[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Radzę podawać je tylkozbędnym niewolnikom, skazańcom i tym podobnym. Tak właśnie zamierzałem  powiedział Aksandrias. Jaka jest cena? Pięćset sztuk aquilońskiego złota.Suma była wygórowana, ale Taharka powiedział Aksandriasowi, \e mo\e zapłacić dwukrotnie więcej.Aquilończyk wyjął z tuniki wypchaną sakiewkę i odliczył nale\ność.Odprowadzając go do wyjścia, kapłanpowiedział: Gdybyś jeszcze potrzebował mojej czarnoksięskiej pomocy, przyjdz do mnie.W tych świeckich czasachzawsze jestem gotów wspomóc adepta Wysokich Kręgów. Bądz pewny, dostojny mę\u, \e nie omieszkam cię odszukać w takim wypadku  powiedziałAksandrias, przysięgając sobie w duchu coś wręcz przeciwnego.Gdy odchodził, gospodarz przyglądał mu sięuwa\nie.Powoli kąciki ust kapłana uniosły się w upiornym uśmiechu.Kiedy Aksandrias dotarł do wylotu uliczki, obejrzał się i jeszcze raz rzucił okiem na świątynię.Po\eranyciekawością skręcił w boczny zaułek, docierając w końcu do schodów prowadzących na miejskie mury.Wetknąwszy swój nabytek za tunikę, wspiął się na zrujnowane zwieńczenie muru.Kiedy zobaczył dwaokalające świątynię składy, wychylił się i wyjrzał w stronę miasta.Tak jak oceniał z dołu, płaski, goły dachświątyni odstawał na około dwadzieścia kroków od murów.Odwrócił się i przeszedł cztery kroki, dzielące go od przeciwległego skraju muru.Wychylił się przezobramowanie, chcąc zobaczyć większą część świątyni, która powinna wystawać na zewnątrz.Nie było tamjednak nic prócz jednolitego muru z nierównych kamieni i roztaczającej się za nim łąki, na której spokojniepasły się woły.Włosy stanęły Aksandriasowi dęba i zakręciło się mu w głowie.Gdzie była reszta świątyni?Tego wieczoru zrezygnował ze swoich zasad i spił się do nieprzytomności.Strona 20 Maddox Roberts John - Conan zuchwałyROZDZIAA 4 Jak mogliśmy ich zgubić?  spytała rozgniewana Kalia. Mo\e skierowali się Wielkim Traktem doBelverus? Równie dobrze mogli pojechać na skróty do piekła  odrzekł Conan.W ciągu ostatnich dni, kiedy tropnajpierw ostygł, a potem stracili go zupełnie, wpadał w coraz większe rozdra\nienie.Znajdowali się niedalekoogarniętego wojną Ophiru, gdzie ich szansę natrafienia na tropionych przestępców byłyby jeszcze mniejsze.Z początku nie mieli kłopotów z podą\aniem tropem bandytów.Prawie ka\dego dnia dzięki ścierwojadomtrafiali na niedbale ukryte, obrabowane ze wszystkich kosztowności zwłoki.Niejednokrotnie spotykali grupykrólewskich \ołnierzy lub lokalnej milicji, równie\ szukające bandytów.W większości słudzy prawa byliprzekonani, \e występki bandy Taharki to dzieło miejscowych wyrzutków.Keshańczyk był zbyt chytry, bypozostawać długo w jednym miejscu i w ten sposób zwracać na siebie uwagę.Conan zrozumiał, \e on i Kaliastali się zbyt pewni siebie sądząc, \e czeka ich łatwe zadanie.Zamiast koncentrować się na pościgu, ciąglegotowali się do ostatecznej rozprawy. Ten Taharka jest sprytniejszy ni\ podejrzewaliśmy  powiedziała Kalia. Znów zmienił taktykę.WCymmerii i pogranicznych prowincjach zajmował się łowami na niewolników, a na trakcie do Ophiru grabiwędrowców, nie pozostawiając nikogo przy \yciu.Teraz najwidoczniej zajął się czym innym.Conan zatrzymał konia.Dotarli do podnó\a wzgórz.Przed nimi rozpościerała się szeroka, zielona równina. Myślisz, \e zrezygnowali z dotarcia do Ophiru?Kalia wzruszyła ramionami. Ludzie tego pokroju rzadko trzymają się raz podjętych decyzji.Są jak dzieci, zajmujące się nowązabawką, gdy tylko stara przestanie je bawić.Być mo\e w końcu zdecydują się dotrzeć do Ophiru, albozajmą się zupełnie czym innym.Cokolwiek czynią, obawiam się, \e jadąc dalej oddalimy się tylko od nich.Conan zastanowił się nad tym.Czuł zew bezgranicznych łąk.Marzył o tym, by galopować przez nierozglądając się, jakie wspaniałości się tam kryją, jednak jego obowiązkiem było dopełnienie zemsty.Pózniejmógł sobie pozwolić na beztroską wędrówkę.Zawrócił konia. Cofnijmy się do miejsca, w którym ich zgubiliśmy  powiedział.Tydzień pózniej dotarli do niewielkiego przydro\nego zajazdu.Składały się nań koryto do pojenia koni,chata, w której gotowano posiłki i przechowywano wino oraz szopa na siano dla wierzchowców.Przed chatąrozpostarto zadaszenie, pod którym rozstawiono kilka prymitywnych stołów i równie grubo ciosanych ław.W cieniu zadaszenia posilało się i piło pół tuzina okolicznych mieszkańców.Conan i Kalia wytarli konie,napoili je, zasiedli przy jednym ze stołów i poprosili o chłodne wino.Pulchna, siwiejąca kobieta przyniosłabutelkę.Gdy stawiała ją na stole, Conan dostrzegł w jej oczach wyraz niepokoju. Krzepki z ciebie chłopak  powiedziała. Na twoim miejscu nie wałęsałabym się w tych stronachwyłącznie w towarzystwie dziewczyny. Czemu\ to, babciu?  spytał Cymmerianin. Czy\by krzepkim chłopakom groziło jakieś szczególneniebezpieczeństwo? Na to wygląda  odrzekła. Właśnie o tym rozmawialiśmy.Grasuje w tych stronach banda łowcówniewolników [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum