[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Jego dłoń była.wilgotna.Doprawdy nie było powodu, by sądzić, że Tommy ma wilgotne ręce.Prawdopodobnie na odwrót, były ciepłe i zupełnie suche.Ale Penelopa i takotarła dłoń o spódnicę.Czyż mężowie nie powinni mieć silnych, muskularnychrąk? Zwłaszcza gdy o nich marzymy?Dlaczego nie miał ich Tommy?Był dobrym przyjacielem.To nieładnie z jej strony wyobrażać go sobie zwilgotnymi dłońmi.Zasługiwał na lepsze traktowanie.Odetchnęła, z przyjemnością wciągając w płuca mrozne powietrze,przymknęła oczy i spróbowała jeszcze raz.Spróbowała z całych sił wyobrazićsobie siebie jako lady Thomasową Alles.Uśmiechnęła się do niego.Z miłością.On uśmiechnął się także. Jakoś to będzie, co?"Otworzyła oczy.Niech to licho. Zbiegła w dół zbocza ku zamarzniętej tafli jeziora.Wyjdzie za Tommy'ego.Dla własnego dobra.Dla dobra sióstr.Tyle że to w ogóle nie wydawało się dobre.Absolutnie.Nieważne.Takpostępują najstarsze, dobrze wychowane córki.Robią to, czego się od nichoczekuje.Nawet jeśli bynajmniej tego nie pragną.Nawet jeśli pragną więcej.I właśnie w tej chwili ujrzała w oddali światełko.W gęstwinie na prze-ciwległym krańcu jeziora.Zatrzymała się i nie zwracając uwagi na tnący w policzki wiatr, zmrużyłaoczy, by lepiej widzieć.Może jej się zdawało? To pewnie blask księżyca odbijasię w śniegu.Całkiem rozumne przypuszczenie, gdyby nie to, że niebo zasnuwały chmury,z których właśnie zaczęło prószyć.Znowu mignęło.Penelopie wyrwał się zduszony okrzyk.Rozszerzonymioczyma wpatrywała się w światełko, przesuwające się pomiędzy drzewami.Nie ruszając się z miejsca, wychyliła się do przodu i usiłując przeniknąćciemności, wpatrzyła w punkt, gdzie połyskiwała słabiutka żółta plamka.Zupełnie jakby cal czy dwa mniej mogły ułatwić dostrzeżenie jego zródła.- Tam ktoś jest.- wyszeptała.Tak.Ktoś tam był.Mógł to być służący, ale wydawało się to mało prawdopodobne.SłużbaNeedhamów nie miała powodu błąkać się pośród nocy nad jeziorem, a wFalconwell od lat nie było żadnych służących.Kiedy wyjechał ostatni z nich,zabrano wyposażenie domu i ogromna kamienna budowla stała odtąd pusta iopuszczona.Ludzka noga nie postała tu od lat.Co robić?To mogło być wszystko.Ogień.Intruz.Duch.Hm.Duch raczej nie.Całkiem jednak możliwe, że to jakiś intruz, który wkroczył na cudzy teren izamierza zająć Falconwell.A skoro tak, to stanowczo nie można pozwolić, byjakiś obcy po prostu zamieszkał sobie w posiadłości markiza Bourne!Skoro on sam nie zadbał o zabezpieczenie swej posiadłości, wygląda, żezadanie to spada na nią, Penelopę.Ona jest teraz w równym stopniu zainteresowana Falconwell, czyż nie? Jeśli rezydencję zajmą zbójcy czypiraci, z pewnością odbije się to na wartości jej posagu.Co nie znaczy, by perspektywa korzystania z własnego posagu byłaszczególnie ekscytująca.Chodziło jednak o zasadę.Zwiatełko znowu mignęło.Nie wyglądało, aby było tam wielu zbójców.No, chyba że wybrali się zbytskąpo wyposażeni w oświetlenie.Ale jeśli się zastanowić, mało prawdopodobne, by zbójcy lub piracizamierzali przejąć Falconwell, biorąc pod uwagę, że do oceanu było stąd dośćdaleko.A jednak z pewnością ktoś tam był.Ale kto?I po co?Jednej rzeczy jednak Penelopa była pewna.Najstarsza, dobrze wychowanacórka nie sprawdza w środku nocy na pustkowiu pochodzenia jakichś dziwnychświateł.Byłoby to stanowczo zbyt awanturnicze.Byłoby to coś więcej.I to przeważyło szalę.Powiedziała, że chce więcej, i oto  więcej" nadeszło!Niewiarygodne są sposoby, w jakie działa wszechświat.Zaczerpnęła tchu, wyprostowała się i ruszyła naprzód, ku zaroślomostrokrzewu porastającym brzeg jeziora.Nagle jednak uderzyła ją lekko-myślność tego, co robi.Była sama w środku nocy.Na mrozie.I zmierzała ku nieznanej liczbie podejrzanych, prawdopodobnie nik-czemnych postaci.I nikt nie wiedział, gdzie się znajduje [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum