[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Chłopami być czy panami, to za jedno; ale w bydło obrócić się, to smętnie i tęskno.Widać było, że zgarbił się znowu i że głowa jego z wielką czapką oderwawszy się odkamiennego złomu pochyliła się nisko.Powolnym, zamyślonym szeptem dokończył: Szczęście wywyższa, szczęście poniża, wszystko na świecie czasowe i przemijające.każdarzecz by woda przepływa, by liść na drzewie żółknie i gnije.*K l e j n o t  tu: herb szlachecki.91 Z obalonego pnia drzewa powstała kobieta i szybko zbliżywszy się ku zasmuconemu,pochylona, usta swe przyłożyła do szorstkiego rękawa jego kapoty. Dziękuję!  wymówiła gorącym szeptem.On cofnął ramię, w tył się uchylił i przez chwilę w milczeniu na nią poglądał.Potem jąkającsię, ze zdumieniem wymówił: Do.do.dobra!Kobieta prędko odeszła, objęła ramionami cienki pień brzozy i w szarzejącą przestrzeńpatrzała rozmarzonymi oczami.Myślała pewno, że szczęśliwymi, o! jak szczęśliwymi byli ciludzie, którzy takie miłości w piersiach swych nosili i takie na ziemi pełnili zadania; że ona takżez ochotą i dumą poszłaby na krańce ciemnej jakiej puszczy i pod dach jakiej ubogiej numy,byleby nie mieć w sercu i życiu pustyni, byle czuć się kochaną serdecznie i wiernie i widziećprzed sobą cel, choćby drobną migocący gwiazdą! Myślała pewno, że miała dziś sen cudowny,w którym zjawiło się przed nią jakieś długie, czyste, wysokie szczęście.Gdy oderwała wzrokod przestrzeni, zobaczyła obok siebie wysokiego mężczyznę, który, tak jak ona, stał wsparty odrzewo i długo, uparcie patrzał, nie w przestrzeń  lecz na nią.Krewki i wzburzony rzuciłczapkę o ziemię i zawołał: Bodaj to takie życie i szczęście! Przeklęta dola, która człowiekowi daje tylko to, cobydlęciu! Orz dlatego, abyś jadł, buduj na to, abyś miał gdzie zasnąć! I bydlę ma takie szczęście!Kiedy prawdziwego kochania zażądasz, to ono dla ciebie za wysoko rośnie; kiedy dla ludziuczynić co zechcesz, to nie masz sposobów ani wiadomości.Na zgubę tylko małym mrówkomBóg skrzydła daje!Odwrócił się i czoło do drzewa przycisnąwszy stał rozżalony, gniewny, jakichś wyższychprzeznaczeń i uczuć pragnący.Justynie się zdawało, że słuchając tej popędliwej skargi młodzieńczej słucha samej siebie.Myśl, dotąd jej obca, błysk domysłu przebiegły jej przez głowę.Szybko przebyła kilka stópdzielących ją ze szczytem góry i na tym szczycie przy uśpionym zbożu stanęła ze śpiesznieoddychającą piersią i osłupiałym prawie zdziwieniem na twarzy.Na żółciejące pola noc jużspłynęła, ale z tego wysokiego punktu oko mogło sięgnąć daleko i rozeznać wśród ciemnejprzestrzeni szary szlak Niemna i ciemny pas wysoko nad nim rozciągniętych zagród.W okolicy życie dzienne ustawało; tu i ówdzie tylko pobłyskiwiały w oknach drobne światła,wzdymały się fale oddalonych głosów, ozywał się tętent konia albo turkot kół.W jednymmiejscu dziecinna widocznie ręka wydobywała z harmoniki jęczące tony, z innego kiedyniekiedy dolatywało urywane śpiewanie skrzypiec.Justyna spojrzała w górę i wyobraznia ukazała jej pod gwiazdami postać kobiety zezłocistymi włosy okrywającymi ją i jej harfę, z łaskawą sarną u boku.Płynęła górą, potężna icicha, z ręką ku ciemnemu pasowi zagród opuszczoną.Błogosławiłaż je czy komu ukazywała?92 TOM II93 IW Olszynce, za olchowym gajem, od którego zapewne folwark ten wziął swe nazwanie, nałagodnej wyniosłości gruntu dom niewielki, drewniany, nieotynkowany, niby z kosza zieleniwychylał się ze starych, ogromnie rozrosłych bzów i z gęstego rzędu fasoli, która, tuż przyścianie posadzona gęste, i teraz kwitnące swe sploty zarzucała na tyki sięgające prawie niskiegodachu.Z tyłu domu znajdował się spory sad owocowy, prostym częstokołem ogrodzony, bezdróg i upiększeń żadnych; z przodu, za małym, trawą i gdzieniegdzie chwastami porosłymdziedzińcem, po łagodnej spadzistości spływały aż ku olchowemu gajowi duże i urodzajneogrody warzywne.Gaj był świeży, czysty, z grubymi i cienkimi drzewami rzadko rozstawionymina wilgotnej i gładkiej murawie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum