[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Byłbym baróo rad ujrzeć te talerzyki, ale babkanie wieóiała, co się z nimi stało; uważała zresztą, że to są pospolite talerze, kupione namiejscu.To nic, że talerze i ich winietki lśniły wielobarwnie w owym szarym  jak całaSzampania  Combray, jak w czarnym kościele witraże o mieniących się drogich ka-mieniach, jak w mroku mojego pokoju projekcje latarni magicznej, jak przed dworcemdepartamentalnej kolei żelaznej indyjskie jaskry i perskie bzy, jak chińska kolekcja ciotkiw jej posępnym mieszkanku prowincjonalnej starej damy.Wyciągnięty nad urwiskiem wióiałem przed sobą jedynie łąki, a ponad nimi niesiedem nieb chrześc3ańskiej fizyki, ale spiętrzenie tylko dwóch: jednego ciemniejszego morza  a wyżej drugiego, bledszego.Jedliśmy podwieczorek, a jeżeli przyniosłemma el oust W cieniu zakwitających óiewcząt 220 i jakąś małą pamiątkę, zdolną spodobać się którejś z óiewcząt, radość napełniała tak naglei tak gwałtownie ich przezroczyste twarze, w jednej chwili poczerwieniała, że ich usta niemiały siły powstrzymać tej radości i aby jej dać upust, wybuchały śmiechem.Sieóiaływ krąg dokoła mnie; i mięóy twarzami niezbyt oddalonymi od siebie powietrze, któreje óieliło, kreśliło lazurowe ścieżki, jakby wytyczone przez ogrodnika, pragnącego zrobićtrochę luzu, aby móc swobodniej krążyć w klombie róż.Wyczerpawszy zapasy, graliśmy w gry, które wprzód wydawałyby mi się nudne, cza-sem równie óiecinne jak  łapki lub  kto się pierwszy rozśmieje , ale których teraz nieMłodość, Kobieta, Ciałowyrzekłbym się bodaj za królestwo.Jutrzenka młodości, różowiąca jeszcze twarze tychóiewcząt, którą ja, w swoich latach, miałem już poza sobą, rozpromieniała w nich wszyst-ko i niby płynny pęóel niektórych prymitywów rzezbiła najbłahsze wydarzenia ich życiana złotym tle.Przeważnie nawet twarze tych óiewcząt spływały się w owej mglistej różo-wości jutrzenki, skąd prawóiwe rysy jeszcze się nie wyłoniły.Wióiało się jedynie urocząbarwę, pod którą to, czym miał się stać za kilka lat profil, było jeszcze nie do rozpoznania.isiejszy ich profil nie miał nic ostatecznego i mógł być jedynie chwilowym podobień-stwem z jakimś zmarłym członkiem roóiny, którego natura uczciła tym grzecznościo-wym wspomnieniem.Tak szybko przychoói chwila, gdy już nie mamy czego oczekiwać,gdy ciało stężeje w martwocie niewróżącej już niespoóianek, gdy się traci wszelką na-óieję, wióąc  niby na drzewach w pełni lata martwe już liście  dokoła młodychjeszcze twarzy wypadające lub bielejące włosy; tak krótki jest ów promienny poranek, żedochoói się do tego, iż kocha się tylko baróo młode óiewczęta, te, u których ciało,niby szacowne ciasto, rośnie jeszcze.Są one jedynie falą materii, ciągłą, wciąż ugniatanąwładnącym nimi przem3ającym wrażeniem.Można by rzec, że każda jest kolejno małąstatuetką wesela, młoóieńczej powagi, przymilności, zóiwienia  modelowaną szcze-rym, pełnym, lecz ulotnym wyrazem.Ta plastyczność daje wiele rozmaitości i wóiękumilusim względom, jakimi darzy nas młoda óiewczyna.Zapewne, są one nieoóownei u kobiety, a ta, której się nie podobamy albo która nam nie okazuje, że się jej podo-bamy, przybiera w naszych oczach coś nudno jednostajnego.Ale same te przymilności,począwszy od pewnego wieku, nie dają już owych miękkich falistości twarzy, którą walkiżycia stwardniły, dając jej na zawsze coś wojującego lub ekstatycznego.Jedna twarz siłą ciągłego posłuszeństwa, poddającego żonę właóy męża  wydaje się raczej twarzążołnierza niż kobiety; inna, wyrzezbiona każdoóiennym poświęceniem matki dla óieci,jest twarzą apostoła.Inna jeszcze, po latach walk i burz, zmienia twarz kobiety  o którejpłci świadczy jedynie strój  w twarz starego wilka morskiego.I niewątpliwie, wzglę-dy, jakie ma dla nas kobieta, mogą jeszcze, kiedy ją kochamy, usiać nowymi urokamipęóone przy niej goóiny.Ale ona nie jest dla nas kolejno rozmaitą kobietą.Wesołośćjej pozostaje czymś na zewnątrz jej niezmiennej twarzy.Natomiast młodość wcześniej-sza jest od całkowitego stężenia; stąd pochoói, że w towarzystwie młodych óiewczątodczuwamy ową świeżość, czerpaną w widoku kształtów wciąż zmiennych, igrającychw nieustannych przeciwieństwach, każących myśleć o owym ustawicznym odraóaniusię praprzyrody, jakie oglądamy w obliczu morza.I nie tylko jakieś przyjęcie lub spacer z panią de Villeparisis byłbym poświęcił dla pytki albo  szarad z moimi przyjaciółkami.Kilka razy Saint-Loup kazał mi oznaj-mić, że skoro ja nie przyjeżdżam do Doncires, on poprosi o dwuóiestoczterogoóinnyurlop, aby spęóić ten czas w Balbec.Za każdym razem wstrzymywałem go od tego, tłu-macząc się, że właśnie tego dnia muszę dopełnić z babką jakichś roóinnych obowiązkóww sąsieótwie.Bez wątpienia musiał zle o mnie sąóić, dowiadując się przez panią deVilleparisis, na czym polegają te obowiązki roóinne i kto w tym wypadku pełni rolęmojej babki.A jednak nie robiłem może zle, poświęcając nie tylko uciechy światowe,lecz i rozkosze przyjazni dla przyjemności spęóania całego dnia w tym ogroóie.Istotyzdolne żyć dla siebie samych  prawda, że to są artyści, a ja byłem od dawna przekonany,że nie będę artystą nigdy  mają zarazem obowiązek to czynić; otóż przyjazń jest dlanich zwolnieniem z tego obowiązku, wyrzeczeniem się samych siebie.Nawet rozmowa,będąca sposobem wyrażenia przyjazni, jest powierzchowną dywagacją, nie przynoszącąnam nic [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum