[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.No, a teraz proszę powiedzieć, czym sobie zasłużyłam na tak nietypowąwizytę?- Przychodzę, żeby wydobyć z pani prawdę o jej skandalicznej przeszłości.- Uwaga! - krzyknęła Samantha rzucając lordowi kuchenny fartuch.- Proszę to nasiebie włożyć.- Mógłbym wiedzieć w jakim celu?- Jeśli chce pan zostać w mojej kuchni, musi pan sobie na to zapracować. - Ale ja nie umiem gotować!- I nie będzie pan umiał, póki pan nie spróbuje.Lord Cartwright zawahał się, lecz widząc kpiący błysk w oczach Samanthy, poddałsię.Postanowiwszy stanowczo pominąć ten fragment historii na wieczornym spotkaniu zkolegami, zdjął nieskazitelnie czysty, świetnie dopasowany żakiet i zastąpił go kuchennymfartuchem.- Co mam robić? - spytał.- Ubije pan te białka na piękną pianę - zadecydowała Samantha, wręczając lordowimiskę i trzepaczkę do piany.- Właśnie robię bezy.Cartwright spojrzał na zawartość miski z wielkim niedowierzaniem.- Z tej zawiesiny nie zrobi pani bez.- Wcale nie zamierzam ich robić.To pan je zrobi.- No tak, oczywiście.Co za głupiec ze mnie!Lord Cartwright niepewnie włożył trzepaczkę do miski i zaczął ubijać pianę.Tymczasem Samantha zdjęła ścierkę z innej, dużo większej, misy, w której byłopięknie wyrośnięte, puszyste ciasto na chleb.- A zatem - spytała wykładając ciasto na posypaną mąką stolnicę - o co chciał mniepan spytać? Proszę ubijać!- Nie daje mi spokoju pewna historia, w którą znając pani zuchwałość, skłonny jestemuwierzyć.Czy rzeczywiście pojmała pani własnoręcznie dwóch francuskich rozbójników nadrodze do Paryża?- Skądże - odpowiedziała, ugniatając ciasto.- Rozczarowała mnie pani.- To byli niemieccy rozbójnicy.- Niemieccy? - spytał zdziwiony.- Pomylili drogi.Myśleli, że idą w stronę Kolonii.- Jak mogli się tak pomylić?- Wszystkie drogowskazy zostały zniszczone w czasie wojny, a oni nic znali ani słowapo francusku.Francuzi natomiast nie uznają żadnego innego języka poza własnym.- Dobrze, powtórzę więc jeszcze raz: jakim cudem udało się pani pojmać dwóchniemieckich rabusiów na francuskiej drodze do Kolonii? - spytał zniecierpliwiony.- Nie było w tym żadnego cudu.Wystarczyło ich zaskoczyć - wyjaśniła, formującciasto i wkładając je do wysmarowanej tłuszczem brytfanki.- Nie spodziewali się, że kobietajest w stanie pokrzyżować ich plany.Zwłaszcza gdy w grę wchodził rabunek.Widzi pan, to jedna z niewielu zalet bycia niewiastą: mężczyzni zawsze nas nie doceniają.Kiedypostrzeliłam już Hermana w ramię, Erick natychmiast się poddał i następnie odbyliśmybardzo wesołą przejażdżkę do najbliższego magistratu.Na swój sposób byli oni niezwyklezabawni.- Postrzeliła pani w ramię niemieckiego rabusia? - powtórzył Cartwright cicho, ciąglejeszcze nie mogąc w to wszystko uwierzyć.- W tamtej chwili wydawało mi się to jedyną rozsądną reakcją - wzruszyła ramionami.Lord Cartwright, ku zdziwieniu Samanthy, wybuchnął śmiechem.- A skąd, u licha, wytrzasnęła pani pistolet? Wyrwała go pani z ich łap?- Nie było takiej potrzeby.Zawsze noszę przy sobie kieszonkowy model hardinga -odpowiedziała z rozbrajającą szczerością.- Nigdy przecież nie wiadomo, jakieniebezpieczeństwa mogą czyhać na człowieka w drodze, czy też, nie daj Boże, we własnejkuchni.- Zaraz, zaraz - wtrącił Cartwright.- Nie chce chyba pani powiedzieć, że ma pani przysobie pistolet również w tej chwili?- Oczywiście, że tak! - odpowiedziała.Widząc, że Cartwright nie bardzo jej wierzy,wytarła ręce o fartuch, schyliła się, uniosła rąbek sukni i z kabury przytroczonej do łydkiwyciągnęła malutki pistolet.Potrzymała go chwilę przed sobą, by Cartwright mógł mu sięuważnie przyjrzeć.Lord Cartwright nie mógł ukryć podziwu.- Cóż takiego! Chyba zaczynam panią lubić.- Jestem zaszczycona - rzekła Samantha, wkładając brytfannę z ciastem do pieca.-Czy jednak nie posuwa się pan za daleko?- Przemyślę to jeszcze raz jutro.- W to nie wątpię.A ponieważ zawsze lubię wykorzystywać ludzi, pozwolę sobieporadzić się pana w dość delikatnej kwestii.Ma pan szerokie znajomości w kręgachtowarzyskich, prawda, lordzie Cartwright?- Sądzę, że tak - odpowiedział, węsząc jednak jakiś podstęp.- Znakomicie! Będzie mi pan zatem bardzo pomocny.Szukam protektora dla CelesteVandaun.Cartwright zakasłał.- Panie z towarzystwa będą oburzone.- Wcale nie zamierzam się z tym afiszować.Nie chcę dla niej żadnego żonategomężczyzny.Sądzę, że na tym etapie jej kariery najlepszy byłby kawaler.Musi być, oczywiście, bogaty, bardzo bogaty.Celeste powinna już przecież zacząć myśleć o jakimśzabezpieczeniu na stare lata.Najlepiej nadawałby się ktoś młody.Pełnoletni, ale daleki od ja-kiejkolwiek myśli o małżeństwie.Młody, bogaty dżentelmen, który doceni skarb, jakimniewątpliwie jest Celeste i który będzie ją hołubił przez następne lata.Czy zna pan takiegomężczyznę?Choć cała ta sprawa wydawała mu się całkiem absurdalna, lord Cartwright naglepomyślała, że istotnie zna takiego mężczyznę.- Markiz Lockwood - wyrwało mu się bezwiednie.- Ależ on jest na liście moich jutrzejszych gości! - wykrzyknęła uradowana Samantha.- Nie znam markiza osobiście, ale widziałam go tu i tam.Dość atrakcyjny i nieśmiały.Proszęmi coś więcej o nim powiedzieć.Cartwright podekscytowany swym udziałem w tej zmowie, brnął dalej:- Jego ojciec obwieścił całemu światu, że jeśli markiz ożeni się przed ukończeniemtrzydziestu lat, to zostanie wydziedziczony.Sam książę ożenił się bardzo młodo, czego przeznastępne dwadzieścia pięć lat szczerze żałował.Markiz ma teraz nie więcej jak dwadzieściacztery lata.Myśli pani, że się nada?- Jak najbardziej - oświadczyła Samantha.- Zna się pan na ludziach, lordzieCartwright.- - Mimo wszystko swaty pozostawię już pani.Samantha uśmiechnęła się ciepło.- Jutro gruntownie wybadam młodego markiza, a jeśli sprosta moim wymaganiom,jeszcze tej samej nocy odsłonię przed nim uroki przyszłego szczęścia.To powiedziawszy Samantha zajęła się krojeniem ogromnej, soczystej szynki.LordCartwright nie spuszczał z niej oka, a wokół jego ust błądził uśmieszek.Przynajmniej LaBelle Flamme przestanie zagrażać mężatkom, pannom i debiutantkom.Kiedy lord Cartwright wykonał już w kuchni swą pracę, zdjął fartuch, przywdziałżakiet i poszedł na górę, gdzie stał Garner, wyprostowany jak żołnierz na warcie.Lokajotworzył drzwi przed lordem.Cartwright przekroczył próg, zrobił kilka kroków, a potemzawrócił.- Jedno pytanie, Garner.- Słucham, jaśnie panie.- Czy gobeliny Altonberry'ego wiernie odzwierciedlały swawole na Olimpie?- Co do najdrobniejszego szczegółu, proszę pana.- Czy Altonberry zatrzymał któryś z nich po balu u Cyprianów?- Kilka.Jeden z nich przedstawia Ledę i łabędzia i jest wyjątkowo przerażający. - Muszę go zatem kiedyś odwiedzić - postanowił, przekraczając próg po raz drugi.Wrócił do domu, by przebrać się przed wieczornym spotkaniem ze znajomymi, leczku swemu zaskoczeniu, zastał tam straszliwy bałagan.Kufry, walizy i niezliczone pudła nakapelusze tarasowały hol.Z salonu na piętrze dochodziły podniecone głosy i radosny śmiech.Pokonawszy wszystkie przeszkody na swojej drodze, Cartwright wbiegł na górę.- Spodziewaliśmy się was dopiero w przyszłym tygodniu! - zawołał na powitanie.- Simon! - Matka objęła go mocno.Pani Emma wkroczyła już w swe drugie półwiecze.Jej brązowe niegdyś włosy,posiwiały, jednak wciąż miała świetną figurę i błyszczące oczy, co ją odmładzało [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum