[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wcześniej kilka razy puszczałam podobne uwagi mimo uszu- poglądy pani Harris na temat myszy były mi dobrze znane.Ale tego dnia, zanim zdążyłam się zastanowić, co robię,zareagowałam bardzo stanowczo.- Jak pani śmie? - wysyczałam, mnąc kartkę papieru, naktórej robiłam notatki.Pani Harris patrzyła na mnie w osłupieniu, jakbym byłapotulnym pieskiem, który niespodziewanie warknął.To tylkomnie rozjuszyło.- Jak pani śmie?!! - wrzasnęłam jej prosto w twarz.- Przezosiem miesięcy przeżywałam piekło, które zgotowały mikoleżanki z klasy! Dzień po dniu znosiłam nowe szykany! Wkońcu zostałam podpalona! Mogłam zginąć! A pani mówi o kolejnej tak zwanej ofierze przemocy ?!Tak długo tłumiłam w sobie gniew, że teraz, kiedy wreszciezdecydowałam się mówić, nie potrafiłam przestać.Mój wybuchzakończył się niezrozumiałym bełkotem.Reakcja pani Harris kompletnie mnie zaskoczyła.Spodziewałam się oburzenia albo sarkazmu, który w ciągukilku sekund doprowadziłby mnie do łez, ona jednak tylkozasłoniła usta dłonią, jakby nie mogła uwierzyć w to, co przedchwilą z nich wyszło, i powiedziała:- Przepraszam, Shelley.Naprawdę bardzo mi przykro.-Odsunęła piegowatą dłoń od ust, wykonała nią niepewny,jakby pojednawczy gest i położyła rękę na kolanach.- Dobrzewiem, przez co przeszłaś.To była niemądra i nietaktownauwaga z mojej strony.Zapomniałam się, ale jeszcze raz bardzocię przepraszam.Uspokoiłam się i po chwili wróciłyśmy do lekcji, lecz po tym,co zaszło, obie byłyśmy rozkojarzone i ledwo dotrwałyśmy dowpół do piątej.Wychodząc, pani Harris jeszcze raz mnieprzeprosiła i życzyła wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.Patrzyłam, jak odjeżdżała, i mimo koszmaru, jakim był tendzień, oraz potwornego zmęczenia czułam się z siebiezadowolona.W końcu postawiłam się tej starej jędzy, a ona, zamiast się wściekać, przeprosiła mnie za niestosowne słowa.Pewnie tylko z obawy, że jej opinie o  mięczakach i nieudacznikach , których uczyła, mogłyby nie spodobać sięlokalnym władzom i tym samym uszczuplić pokazne sumy,jakie otrzymywała co miesiąc za edukowanie swoichpodopiecznych.Tak czy inaczej, dziś to ja byłam górą.Potężna pani Harrisponiosła sromotną klęskę i w popłochu oddała pole.Okazałasię papierowym tygrysem, pomyślałam i uśmiechnęłam siętriumfalnie, ale kiedy mój wzrok padł na owalny różany klomb,uśmiech zamarł mi na ustach.23Dopiero kiedy zostałam w domu sama, przypomniałam sobieo portfelu włamywacza.I o moim pragnieniu, by poznać jego tożsamość.Niewynikało ono tylko z ciekawości.Miałam wrażenie, że jeśli będęznała imię i nazwisko człowieka pogrzebanego w naszymogrodzie, pozbędę się irracjonalnych obaw.Imię zakotwiczy go w prozaicznej rzeczywistości.Okaże się,że to na przykład Joe Bloggs albo David Smith, konkretnymężczyzna, w dodatku żałosny.Bezimienny nieboszczykprzenikał moją świadomość jak trująca mgła.Był złym duchem,uosobieniem wszystkich moich lęków.Prześladowałby mnie dokońca życia.Poznanie jego tożsamości będzie jak włączenieświatła w samym środku filmowego horroru.Mama miała wrócić dopiero za kilka godzin, nie musiałamsię więc spieszyć.Poszłam na górę do pokoju gościnnego.Wiedziałam, wktórym worku są szlafroki, w którym kalosze, a w którymczerwona sportowa torba.Szukałam pierwszego worka, tego zpotłuczoną porcelaną i wycieraczką.Wkrótce go znalazłam, zawiadrem i mopem.Gdy mocowałam się z ciasnym węzłemzawiązanym przez mamę, przez cały czas burczało mi wbrzuchu.Z głodu, uświadomiłam sobie ze zdumieniem.Głodu, którego, jak sądziłam, już nigdy nie będę czuć, a który właśniesię obudził i miotał się po moich trzewiach jak dzikie zwierzę wklatce.%7łeby sięgnąć po portfel, musiałam wyjąć znajdującą się nawierzchu wycieraczkę.Była poplamiona jakąś szarągalaretowatą substancją, która musiała wyciec z głowywłamywacza, kiedy wlekłyśmy go przez kuchnię.Nie chcąc nanią patrzeć, odwróciłam głowę i na ślepo wsunęłam rękę doworka.Od razu wymacałam portfel.Zacisnęłam na nim palce iwyjęłam z worka.Dziwnie się czułam, trzymając coś, co należało do człowieka,którego najpierw dzgałam nożem, a potem zakopałam wogrodzie.Miałam irracjonalne wrażenie, że w ten sposób gowskrzeszam.Niemal poczułam jego obecność i naglezapragnęłam jak najszybciej wyjść z tego pokoju.Zdołałam się jednak opanować.Drżącymi palcamiotworzyłam portfel.Z lewej strony była kieszonka wypchanamonetami, a z prawej przegródki pełne plastikowych kart.Poznałam po różowym brzegu prawo jazdy i wysunęłam jeostrożnie.Gdy spojrzałam w szare oczy mężczyzny na fotografii, znówogarnęły mnie mdłości.Miał nieco krótsze włosy i trochępełniejsze policzki, ale byłam pewna, że to tego człowiekazabiłyśmy poprzedniej nocy w naszej kuchni.Odczytałam imię i nazwisko: Paul David Hannigan.Prawo jazdy włamywacza schowałam do tylnej kieszenidżinsów, a portfel wrzuciłam z powrotem do worka na śmieci.Worek dokładnie zawiązałam, naśladując misterny węzełmamy.Nie widziałam żadnych plam na dłoniach ani rękawie,ale na wszelki wypadek umyłam ręce i włożyłam czystą bluzkę.Zeszłam do kuchni.Byłam coraz bardziej głodna, więcpodgrzałam sobie miseczkę zupy jarzynowej i ukroiłamkawałek bagietki.Zaniosłam to na tacy do pokoju i zjadłam,siedząc na kanapie i oglądając kreskówki w telewizji.Dziwniebyło patrzeć, jak Tom goni Jerry ego po kuchni ( Zagramy wkrzesełka do wynajęcia! Zagramy w krzesełka do wynajęcia! ),tłucze go po głowie patelnią i rozpłaszcza na podłodze na kształt naleśnika, a w tle rozbrzmiewa wesoła muzyczka ikomiczne odgłosy uderzeń - Bum! Bum! Kolorowa przemoc.Izarazem bezkrwawa.W prawdziwym życiu wygląda to całkieminaczej.Przypomniałam sobie, jak mama zbierała się dozadania ciosu, jak wzięła głęboki oddech, zacisnęła palce namarmurowej płycie, a potem uniosła ją nad głowę niczymnurek szykujący się do skoku na głęboką wodę.Przypomniałam sobie dzwięk, z jakim twarda kamienna płytauderzyła w ludzką czaszkę.i nie było to wesołe bum [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum