[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Jednak ta amerykańska przygoda miała dwie strony medalu.Pierwsza, ta przyjemna, była związana zobecną podróżą i jej przyrodoznawczymi przeżyciami, druga dotyczyła sprawy obrazów zzaginionej kolekcji hrabiego Korwin-Milewskiego.Ta druga strona medalu wciążpozostawała wielką niewiadomą, a przez to stawała się coraz bardziej zagadkowa iekscytująca.O dwudziestej dotarliśmy wreszcie do Oklahoma City, miasta położonego na jednymz największych pól roponośnych w Stanach, za którym rozciągały się na zachód setki milmonotonnych i płaskich obszarów prerii.Nocleg znalezliśmy w motelu z pseudoindiańskim wystrojem trzy przecznice napółnocny wschód od autostrady.Nie było czasu na zwiedzenie miasta, ale nie było tutaj nicszczególnego do zobaczenia.Niezbyt wysokie drapacze chmur w staroświeckim stylu, lokalegastronomiczne i kwitnące życie nocne w centrum miasta nie zachęcały do spaceru.AtrakcjeNational Cowboy Hall of Fame umieszczonej na szczycie wzgórza Persimmon z ichindiańskimi i kowbojskimi zbiorami i kiczowatymi obrazami nie mogły zaspokoić moichgustów.Poza tym musieliśmy się wyspać, aby rano wyruszyć w dalszą podróż na zachód iuciec przed zapowiadanym tornado.Zjedliśmy wyborne steki i rezygnując z planowanejwcześniej lampki wina poszliśmy do swoich pokojów.Katarzyna wzięła jedynkę, a my z Livelockiem rozlokowaliśmy się w dwójce.Jak na złość trafiliśmy do najtańszego pokoju bezłazienki, co należało w Ameryce do rzadkości.Pierwszy poszedłem do łazienki znajdującej się w końcu korytarza, a gdy wróciłemodświeżony, Livelock złapał za ręcznik i torebkę z kosmetykami, a następnie wyszedł.Bękart zajadał w klatce jakieś orzeszki i nasiona, a ja w tym czasie odebrałemwiadomość tekstową.Paweł donosił w telegraficznym skrócie:Jenny się nie zjawiła.Gene Livelock to etatowy dziennikarz  NYS.Obecnie wterenie.Ukazał się numer z wiadomością o fałszywej doktor Fallstone! Czekamy na wynikianaliz próbek.PawełA zatem zgodnie z moimi wcześniejszymi podejrzeniami, panna Jenny McKim niebyła dziennikarką.Autorem artykułu o moim przyjezdzie do Ameryki był Gene Livelock.Ale drań zakpił sobie ze mnie i złamał przyrzeczenie! Obiecał przecież nie pisać ofałszywej doktor Fallstone.Skorzystał z jakiejś okazji, gdy był sam i zadzwonił pewnie doredakcji z telefonu komórkowego. Bez dwóch zdań - oto jego pokrętne powiedzonko, którestosował w kontaktach z ludzmi jak wytrawny włamywacz używa wytrycha.To powiedzonkopasowało do każdej okazji i mogło znaczyć wszystko i nic.Gdy tak w duchu słałem gromy na Livelocka, Bękart przemówił do mnie:- Der-rik.der-rik.pięć dwa zero cztery trzy dwa cztery zero jeden jeden - powtarzałjak najęty, ale nic z tego nie rozumiałem.- Der-rik.der-rik.pięć dwa zero cztery trzy dwacztery zero jeden jeden.- A daj mi święty spokój - zrezygnowany machnąłem ręką i wskoczyłem pod koc.-Znalazła się książka telefoniczna.Livelock nie wracał jeszcze z łazienki, więc zastanawiałem się, czy wypomnieć muartykuł, który ukazał się w wieczornym wydaniu  New York Secrets i był podpisany jegoinicjałami.Może należało milczeć, aby przypatrzeć się lepiej temu osobnikowi i nie zdradzaćsię ze swoimi wiadomościami.I tak za dużo wiedział, a gotów był wykorzystać każdą okazję,byle tylko napisać swoją kolumnę dla gazety.W Ameryce panowały bezwzględne prawarynku, ale czyż i u nas w Polsce nie działo się coś podobnego? Poczciwe słowo honoruzatraciło swój dawny blask, blednąc w obliczu konkurencji z ambicją i chęcią zarobku, a towszystko opatrzone niezbyt chlubnym transparentem  sukces ponad wszystko.Livelock długo nie wracał, a kiedy wpadł do pokoju zdyszany, natychmiast do mniepodszedł. - Jest pan pewny tej swojej Katarzyny? - zapytał szeptem.- Nie rozumiem - zdziwiłem się i aż usiadłem na krawędzi łóżka.- Co ma pan namyśli?- Dziesięć minut chodziła po parkingu i rozmawiała przez telefon.- Co w tym niezwykłego? Jest dorosła i robi, co chce.Może dzwoniła donarzeczonego?- Może.Ale zachowywała się jakoś dziwnie.Bez dwóch zdań.- Jest pan przewrażliwiony - odparłem sarkastycznie, bo to raczej Livelocka mógłbymposądzać o różne niecne zamiary.- Ma pan telefon komórkowy?- Nie mam.Ale po co panu telefon?- Chciałem sprawdzić, czy w motelu jest zasięg.Panna Katarzyna, kiedy powróciła zdworu do motelu, twierdziła, że wewnątrz nie ma pola.Wypadałoby to sprawdzić.- Jest pan dziennikarzem i to pan powinien mieć telefon komórkowy, aby w każdejchwili móc zawiadomić redakcję o ważnych sprawach.Wypowiadając to nie pozbawione aluzji zdanie, patrzyłem głęboko w oczy Livelocka,ale ten nawet się nie zmieszał.Musiał mieć mocne nerwy.- Nie używam telefonu komórkowego, gdyż Bękart zle reaguje na poleelektromagnetyczne - wyjaśnił bez zastanowienia i powrócił do poprzedniego wątku.-Szkoda, że nie możemy tego sprawdzić.Tak więc Livelock nie używał telefonu komórkowego, a przynajmniej tak mówił.Namoim miejscu każdy bohater sensacyjnej książki albo filmu czym prędzej przeszukałbyrzeczy Livelocka.Bo niby jak ten człowiek zawiadomił redakcję o fałszywej doktorFallstone? I kiedy? Musiał to uczynić podczas zakupu nasion dla papugi w sklepie na stacjibenzynowej.Ten chytry człowiek kochał Bękarta jak kogoś bliskiego, więc naprawdę mógłnie używać telefonu komórkowego.Z drugiej jednak strony Bękart sprawiał wrażenie, jakby znał na pamięć całą książkętelefoniczną, jakby był osobistym  notatnikiem Livelocka.Jednak to nie oznaczało jeszcze,że dziennikarz posiadał telefon komórkowy.- W takim razie pozwoli pan, że pójdę spać - powiedziałem szorstko i położyłem sięna plecach, ucinając tym samym rozmowę na temat dziwnego zachowania Katarzyny izasięgu pola telefonów komórkowych.W nocy budziłem się kilka razy, nie mogąc zapomnieć ostatnich wydarzeń wschronisku w Gatlinburgu, kiedy to Różnooki porwał Katarzynę.Przebudziwszy się po raz któryś z rzędu, wstałem z łóżka, nałożyłem lekką kurtkę i dół od dresu i wyszedłem na pustykorytarz.Przeszedłem po trzeszczącej drewnianej podłodze i schodami zszedłem do holu.Była pierwsza w nocy.Jedynie grający cichutko telewizor dolatywał do mych uszu.Na dolenie zauważyłem recepcjonisty.Dopiero przy ladzie dostrzegłem go w szparze drzwiwychodzących na zaplecze.Mężczyzna spał na kozetce w głębi małego pomieszczenia, agrający nad jego uchem telewizor wcale mu nie przeszkadzał.Wbiłem senne oczy w ciemność po prawej stronie od głównego wejścia, gdzieznajdował się okolony żywopłotem parking.I zdawało mi się, że jakaś postać czmychnęłaobok buicka Livelocka, zupełnie jakby ktoś próbował się doń włamać.Przyssałem sięnatychmiast do ogromnej szyby drzwi wejściowych, ale nikogo nie zauważyłem.Otworzyłemwewnętrzny zamek drzwi i wyszedłem na chłodną oklahomską noc.Zbliżyłem się do buicka iznalazłem wetkniętą tam za przednią wycieraczkę białą kartkę papieru złożoną we czworo.Wziąłem ją i otworzyłem.Było zbyt ciemno, abym mógł odczytać jej treść, więc podszedłembliżej oświetlonego wejścia [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum