[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.A Swinton zachwiał sięi upadł na stół.Withers wyszczerzył zęby w uśmiechu. Ej, uważaj.Tylko spokojnie. Odczepcie się, co?  wtrącił się ku ich zdziwieniu Tom, przez któ-rego przemawiało współczucie dla kolegi pozbawionego rodzinnegodomu.Rzadko zdobywał się na taką odwagę, więc natychmiast zarumie-nił się i zamilkł.Swinton, jak zwykle niewdzięczny za to, że kolega nadstawia za nie-go karku, od razu zbeształ Toma. Przymknij się, grubasie  fuknął i odwrócił się do Withersa. No ico z tego, że ten smarkacz był z domu dziecka?  warknął. Był z tego samego domu dziecka, co ty, Swinton  wtrącił się innygłos. I to ty znalazłeś jego zwłoki.124  Chcesz powiedzieć, że to przypadek? A może dzieciak jeszcze żył?Tom zamrugał i zrobił krok naprzód. Gary nie miał z tym nic wspólnego.Chłopak już nie żył, sam wi-działem.Nie mieszajcie w to Gary'ego.Swinton znów go zgromił. Mówiłem ci, żebyś siedział cicho.Nie potrzebuję, żeby taki mię-czak jak ty wtrącał się w moje sprawy. Spojrzał Holtowi prosto woczy. Masz coś do mnie, koleś? To wal prosto z mostu. Aypnął zło-śliwie okiem i zacisnął pięść.Koledzy od razu wyczuli, że ma wielkąochotę jej użyć. No, dalej  ponaglał, zachęcając go ruchem dłoni.Chodz, nie bój się.%7łołnierze cofnęli się.%7ładen nie chciał zmierzyć się ze Swintonem.Ten chłopak nie bał się bólu, a jego dzikie spojrzenie świadczyło o tym,że wręcz ten ból uwielbiał i nie mógł bez niego żyć.Swinton popatrzył po twarzach tamtych, uśmiechając się szeroko iukazując przerwę między zębami, która nadawała jego twarzy okrutny,nikczemny wyraz.Na widok noża w jego dłoni Tom głośno przełknął ślinę, zastanawia-jąc się, czy powinien ostrzec pozostałych, ale tamci jakby byli na toprzygotowani.Skoro Swinton był uzbrojony, to mieli prawo się przednim bronić.Zaczęli okładać go pięściami.Swinton krzyczał coś, alenawet go nie rozumieli.Wstał potem z opuchniętą twarzą.Ból w okolicy kręgosłupa dawałznać o pękniętych żebrach.Ciężkim krokiem ruszył do drzwi, ale zanimwyszedł, odwrócił się. Banda kretynów.Do diabła, przecież to nie ja zabiłem tego smar-kacza  wycedził. Gdybyście mieli trochę oleju w głowie, sami byściena to wpadli.Wszyscy spaliśmy jeszcze, kiedy ktoś go załatwił. Gary. przerwał mu Tom i Swinton zamilkł.Podtrzymywany przez kolegę, chwiejnym krokiem przeszedł przezdrzwi, a pozostali zabrali się do jedzenia. Dostaniemy dokładkę  oznajmił radośnie Holt. Za dwóch nieo-becnych.Zbliżając się do czarnego wozu policyjnego, Joanna i Mike wyczulijakieś poruszenie.Widocznie coś znaleziono.Powietrze wrzało od gwaru,125 ludzie krzątali się szybko, a zamiast zwartego szeregu umundurowanychpostaci widać było grupę zabezpieczającą skrawek ziemi w pewnej odle-głości od głównego pasma, oznakowanego czerwono-białą, plastikowątaśmą.Joanna ruchem głowy wskazała otoczone miejsce. To tam zabójca po raz pierwszy podpalił zwłoki  stwierdziła.Ruszyli w tamtym kierunku i dołączyli do grupy funkcjonariuszy. Musieliśmy aż wykroczyć poza oznakowany teren, pani inspektor tłumaczył się na ich widok policjant z ekipy śledczej, sierżant Barrac-lough.Joanna zbyła tę uwagę machnięciem ręki. Skoro było trzeba  odparła. I co znalezliście?Sierżant triumfalnie uniósł foliowy worek z czarną, osmaloną rękawi-cą.Joanna uśmiechnęła się szeroko. Dobra robota.To świetny materiał dla ekspertów sądowych.Wiesz, Barra  zwróciła się do sierżanta, wyraznie zadowolona  czyta-łam gdzieś, że z wnętrza rękawicy da się zdjąć odciski palców.Myślisz,że w tym przypadku to możliwe?Pokręcił niepewnie głową. Wątpię  odrzekł. Z wełny trudno zdjąć odciski palców, a pozatym rękawica już od trzech dni leżała tu na zimnym, wilgotnym podłożu.Ale z tego, co pamiętam, podczas sekcji zwłok pobraliśmy do analizyfragmenty ubrania chłopca, a eksperci sądowi wykazali na nich obecnośćczarnych, wełnianych włókien. Popatrzył na Joannę. Zastanawiałemsię, skąd się tam wzięły.To niesamowite, prawda? Powoli wszystkozaczyna układać się w jedną całość. Niech pan tu podejdzie, sierżancie.Mamy coś.Dzwięk takich słów zawsze wywoływał w Joannie to samo podniece-nie.Sierżant, trzymając w dłoni plastikowe worki, poszedł na wskazanemiejsce, a policjant pokazał palcem w dół.Na krzewie jeżyny widaćbyło drobny skrawek materiału.Był niewielki, ale na tyle widoczny, bymożna było stwierdzić, że to jasnoczerwona tkanina w szkocką kratę zpodszewki płaszcza.Barraclough zdjął go pęsetą. Zwietna robota, chłopcze  przyznał. Masz bystry wzrok.Uśmiechnął się szeroko. Idzie nam coraz lepiej.Joanna zastanawiała się przez chwilę.126  Potrzebne nam będą mapy terenu  orzekła wreszcie. Trzeba za-znaczyć na nich te miejsca.Musimy znać dokładną drogę, którą pokonałzabójca. Popatrzyła na Barraclougha. Zwietna robota.Nareszcie ro-bimy jakieś postępy.Tak trzymaj, Barra.Pilnuj, żeby nikt niczego nieprzeoczył.Każda, choćby najdrobniejsza rzecz, może nam pomóc ująćmordercę.Nie pozwólmy mu się wymknąć, bo dojdzie do kolejnegozabójstwa.To był największy koszmar każdego funkcjonariusza policji, prowa-dzącego śledztwo  pozwolić mordercy umknąć, tak jak to było z  Roz-pruwaczem z Yorkshire *.A potem kolejne ofiary płacą swoim życiemza nieudolność policji.Jak można dopuścić, aby z powodu pominięciajakiegoś ważnego szczegółu ginęli następni ludzie? A z drugiej strony,brak wystarczających dowodów może przesądzić o zwolnieniu mordercyz aresztu i wypuszczeniu go na wolność.Telefon Joanny zatrzeszczał i jakiś głos poinformował ją, że szere-gowy Gary Swinton właśnie zjawił się w komendzie na przesłuchanie.* Seryjny morderca, który w latach 1975-1980 zamordował w północnej Anglii trzy-naście kobiet, a osiem okaleczył; w celu jego ujęcia prowadzono długie, mozolne, skru-pulatne śledztwo, które przez kilka lat nie przynosiło żadnych skutków.Na komendzie przywitał ją King, kręcąc głową. On nie mógł tego zrobić  stwierdził. Był z kolegami na dysko-tece do drugiej w nocy.Razem wrócili do koszar.Dyżurny żołnierz gowidział. Spojrzał na Joannę. Sprawdziliśmy to.Nie mógł tak po pro-stu wymknąć się z koszar i zabić chłopaka.To niemożliwe.Joanna skinęła głową. Wiem  przyznała. Zwłoki podpalono około czwartej nad ranem.Wiemy już, że o tej porze Gary Swinton był w swoim baraku razem ztrzydziestoma innymi żołnierzami.Ale mimo wszystko dzięki.Uśmiechnęła się. Można go wykreślić z listy podejrzanych.Chcę jesz-cze tylko zadać mu kilka pytań.Swinton siedział sam, wyraznie spięty.Miał na sobie ciężkie, woj-skowe buty, zielonkawy mundur polowy i złożony pod pagonem beret.Bez farby na twarzy nie wyglądał już tak groznie.Spod grubego kołnie-rza wystawała cienka, koścista szyja, a jasne włosy były przycięte takkrótko, że przez cieniutką warstwę prześwitywała różowawa skóra gło-wy.Wyglądał jeszcze młodziej, na zaledwie siedemnaście lat, i miał127 przerażoną minę [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum