[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nazajutrz rano wyruszył do Worcester, najbliższego miasta na południe, położonegonad rzeką Severn.Nie zapamiętał ani widoku rzeki, ani traktu, ani powożenia Kobyłą, niczego z całejpodróży.W Worcester mieszkańcy z rozdziawionymi gębami przyglądali się czerwonemuwozowi, który wtoczył się na rynek, nie zatrzymując się wykonał pełne okrążenie, wyjechał zmiasta i ruszył z powrotem.Wieś Lucteburne w Leicestershire nie była na tyle duża, by utrzymać gospodę, alewłaśnie trwały sianokosy, toteż Rob mógł zasięgnąć języka przy łące, na której czterechmężczyzn posuwało się z kosami.Ten z pokosu najbliżej gościńca przerwał na chwilę rytmiczne ruchy i wskazał mudrogę do domu Edgara Thorpe a.Zastał staruszka w ogródku zbierającego na klęczkach pory.Dziwnie podniecony, odrazu dostrzegł, że Thorpe widzi.Dokuczały mu jednak bóle reumatyczne i chociaż wśródstękania i narzekań dzwignął się przy pomocy Roba na nogi, minęło parę chwil, zanim moglispokojnie porozmawiać.Aby lepiej im to poszło, Rob przyniósł z wozu kilka flaszek driakwii jedną ku wielkiemu zadowoleniu gospodarza otworzył.- Przyjechałem tu, żeby wywiedzieć się o operację, która wam przywróciła wzrok,mości Thorpe.- Ach, tak.A po co wam to?Rob się zawahał.- Mam krewniaka, któremu potrzebny taki zabieg, i pytam w jego imieniu.Thorpe łyknął trunku i westchnął.- Mam nadzieję, że to silny człowiek i nie brak mu odwagi - powiedział.- Przywiązalimnie za ręce i nogi do krzesła.Sznury okrutnie wpiły mi się w głowę, gdy ją przymocowali do wysokiego oparcia.Potem lali we mnie gorzałkę, ażem się upił prawie do nieprzytomności.A na koniecpomocnicy wbili mi jeszcze haczyki pod powieki, żeby je podnieść i żebym nie mrugał.Zamknął oczy i aż się wstrząsnął.Najwidoczniej opowiadał już tę historię wiele razy, szczegóły bowiem utkwiły mu w pamięci i wymieniał je bez chwili wahania, lecz dla Robawcale nie były przez to mniej fascynujące.- Choroba moja polegała na tym, żem niewyraznie widział tylko to, co było tuż przedemną.No i wreszcie zjawiła mi się przed oczami ręka mistrza Merlina.Trzymała ostrze, któreopuszczało się i rosło, aż wbiło mi się w oko.Och, z bólu natychmiast otrzezwiał! Byłempewien, że wyciął mi oko zamiast tylko zdjąć mgiełkę, wrzeszczałem więc i zaklinałem go,żeby przestał.On nie ustawał, a ja ciskałem klątwy na jego głowę, bo nareszciem pojął, że tenpodły naród mógł zamor dować naszego dobrego Pana.Kiedy ciął drugie oko, ból był takwielki, żem całkiem stracił świadomość.Ocknąłem się w ciemno ściach, z zawiązanymioczami, i blisko dwie niedziele straszliwiem cierpiał.Ale w końcu wrócił mi dobry wzrok,jakiegom już dawno nie miał.Poprawa była taka wielka, że jeszczem całe dwa lataprzepracował jako pisarz i dopiero przez ten reuma tyzm z rozsądku ograniczyłem obowiązki.Więc to prawda, pomyślał oszołomiony Rob.A skoro tak, to na pewno również te innerzeczy, o których opowiadał Merlin, są prawdziwe.- Mistrz Merlin to najlepszy medyk, jakiegom spotkał - powiedział Edgar Thorpe.-Tylko - dodał gniewnie - jak na tak doświadczonego medyka jakoś mu za trudno uwolnićmnie od tych dolegliwości w kościach.Rob wrócił do Tettenhall, rozbił obóz w małej dolince i tkwił pod miasteczkiem trzydni jak chory z miłości łabędz, któremu brak odwagi na spotkanie z samicą, lecz nie może sięzdobyć także na to, by zostawić ją w spokoju.Kupując u wieśniaka żywność, dowiedział się,gdzie mieszka Benjamin Merlin, i kilka razy skierował tam Kobyłę.Kiedy przejeżdżał obokjego domu, niskiej wiejskiej chaty z dobrze utrzymaną stodołą i zabudowaniami, polem,sadem i winnicą, nic na zewnątrz nie wskazywało, że mieszka tam medyk.Trzeciego dnia po południu, oddalony o parę mil od domu Merlina, natknął się naniego na drodze.- Jak się miewasz, młody balwierzu?Rob odpowiedział, że miewa się dobrze, i spytał o zdrowie medyka.Przez chwilę zpowagą pogawędzili o pogodzie, w końcu Merlin skinął głową na znak, że nie chce go dłużejzatrzymywać. 151?Nie mogę tracić czasu, muszę jeszcze zajść do trzech chorych, nim skończę dziśpracę.?Czy mógłbym wam towarzyszyć i popatrzeć? - wydusił z siebie Rob.Medyk się zawahał.Najwyrazniej ta prośba wcale go nie ucieszyła, skinął jednak głową przyzwalająco, choć niechętnie.- Tylko bądz tak uprzejmy i nie wtrącaj się - powiedział.Pierwszy chory mieszkał niedaleko miejsca, w którym się spotkali, w małej chatce nadsadzawką dla gęsi.Był nim Edwin Griffith, starzec dręczony suchym kaszlem.Rob od razusię zorientował, że wyniszcza go daleko posunięta piersiowa choroba i niedługo znajdzie sięw grobie.- Jakże was dziś zastałem, mości Griffith? - zapytał Merlin.Stary zagdakał w paroksyzmie kaszlu, potem chwycił oddech i jęknął:- Jak zawsze, i prawie się nie skarżę, tyle żem nie miał sił nakarmić dzisiaj gęsi.Merlin się uśmiechnął.- Może ten mój młody przyjaciel mógłby się nimi zająć?- zaproponował, a Robowi nie pozostało nic innego, jak to wykonać.Stary Griffithwskazał mu, gdzie trzyma karmę, i po chwili Rob już biegł z workiem nad sadzawkę.Czuł sięurażony, ponadto ta wizyta była dla niego stracona, bo przecież Merlin na pewno niepoświęcałby tyle czasu umierającemu.Ostrożnie zbliżył się do gęsi, wiedział bowiem, jakiepotrafią być złośliwe, ale wygłodniały, toteż rzuciły się do ziarna z wielkim gęganiem,pozwalając mu szybko uciec.Zdumiał się, wróciwszy do chatki, gdyż Merlin jeszcze rozmawiał z Griffithem.Robpierwszy raz widział, by medyk tak skrupulatnie wykonywał swoją pracę.Merlin bez końcazadawał choremu pytania o nawyki i pożywienie, o jego dzieciństwo, rodziców i dziadków, oprzyczynę ich śmierci [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum