[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wciąż pamiętał swoje nazwisko, więc był bezpieczny. Wiesz co, Miri? Chyba umarłem.Zrobiła zdziwioną minę i przytknęła dwa chłodne palce do tętnicy na jego szyi.Po chwilipokręciła głową. Sierżant Robertson z przykrością melduje, że w organizmie nie stwierdzono żadnychtrwałych zakłóceń.Roześmiał się i przygładził mokre od potu włosy. Nie żyję  powiedział. Pętla pokazała, że umarłem w chwili, kiedy powiedziałemci, że mnie wymażą. Mógł już prawie normalnie oddychać i czuł się dziwnie lekki, choćwypompowany jak nigdy w życiu. Chyba w to uwierzyłem.i wpadłem w panikę.Ufałemim. A Pętla?  Zapytała z nadzieją Miri. Zepsuła się? Zniknęła? Nie.Jest nadal.Na pozór działa.Ale wiesz co? Może ona kłamie?  spytał nagle.Może tak jest zaprogramowana?  Westchnął. Tyle mi zabrali.że w ich zamysłachmusiałem przeżyć.Moje sny, moja muzyka.Wszystko to legło na ołtarzu kłamstwa. Potarł twarz. Nicnie rozumiem.Miri ostrożnie położyła rękę na jego ramieniu.Widział w jej oczach napięcie iniepewność. Mów.Zagryzła usta. Co to znaczy. wymazać ?  powiedziała cicho nieswoim głosem.Val Con poruszył się niespokojnie i przypadkowo trącił nogą zniszczoną gitarę.Podniósłz ziemi połamaną szyjkę i położył ją sobie na kolanach. Ale się porobiło.Spojrzał na Miri i uśmiechnął się smutno. Wymazać. Pokręcił głową, ciągle zezując wewnętrznym okiem na widmowąPętlę. Ktoś wpadł na pomysł, że z praktycznych względów agent nie powinien graćwyuczonej roli, lecz całkowicie zmienić swoją osobowość.Skonstruowano więc maszynę,która  cholera, jak by to powiedzieć?  miała  wygładzać starą osobowość i wpisywać na niej nową. Nic się nie stało.Ekran Pętli był zupełnie czarny. Po zakończeniu akcjiwystarczyłoby usunąć nowy zapis, aby odzyskać dawnego agenta.Przerwał, żeby zaczerpnąć tchu.Miri patrzyła mu prosto w oczy.Na jej czole, pomiędzybrwiami, rysowała się pionowa zmarszczka. Niestety, teoria nie zawsze pokrywa się z praktyką.Maszyna umie tylko wymazaćosobowość do czysta i nic więcej.W puste miejsce nie można wstawić niczego nowego.Cogorsza, nie skutkują też zwykłe metody uczenia.Człowiek bezpowrotnie znika, chociaż jegociało może spokojnie dożyć sędziwego wieku.Miri zadygotała jak w febrze, przełknęła ślinę i zamknęła oczy, żeby powstrzymać nagłyatak mdłości. Miri.Poczuła ciepły dotyk palców Val Cona na swoim policzku.Wziął ją pod brodę i zmusił,by uniosła głowę.Poddała mu się bez oporu, ale nie otworzyła oczu.Otarł jej łzy płynącespod mocno zaciśniętych powiek. Miri, spójrz na mnie.Spojrzała.Nie mogła jednak zmusić się do uśmiechu.Jemu to się udało  i to z lepszymskutkiem niż poprzednim razem. Nie opłakuj mnie, zanim nie zobaczysz trupa. Zabiję cię, a nie pozwolę, żebyś żył dalej jako zombi! Szczerze ci za to podziękuję  odpowiedział całkiem poważnie.Wykrzywiła usta w podkówkę i spojrzała w jego zmęczone oczy z nadzieją, że to jużkoniec.%7łe przebrnęli wreszcie przez ostatnią scenę dramatu zrodzonego w umysłach bliżej jejnie znanych, diabolicznych  szefów.To był kawał wrednej roboty  i związanej ześmiertelnym ryzykiem.A gdyby tak ów nagły kryzys przyszedł w momencie konfrontacji zwrogiem lub w ogniu strzelaniny? Jak się czujesz?  zapytała cicho, gdy leciutko ujął ją za rękę.Uśmiechnął się. Jestem zmordowany.Nie co dzień człowiek umiera i potem jeszcze o tym opowiada.Zcisnęła jego dłoń. Chcesz wstać? A może wolisz, żeby tutaj przykryć cię kocem? Wolę wstać.Ale łatwiej było to powiedzieć, niż zrobić.Jakoś jednak z pomocą Miri dzwignął się nanogi.Stali przytuleni do siebie, wspierając się nawzajem.Nieoczekiwanie Val Con przygarnął ją do siebie, ukrył twarz w jej włosach i mruknął coś,ale nie było to ani w handlowym, ani po terrańsku.Potem odsunął się na wyciągnięcie ramioni przyjrzał jej się uważnie. Jest mnóstwo rzeczy, o których musimy porozmawiać. zaczął. Ale najpierwchciałbym pogadać sam ze sobą i usłyszeć kilka odpowiedzi.To na pewno zajmie mi nieco czasu, dzień lub dwa.Wezmę trochę zapasów i znajdę sobie jakieś ustronne miejsce.Zesztywniała. Nie ma powodu, żebyś ode mnie uciekał.Położył palec na jej ustach i przerwał jej w pół zdania. Nie od ciebie.Pomyśl spokojnie  w ostatnich dniach przeraziłem cię już kilka razy.Ja też się bałem.Teraz potrzeba mi nieco czasu  a mamy go aż w nadmiarze  żebydowiedzieć się, kim naprawdę jestem.Dwóch wcieleń już się pozbyłem.Miri tylko skinęła głową.Nie ufała swojemu głosowi. Panno Miri  powiedział Val Con ceremonialnym tonem  a pani niech sięzastanowi, czy mamy dalej być razem.Czy zechce pani ze mną zostać? Za parę dni przyjdępo odpowiedz.Szybko cmoknął ją w czoło, odwrócił się i poszedł pozbierać zapasy.Połamaną gitarępołożył na stole.W duchu obiecał sobie, że kiedyś ją naprawi. ROZDZIAA DWUDZIESTY PIERWSZYMiri już czwarty raz wymknęła się z czytelni, żeby choć trochę popatrzeć na Val Cona.Czuła się niczym szpieg, bo przecież prosił, by mu nie przeszkadzać Ona jednak, chociażmiała pod ręką bogate zbiory Szlifierza, nie potrafiła wyzbyć się niepokoju.Wciążsprawdzała, czy na pewno z nim wszystko w porządku.Zobaczyła, że Val Con stoi pośrodku ogromnej kabiny i z zamkniętymi oczami wykonujejakieś powolne ruchy.Potem zdawało się, że zupełnie zamarł  na minutę, dwie, trzy.Aleodkrywała nagle, że w tym czasie zdążył zrobić już pół obrotu.Jego gesty były płynne imiękkie  niemal taneczne  i przypominały, jak to Szlifierz chciał pantomimą opisaćrozwój rośliny.W czasie ćwiczeń skakał nagle, zrywał się do biegu, lub siadał, aby się rozluznić, albo naodwrót, aby się skoncentrować.Potem powtarzał te same ruchy  przynajmniej z pozoru tesame.Coś w tym jest, zawyrokowała Miri, to jakaś metoda.Nie dopuszczała do siebie myśli, żeVal Con oszalał.Dla zabicia czasu sama wzięła się za gimnastykę.Dobrze wiedziała, że z każdą mijającąchwilą ich baśniowa podróż zbliża się do końca.Musi być w pełni sprawna  i gotowa doewentualnej walki.A te książki! Przeczytała cały podręcznik gómoliadeńskiego, a potem pochłonęła tomikpoezji jakiejś Joanny Wilcheket i dość gruby opis zasad gry zespołowej zwanej bokdingle która o wiele bardziej przypominała bitwę niż zawody  i nauczyła się, jak patrzeć na rzezby drzewne Qontikwanów.Następnie zapoznała się z historią świata noszącego nazwęTruanna, który uległ samozagładzie w dwieście pięćdziesiątym roku czasu standardowego.Resztę czasu spędziła nad słownikiem terrańskim, dziwiąc się wszystkim nie znanym jejwyrazom [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum