konia, urwiszu!Ołańczuk skoczył jak opętany i przeżegnał się całą pięścią.Pan sędzia krzyknął na policjanta: Okuj mi tego łotra i wsadz do tylnego aresztu! Ależ dlaboga, ja nie wiem nic o żadnym koniu.119 Mandatariusz przerwał mu dalszą ekskuzę 179 głośnym policzkiem. Milcz, łotrze! Ależ, łaskawy sędzio! Ho, ho, już ty się przyznasz, ptaszku, jak parę miesięcy posiedzisz o chlebie i wodzie. Parę miesięcy!. wykrzyknął Ołańczuk z dziką złością.Pan mandatariusz skinął tylko ręką, a barczysty policjant w okamgnieniu założył kajdanyeks-żołnierzowi i za kark wyprowadził go z kancelarii.Pan mandatariusz odsapnął i odkrząknął należycie i spojrzał na zegarek. Pierwsza!  zawołał jakby przestraszony. Niech diabli porwą, człowiek jak koń pracu-je! Przed czwartą porwałem się z łóżka i do pierwszej nie można było odetchnąć.Pan Chochelka niemym tylko westchnieniem zawtórował skardze swego czcigodnegopryncypała.W tej chwili z trzaskiem rozwarły się drzwi, a pani sędzina wpadła zadyszana do pokoju. Ty nic nie wiesz!  krzyknęła z pełnej piersi na wstępie.Pan mandatariusz wytrzeszczył oczy. Sięczkowska tu była z Oparek! I cóż? Powiadam ci, dziwne rzeczy dzieją się we dworze!  trzepotała prędko, jakby w obawie,aby ją kto nie uprzedził. Cóż przecie? Wyobraz sobie: ten przybysz nieznajomy, ten Czort.Czort.at! diabeł go tam wie, jaksię nazywa! Katylina? A tak, ten Katylina zniknął gdzieś bez wieści i słychu. Ech!  mruknął pan mandatariusz nie dowierzając. Ale powiadam ci, tej nocy punkt o dwunastej kazał się obudzić lokajowi i uzbrojony wdubeltówkę, cztery pistolety, sztylety i pałasze. Co, co, co?  przerwał mandatariusz cofając się o parę kroków w tył. Powiadam ci, Sięczkowskiej wszystko to opowiadał sam Filip, który mu konia przypro-wadził. Dziedzic o niczym nie wiedział?Mandatariusz z niedowierzaniem pokiwał głową. Ale powiadam ci, rano kazał go szukać, ale nie było nigdzie ani śladu, dopiero dziś wpołudnie powrócił. Powrócił? Sam koń bez swego jezdzca. Owa! Dziedzic lata po pokojach jak opętany, bo nie wie, co o tym myśleć. Zapewne urwisz gdzieś kark skręcił, jak mu to przepowiedziałem  mruknął mandata-riusz, z zadowoleniem zacierając ręce.Jak widać, przeklęty Katylina ciągle jeszcze okrutnego nabawiał go przestrachu i respektu. A gdzież Sięczkowska?  zapytał nagle swoją połowicę. Jest u mnie. A to można się wszystkiego dowiedzieć od niej samej  mruknął wychodząc z kancelarii.W progu zatrzymał się na chwilkę. Dobrze rozważywszy, to i to jest jedna z wiadomości, za którą by się pan Schnoferlpewnie nie gniewał.179e k s k u z a (fr.)  uniewinnianie się, tłumaczenie się, usprawiedliwienie120 XVIWTPLIWOZCIIdąc niewolniczo z tokiem wypadków, musimy znowu zajrzeć do hrabiowskiego pałacu wOrkizowie.Hrabia zamknął się w swej kancelarii i jakąś ważną i tajemną konferencję wytoczył z %7ła-chlewiczem, którego mieliśmy sposobność poznać nieco bliżej za pierwszym razem.Hrabina otrzymała świeżą przesyłkę książek i nut i od kilku godzin już zaczytała się za-180wzięcie w najnowszym podówczas dziele Eugeniusza Sue: Martin l'enfant trouv.Nagleszybki krok dał się słyszeć w przyległym pokoju, a do przepysznie urządzonego buduaruwpadła jak strzała Eugenia.Hrabina podniosła książkę w ręku i wpatrzyła się w córkę z niemym zapytaniem.Eugenia wracała właśnie z przechadzki po ogrodzie.Miała na sobie lekką suknię muślino-wą i biały przystający pikowy kaftanik po wierzchu, a w ręku trzymała okrągły ryżowy ka-pelusz z szerokimi kresami.Na twarzy jej malowała się zwyczajna wesołość i swoboda, gra-nicząca o dziecięce roztrzepanie. Niech mnie mama łaje, jak chce  zawołała zaraz na wstępie  ale znowu nasłuchałamsię bez liku nowin od Sołczaniowej!Rozdrażniona cokolwiek swą zajmującą  lektiurą hrabina skrzywiła się niechętnie. Ma chre 181, zaczynasz, jak widzę, znajdować coraz większe upodobanie w rozmowach zSolczaniową! Ależ bo, kochana mamo, to jedyna, nieoceniona, nieoszacowana kobieta.Wobec niej tra-ci wszelki pozór nadzwyczajności najświetniejszy wynalazek naszych czasów [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum