[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Pulsowało w skroniach, dokuczał ból w oczach.Wydawało mi się, że mam podpowiekami piasek.Ręka drętwiała od dzwigania ciężkiej walizki.Józefzachowywał się tak, jakby nie tylko jej, ale i mnie nie zauważał. Jak długo będziemy tak szli?!  wykrzyknęłam z rozpaczą i złością chociażwiedziałam, że nie odniesie to żadnego skutku.Musiałam przynajmniej usłyszećwłasny głos.Kłębiasta mgła, prześwietlona żółtawym światłem, która urządzała sobieigraszki z naszymi postaciami, dzieląc je na widoczne i niewidoczne części,zaczęła raptownie rzednąć i opadać.Rozciągała się teraz wokół naszych nóglepkimi pasemkami.Mogłam wreszcie coś dojrzeć.Stał tu narożny budynek barupomalowany białą i brązową farbą.Nad drzwiami widniało koło z wiejskiegowozu z bielonymi szprychami.Odczytałam napis z dużych zielonych liter  InnWhite Horse".Otwierał on daleką ginącą we mgle perspektywę blizniaczopodobnych domków z czerwonej cegły, ciągnących się po obu stronach szerokiejjezdni.Oddzielały ją od nich równe zielone trawniki.Józef zatrzymał się i rozejrzał uważnie dookoła, krótkim, nerwowym ruchemobracając głowę w prawo i w lewo.Upodobniło go to do nakręcanej,mechanicznej zabawki.Powiedział swoim miłym, cichym głosem: Jesteśmy na miejscu. Który to domek?  zapytałam odruchowo.Wsunął dłoń w przepaścistą kieszeń luznego reglanu, szukając w niejniecierpliwie klucza.  Za chwilę się dowiem, że go zgubił"  pomyślałam ze zgrozą, ale w tejwłaśnie chwili błysnął w jego palcach.Józef poczłapał koliście w kierunkujednego z kilkuset przylegających do siebie blizniaków z białymi framugamiokien.Podążyłam za nim, przekładając walizkę do drugiej ręki, śpiesząc się, aby nasznów nie rozdzieliła mgła.Pełzła teraz środkiem jezdni spiralnym ruchem, jakwąż, unosząc się ku górze.To porównanie przypomniało mi Busia.Józef odmykał kluczem prowadzące do garażu drzwi malowane ciemną farbą. Dlaczego otwiera garaż?"  zastanowiłam się.Przydzwiganą walizępostawiłam z ulgą w pobliżu.W tej samej chwili uświadomiłam sobie, że jest wtym coś nieprawidłowego.Obok przecież były normalne drzwi wejściowe zpołyskującą złociście metalową gałką.Jednocześnie zarejestrowana wcześniejmyśl wyłowiła z pamięci skojarzenie szurania Józefowych nóg z betonowaniem.Taki właśnie dzwięk daje wygładzanie kawałkiem deski kładzionej zaprawy zcementu.Spojrzałam w czarną czeluść otwartego garażu.Nogi się pode mną ugięły zprzerażenia i strachu. Mazurkiewicz!  jak błyskawica przebiegło przez mózg. Zwabiał ofiary dogarażu, mordował, zakopywał i betonował".Józef z uśmiechniętą twarzą, szczerząc zęby, doskoczył do mnie, chwycił wpółi usiłował coś ze mną zrobić.Wyglądało na to, że zamierza mnie przewrócić.Pochylił się bowiem raptownie i chciał mnie chwycić pod kolana.Zaczęłam sięwyrywać, szamotać, bić go pięściami na oślep po głowie i twarzy.Był jednak odemnie silniejszy.%7łelazny uścisk gruchotał mi niemal klatkę piersiową.Chciałamkrzyczeć, wołać o pomoc.Była jednak głęboka noc.Wszystkie domki ciemne iuśpione.Uświadomiłam sobie z przerażeniem, że nikt by nie usłyszał moichrozpaczliwych krzyków.Zdawałam sobie także sprawę, że wrzask osłabi mojesiły, potrzebne teraz do walki ze zboczeńcem seksualnym.Wydał mi się nimJózef z tym swoim bezgłośnym śmiechem na asymetrycznej twarzy.Jego ryjekznalazł się na wysokości mego zapuchniętego od kataru nosa. Odgryzć czy nieodgryzć?"  zawahałam się.Wąskie szpareczki oczek szukały moich oczu, azęby, reklamowane przez niego w listach, lśniły bielą jak porcelana muszliklozetowej.Nabrawszy w płuca powietrza, broniłam się dziko, drapiąc i bijąc jedną wolnąręką.Drugą udało mi się tak wymanewrować, że chwyciłam walizkę, abyzwiększyć ciężar swego ciała.Gdy poczułam, że w żelaznym uścisku zaczynampowoli tracić oddech, desperackim ruchem kopnęłam go kolanem w podbrzusze,przyłożyłam jeszcze w bok walizką tak że zabrzęczały w niej butelki z czystą wyborową którą wiozłam dla niego wprezencie.Po tym celnym ciosie Józef wypuścił mnie raptownie z ramion, zgiął się wpół iwyjęczał zbolałym, rozżalonym głosem. Czego się tak bronisz, Jedynaczko? Chciałem cię przenieść przez prógdomu, jak sobie tego życzyłaś.Jeden jedyny próg znajduje się między garażem akuchnią. O, Jezu!  jęknęłam, łapiąc powietrze i dysząc po walce.Uniosłam obie ręcedo góry, ustawiłam się tak, aby mógł mnie wygodnie wziąć na ręce, unieść wgórę i przenieść przez próg mego wymarzonego domu.Józef sapał z wysiłku, szurał buciorami.Moje nogi wlokły się po betonie.Ogarniał mnie śmiech na przemian z rozpaczą.Wreszcie stanęłam na pstrokatejpodłodze jasno oświetlonej kuchni. Witaj w domu, Jedynaczko  powiedział, ściągając równocześnie płaszcz istawiając na stole nie dopitą kawę w butelce.Stałam pośrodku, rozglądając się po bezdusznym wnętrzu, wyjętym wprost zkatalogu meblowego.Józef usiadł przy biało malowanym stole, wziął do rękigazetę i trzymając ją do góry nogami, zdawał się mną nie interesować.Chwyciłam za przygotowany na stole blok listowy i ołówek. Jestem bardzo głodna"  napisałam wyraznymi literami i podsunęłam mukartkę pod sam nos.Odwróciłam równocześnie głowę.Obawiałam się patrzeć naniego przed snem, żeby mnie nie dręczyły w nocy koszmary.Mimo okularów czytał kartkę długo.Poruszał bezdzwięcznie ustami, jakby niebardzo rozumiał jej treść. Chce mi się jeść!  wrzasnęłam. Rozumiesz?! Jeść!  Narastała we mniewściekłość, chociaż zdawałam sobie sprawę, że jestem niesprawiedliwa.Nie byłwinien temu, że nie słyszy.To ja lekkomyślnie zlekceważyłam jego kalectwo. Wszystko jest w lodówce  usłyszałam po dłuższej chwili.Skinęłam głową.W lodówce znalazłam winogrona, jajka, jakieś seryi puszki z piwem.Dorwałam się do tych winogron nie oglądanych przez wiele lat.Byłygranatowe, duże jak śliwki, ze srebrnawym nalotem.Jadłam je łapczywie, nastojąco, rozglądając się jednocześnie za puszką z herbatą i czajnikiem.Wyciągnęłam z lodówki masło, ser.Nastawiłam w pękatym czajniku zgwizdkiem wodę na gazie i otworzyłam kolorowo opakowane pudełko zkruchymi ciasteczkami.Józef siedział wciąż z gazetą w ręce.Obserwował mnie ukradkiem, sądząc, żetego nie widzę.Napisałam na kartce:  Przygotuj wodę na kąpiel". Chcesz się kąpać?  bezmierne zdziwienie zabrzmiało w jego głosie.Przecież jest pózno.Wzruszyłam nieznacznie ramionami i jeszcze raz wskazałam palcem napisanezdanie. Wodę trzeba podgrzewać elektrycznością.To długo trwa i kosztuje majątek. Trudno!!!"  napisałam z trzema wykrzyknikami, aby zaakcentowaćkonieczność i bezapelacyjność mojej decyzji.Wstał ciężko, otworzył drzwi i poczłapał, mrucząc coś pod nosem.W kuchnizrobiło się od razu przyjemniej [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum