[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Był to nawet dosyć ładny chłopiec z czarnąkędzierzawą główką, malutki jak na swoje lata.Miał ich teraz dziesięć, a ciągle wyglądał jak berbeć.W jakim wieku taki chłopak może stać się zdolny do małżeństwa? Przypuszczała, żemusi mieć przynajmniej ze czternaście lat, więc na razie czuła się bezpieczna.Kiedyś zauważyła, że cieknie mu z nosa.- Nie wolno ci, mój panie, chodzić z takim smarkiem - powiedziała surowo, wycierając nosekzdumionemu dziecku.- Musisz mi obiecać, że już nigdy się to nie powtórzy.- Roześmiała sięw głos, kiedy umknął jak spłoszony zając.Rzadko teraz chciało jej się śmiać.Czuła w sobie osobliwy chłód, jakby nieświadomiepołknęła bryłkę lodu, która zamiast stopnieć, zaczęła się nagle rozrastać zupełnie jak niechciane dziecko.Dolina, która kiedyś była dla niej całym światem, stała się więzieniem.Uciec nie miała dokąd, ale coraz częściej nachodziła ją pokusa, żeby ruszyć przed siebie.wgóry.iść coraz wyżej i wyżej aż do utraty sił.Powstrzymywała ją od tego jedynie myśl, żemogłyby ją tam pożreć jakieś dzikie bestie.Sama śmierć nie wydawała jej się straszna, bo icóż dobrego mogło czekać ją na tym świecie? Czyż nie przekonała się na własnej skórze, żeszaleństwem jest spodziewać się od losu bodaj odrobiny szczęścia?Tego popołudnia, kiedy z lasu wyłonił się nagle nieznajomy jezdziec, najchętniej byłabyuciekła, bo w tej zardzewiałej kolczudze, z błyszczącym mieczem u pasa wydał jej się jakimśprzeklętym rycerzem, z tych, którzy zawsze przynoszą ze sobą nieszczęście.Toteż wcale sięnie ucieszyła, gdy nazajutrz zjawił się Benzaquen z uniżoną prośbą, by oprowadziła gościa podolinie.- Sam miałem mu towarzyszyć, ale moje owce na gwałt zaczęły się kocić, a niektórym będęmusiał pomóc.Nie wypadało odmówić.Micheasz powiedział jej wtedy, że ów przybysz jest medykiem zGwadalajary, że poznał go jeszcze w Grenadzie, po czym zaczął opowiadać, jak to było.Rozdział 39Medyk w PradograndePo dobrze przespanej nocy w stodole Micheasza Benza-quena Jonasz zakradł się cichcem dokuchni, wyjął z pieca parę żarzących się węgli i pobiegł z nimi nad strumień.Nie chcącsprawiać kłopotu Lei, rozpalił nad brzegiem ognisko i zaczął gotować polewkę z reszteksuszonego grochu, który jeszcze pozostał mu w jukach.Był już po śniadaniu, gdy zjawiła sięAdriana Chacon, mówiąc, że to ona, a nie Micheasz oprowadzi go dzisiaj po wiosce.- Nie, senior, koń wam nie będzie potrzebny - powstrzymała go, widząc, że zamierza osiodłaćswojego pięknego wierzchowca.-Pokażę wam dzisiaj wschodni kawałek doliny, gdzie lepiejpójść pieszo.Może jutro z kimś innym pojedziecie dalej.Wciąż jeszcze zdumiewało go jej podobieństwo do Ines, choć przyglądając się baczniej tejmłodej kobiecie, dostrzegł też pewne różnice.Była wyższa od swojej ciotki i szersza wramionach, a mniej pełna w biuście.Przyjemnie było patrzeć na jej smukłą postać o piękniezaokrąglonych biodrach, rysujących się tak wdzięcznie pod szarą bawełnianą suknią.Zauważył to w chwili, kiedy z nieświadomą gracją szła w jego stronę.Miał wrażenie, że niezdaje sobie sprawy ze swojej urody, a przecież była tak piękna! I zarazem tak pozbawionawszelkiej kokieterii.Wziął od niej koszyk schludnie przykryty białą serwetką i ruszyli ku wschodniej stroniedoliny.Mijając pole, gdzie uwijało się chyba z pół tuzina mężczyzn, podniosła rękę wpozdrowieniu, nie zatrzymała się jednak, by dokonać prezentacji - widocznie nie chciałaprzeszkadzać im w pracy. Ten, co wydziela ziarno do siewu, to mój ojciec, Joachim Chacon. Ach tak, poznałem go wczoraj.Był wśród tych, co pędzili wam na ratunek - zauważył zuśmiechem. Pytałam go o was, seńor, ale on was też nie pamięta.  Nie może mnie pamiętać, bo nie było go wtedy w Grenadzie.Mówiono mi, że pojechałgdzieś na południe po jedwab. A mnie mówił Micheasz Benzaquen, żeście chcieli poślubić moją ciotkę.Przeklęty plotkarz, żachnął się w duchu Jonasz, zaraz jednak przywołał się do porządku:przecież sobie tego nie wymyślił, tak było. To prawda, chciałem poślubić Ines.Micheasz Benzaquen, który jak wiecie, seńora, byłbliskim przyjacielem waszego dziadka, posłużył mu za pośrednika.Miał się wywiedzieć, czyrokuję jakieś nadzieje na przyszłość.Byłemwtedy młody i bardzo ubogi, a moje widoki nafortunęprzedstawiały się dosyć kiepsko.Chciałem, aby wasz dziadekwyuczył mnie handlujedwabiem, ale Micheasz oświadczył,że Izaak ma już zięcia, który jest z nim w spółce, Ineszaś musipoślubić człowieka z pozycją, najlepiej kupca lub mistrzaw jakimś intratnymrzemiośle.Powiedział mi bez ogródek, żejego przyjaciel, Izaak Saadi, nie potrzebuje zięciabez pieniędzy, któremu by musiał pomagać, no i tak to się skończyło. I co, ciężko wam było to znieść? - Zabrzmiało totrochę żartobliwie.Pewnie uważała, że potylu latach ów młodzieńczy zawód nie jest już taki straszny. O, bardzo ciężko - wyznał.- Bolała mnie zarównoutrata Ines, jak i was, seńora.Bo równiemocno jak Inesoczarowała mnie jej mała siostrzeniczka.Kiedyście wyjechali, znalazłemwaszą zabawkę, taki gładki czerwony kamyk.Wziąłem go na pamiątkę i nosiłem przy sobiechyba ponadrok, póki gdzieś się nie zawieruszył.Obrzuciła go szybkim spojrzeniem. To prawda? Najprawdziwsza.Wielka szkoda, że Izaak nie przyjąłmnie do rodziny, że nie zostałemwujem małej Adriany.Mógłbym patrzeć, jak rośnie, uczyć ją różnych pożytecznychrzeczy. Albo umrzeć wraz z Ines w Pampelunie. O, seniora, jakaż z was trzezwo myśląca kobieta! To prawda, mogło się tak zdarzyć [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum