[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Przewodnikwyjaśnił, że ten wodny szlak powstał podczas drugiejwojny światowej przez połączenie dwóchistniejącychwcześniej kanałów.Dzięki temu okręty z zaopatrze-niem mogły bezpiecznie przebywać drogę wzdłużwybrzeża, nie narażając się na niebezpieczeństwatypowe dla otwartego oceanu.Celem wycieczki była wyspa Capers, uznana w ca-łości za rezerwat przyrody.Podczas gdy większośćpasażerów podziwiała przybrzeżne mokradła, Caraskupiła się na obserwacji mężczyzny sterującego ło-dzią.Był o głowę wyższy od wszystkich innychmężczyzn na pokładzie.Zwrócony do niej plecami,stał w szerokim rozkroku.Poły jego koszuli łopotałyna wietrze, a podwinięte rękawy ukazywały opalonena brąz ramiona.Co jakiś czas oddawał na chwilę sterpomocnikowi i opowiadał o mijanych krajobrazach.Przedstawił się jako naturalista zafascynowany prawa-mi przyrody i już wkrótce stało się jasne, że nie było tostwierdzenie na wyrost.Mówił krótkimi, prostymizdaniami, podając mnóstwo faktów dotyczących oko-licy, jej historii, flory i fauny.Pasażerowie słuchali gojak zaczarowani.Był raczej typem nauczyciela niżgawędziarza jak Palmer, ale opowieści o krabachw jego ustach nabierały dramatyzmu godnego najlep-szych thrillerów.Jak prawdziwy profesjonalista, zachował najbar-175 dziej interesującą część na koniec.Aódz zatrzymała siępośrodku kanału.Przewodnik sięgnął za burtę i wyciąg-nął na pokład niewielką czerwoną boję.Do boi przy-wiązana była lina, na końcu której wisiała duża czarnaklatka, a w niej kilka niebieskich krabów z wystawio-nymi szczypcami.Mężczyzna sięgnął do klatki i wy-ciągnął kraba gołą ręką.Dzieci zaczęły klaskać w dło-nie, a dorośli włączyli kamery. Ten jest agresywny  powiedział przewodnik,podnosząc kraba do góry. To chyba samica.Wypuścił kraby do wody i łódz znów ruszyła.Pochwili przewodnik jeszcze raz przekazał ster pomoc-nikowi, a sam wzrokiem odnalazł Carę i przywołał jągestem dłoni.Potrząsnęła głową, on jednak uśmiech-nął się szeroko i zawołał: Proszę tu do nas!Cara powoli podniosła się i podeszła do steru,odprowadzana zaciekawionymi i zazdrosnymi spoj-rzeniami sąsiadek. Zadowolona z wycieczki?  zapytał. Bardzo. Muszę powiedzieć, że jest pani ostatnią osobą,jaką spodziewałem się zobaczyć dzisiaj na tej łodzi. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że jest pani stąd, więcsądziłem, że dobrze zna pani wyspę Capers.Popatrzyła na niego ze zdumieniem. A skąd pan wie, że tu się wychowałam?Teraz to on wydawał się zdziwiony i rozczarowany. Nie pamięta mnie pani? A powinnam?  wyjąkała zaskoczona. Och, co za rozczarowanie.Ani trochę?176  Chyba nie.Na pewno z nikim mnie pan niepomylił? To wykluczone.Gdy zobaczyłem panią w barze,w pierwszej chwili zastanawiałem się, skąd znam tętwarz, ale przy kutrze przypomniałem sobie bez żad-nych wątpliwości.Chciałem podejść i się przywitać,ale zanim zdążyłem to zrobić, pani już uciekła. Ale skąd my się znamy?  wykrztusiła. Ze szkoły średniej.Widywaliśmy się.Szczerzemówiąc, to byłem tobą zafascynowany  uśmiechnąłsię, swobodnie przechodząc na ,,ty . Wieczniemiałaś nos wetknięty w jakąś książkę. A pamiętasz, jak się nazywam? Oczywiście.Cara Rutledge.To znaczy, o ile niezmieniłaś nazwiska. Nie zmieniłam  odrzekła, wciąż nie mogącochłonąć z zaskoczenia.Przez chwilę uważnie przy-glądała się jego twarzy.Nie sposób było zapomniećkogoś o takim wyglądzie. Bardzo cię przepraszam powiedziała wreszcie  ale jak się nazywasz? Zgadnij  uśmiechnął się szeroko.Cara miała w umyśle zupełną pustkę. Może dasz mi jakąś wskazówkę? Byłem przewodniczącym klasy.Zmrużyła oczy, zastanawiając się, kto był przewod-niczącym jej klasy.Po chwili przypomniała sobiei spojrzała na niego krzywo. Przewodniczącą mojej klasy była Mary Pringle.Mój Boże, Mary, ależ się zmieniłaś.Roześmiał się i w jego niebieskichoczachrozbłysływesołe iskierki. Przecież nie powiedziałem, że byłem przewod-177 niczącym twojej klasy.Dam ci jeszcze jedną wskazów-kę.Chodziłem do Wando. Niewiele mi pomogłeś.To była duża szkoła.Poddaję się, wygrałeś.Kim jesteś? Cóż za cios dla mojego ego  skrzywił siękomicznie. Czy mówi ci coś nazwisko Brett Beau-champ? Nic?Brett.O mój Boże, pomyślała Cara.W ostatniejklasie szkoły średniej kochały się w nim wszystkiedziewczyny, nie tylko z Wando, ale też z liceówCharleston, Ashley Hall, Bishop England, Porter Gaudi chyba wszystkich innych w całej okolicy.Brett miałwszystko, o czym marzą dziewczyny: był przystojny,lubiany, odnosił sukcesy w sporcie, a średnią ocenmiał taką, że uniwersytety Ivy League prześcigały sięw proponowaniu mu stypendiów. Oczywiście, że cię pamiętam  powiedziała, gdynieco ochłonęła. Ale tylko z nazwiska.Nigdy niepoznaliśmy się osobiście i dlatego jestem taka za-skoczona, że mnie pamiętasz.Tacy chłopcy jak tyraczej nie interesowali się chudymi kujonkami.Brett tylko wzruszył ramionami. Byłaś inna niż pozostałe dziewczyny [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum



 

6.php") ?>