[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zamiast niego wpisałam imię Harry'ego.A potem poszukałam tego samego tańca na swoim karnecie.Harry - doskonale! Wymazałam imię Harry'egoi wpisałam w to miejsce Franklina.- Proszę.- Oddałam jej karnet z powrotem.- Zatańczpolkę z Harrym.A ja zatańczę ją z Franklinem.- Och, dziękuję.- Zmarszczka między jej brwiami trochęsię wygładziła.Kiedy przyszedł czas na polkę, Franklin i Harry pojawilisię razem.Jednak kiedy Franklin zaczął podawać rękę Lizzie, stanęłam przed nią.I zaczęłam się zachowywać jak ona.I każda inna debiutantka na balu.Wydęłam wargi.Postukałam go wachlarzem w pierś.-Cóż to, zapomniałeś? Obiecałeś polkę mnie!Przez jedną chwilę na jego twarzy pojawił się nietypowydla niego wyraz konsternacji.Ale zaraz się z niej otrząsnął.- Zawsze tańczę polkę z Lizzie.I zawsze tańczę z tobą walca.- Uśmiechnął się.- I właśnie dlatego kazałam ci obiecać, że zostawisz jednąpolkę dla mnie.Dziś wieczór.- Zdjęłam karnet z nadgarstkai podsunęłam mu, żeby zobaczył.- Polka.Pan Franklin De Vries.- Mój błąd.- Ukłonił się.Podał mi ramię.Gdy prowadził mnie na parkiet, obejrzałam się i zobaczyłam, że Harry stoi obok Lizzie, patrząc na mnie z bez-304 granicznym zdumieniem.Jednak wkrótce zabrał Lizzie i podążył za nami.Nie domyśliłabym się, że jej kostka jest obandażowana,gdybym nie widziała na własne oczy.Podskakiwała i galopowała po parkiecie bez jednego potknięcia.I chyba tylko jawidziałam, jak straciła przytomność.Na twarzy Harry'ego przez chwilę odmalowało się zdziwienie, ale potem chwycił ją mocno i błyskawicznie zabrałdo jakieś niszy.Zrobił to tak szybko, że wyglądało, jakby nadal tańczyli.Wysunęłam się z ramion Franklina, żeby do nich dołączyć.- Co.?- Lizzie zemdlała!- Nic teraz na to nie poradzimy, więc skończmy taniec.Widziałam, jak Lizzie wraca po kilku minutach, opierającsię mocno na ramieniu Harry'ego.On patrzył na nią z uwielbieniem.Zauważyłam, że wyciągnął rękę, by poklepać ją podłoni.I cały czas patrzył jej w oczy.Tak.Nie było wątpliwości.Naprawdę wolał Lizzie Bar-nes ode mnie.Taniec zakończył się cwałem obok stołu z napojami.Franklin wyciągnął rękę i złapał wysoki kieliszek.- Szampana?- Ta k.Poproszę.- Bąbelki szczypały mnie w gardło i wiedziałam, że wkrótce pożałuję, iż je wypiłam, ale nie potrafiłam zmusić się, by się tym przejąć.Nie rozumiałam, co się ze mną dzieje.Harry kochał Lizzie.I tak nie miałam szans, by wyjść zaniego za mąż.Więc jakie to miało znaczenie?305 Wbiegłam do góry po schodach, zdecydowana znalezćschronienie w swoim pokoju.Jednak kiedy dotarłam dodrzwi, nie miałam ochoty tam wejść.Chciałam czegoś innego, czegoś więcej niż myśli, które kłębiły mi się w głowie.Poszłam dalej korytarzem i pchnięciem otworzyłam drzwido dawnej sypialni mamy.Zawiasy nawet nie skrzypnęły.Nadal pachniała jaśminem i lawendą.Wślizgnęłam się dośrodka i zamknęłam mocno za sobą drzwi.Podeszłam naśrodek pokoju i.zatrzymałam się.Po co tu przyszłam?Co miałam nadzieję znalezć?Nie zostało tu nic z tych ostatnich ponurych, posępnychdni.Nie było stęchłego zapachu potu.Ani słodkawego odoru krwi.Nie było jęków i westchnień.No i przede wszystkimnie było wychudzonego ciała schowanego pod pościelą.Podeszłam na palcach do łóżka i usiadłam na nim.Położyłam głowę na poduszce mamy i zamknęłam oczy.Przypomniał mi się wiersz, jego słowa przypłynęły do mnie szeptanedelikatnym głosem mamy.Szeptałam te słowa wraz z nią.Lecz gdzież dzień taki, godzina, w którejRozkoszy gorycz nie zmąca?Każdy szmat świetnej królów purpury%7łółć zbryzgać musi gryząca*.Powtarzała te wersety wielokrotnie jak refren podczasswych ostatnich godzin.Jednak słuchanie tych powtarzanych w kółko słów nie było tak straszne, jak patrzenie nanią, gdy szarpie za gorset, nalegając, by ją z niego uwolniono.W końcu ojciec podał jej laudanum.Wtedy przestała,* Fragment wiersza George' a Gordona Byrona  Wszystko jest marnością" mówi kaznodzieja (All is vanity, saith the preacher), przełoży! Adam M-ski (ZofiaTrzeszczkowska) [w: Byron, Wybór dzieł, PIW 1986] [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum