[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wichrowe wzgórza.Odsunęła ją od siebie jak najdalej.Nie otworzy jej, nie zajrzydo środka.Po co? Wystarczy, że już inny mieszkaniec Yorkubuszuje w jej myślach.Ustawiła ją między Gertrudę Stein a Virginią Woolf.Za-dowolona kiwnęła głową.Już one utrzymają typka w ryzach.Edith zawołała z dołu coś o herbatnikach, Ellie odkrzyknęłaz góry.Dobrze było znowu z kimś mieszkać, a Edith okazałasię wyjątkowo sympatyczną współlokatorką.170 Na pewno mniej marudną niż Sam.Poza tym prowadziłabujne życie towarzyskie, więc rzadko bywała w domu.Niczego też nie oczekiwała, choć kiedy Ellie coś dla niejzrobiła, była uszczęśliwiona, nie wpadając jednak w rolę małej, biednej staruszeczki".Wspólne mieszkanie szybkostało się czymś naturalnym i Ellie wiedziała, że obie stronyjednakowo zyskały na nowym układzie.Odejście Samauświadomiło jej, jak bardzo potrzebuje Edith, by czuć więzrodzinną - co straciła wraz ze śmiercią rodziców.Oczywiście,byli jeszcze bracia, ale oni pozakładali rodziny i mieli własnesprawy, własne życie.Dzięki Edith wciąż czuła więz zprzeszłością.Chętnie słuchała opowieści ciotki o jej dorastaniuw Canterbury, a potem w Indiach; a zwłaszcza wspomnień odzieciństwie ojca, których nie zdążyła od niego wyciągnąć.Po odejściu Sama czuła, że straciła wszystkie znajomepunkty odniesienia i dryfuje niesiona przez nurt.Edith znów jązakotwiczyła.Poprawiła książki na półce.Tak, Edith na pomysł wspólnego mieszkania musiała wpaśćw przypływie geniuszu.Ellie przywykła nawet, że wszyscy nazywali je  dziwacznąparą".Wyszła na podest po ubranie.W oczekiwaniu, aż fachowcydokończą budowę szafy, trzymała ciuchy w czarnych workach.Ciotka poprosiła chłopaków porządkujących ogród, żebywytaszczyli je z graciarni przy kuchni, gdzie wrzucała rupiecie,z którymi nie wiedziała co zrobić.Ellie rozwiązała pierwszy worek i z osłupieniem wpatry-wała się w stare naczynia i rondle.Rzuciła się do następnego,171 rozdzierając go paznokciami.Stary abażur i przeżarte przezmole sari.W trzech innych też znajdowały się klamoty, które wubiegły weekend załadowały z Edith, przeznaczając nadobroczynność.Chwyciła statuetkę Tadż Mahal, popędziła na dół i wpadłado kuchni, gdzie Edith właśnie układała na talerzyku markizyczekoladowe.- Edith - spytała bez tchu - kiedy zabierają rzeczy na akcjędobroczynną?- Och, już zabrali, złotko.Przyjechali rano, kiedy byłaś wpracy.Ellie ciężko opadła na krzesło.- Zabrali worki z graciarni?- Tak, złotko.Oczywiście, z wyjątkiem twoich ubrań,głuptasie.- Radośnie wyszczerzyła zęby.- Tamte workikazałam wcześniej odstawić, żeby nie było nieporozumień.Ellie zasłoniła oczy rękami.- A moje ubrania z suszarki? Powiedz, że wciąż tam.- Nie, złotko.Wyjęłam je i dorzuciłam do worka z ubra-niami, żebyś wszystko miała na miejscu.Mówiąc to, zauważyła w ręku Ellie statuetkę.Na jej twarzypojawiła się konsternacja.Usiadła na krześle obokdziewczyny.- Ojej - pisnęła słabo.Ellie w myślach liczyła, ile ubrań jej zostało.To, co miała nasobie: dżinsy, podkoszulek i najbardziej zjechane trampki,które włożyła do brudnej roboty.Poza tym jedwabnyszlafrok-kimono, kurtka dżinsowa na oparciu krzesła wsypialni.I.Nic więcej.Jęknęła.Potem jęk w niewytłumaczalny sposób przerodziłsię w niepohamowany chichot.Zmiała się i nie mogła172 przestać.Edith przyglądała się temu przerażona, jakby Elliewpadła w histerię i trzeba było dać jej w twarz.A ona wciąż sięzaśmiewała.Chichot przeszedł w donośny śmiech, ryczała ześmiechu, opierając głowę na blacie.Jej nieszczęsne ubrania -niekochane przez Sama, Jacka i Bóg jeszcze wie kogo - zostaływrzucone do ciężarówki, a teraz pewnie są rozładowywane wmagazynie instytucji dobroczynnej.To chyba jest śmiechuwarte, nie?Po dłuższej chwili poczuła na ramieniu rękę ciotki.- Kochanie, nie wiem, jak cię przepraszać.Pozwól, żedołożę się do nowych ubrań.- Ellie próbowała zbyć propozycjęmachnięciem ręki, ale Edith pozostała nieugięta.- Niewybrałabyś się do Selfridges? Tam mają doradców.Możezasugerują jakiś inny styl, odmienny od tego, który preferujesz.Ellie znowu zaniosła się śmiechem.Dobry Boże! Ma aż takfatalny gust, że na jej przewodniczkę po świecie mody zgłaszasię cioteczna babka ubrana w kanarkowy sweter i połyskującą,fioletową spódnicę?Jack wracał ze spotkania, zastanawiając się, jak Gavinprzyjmie informację o zwolnieniu.Na dwoje babka wróżyła.Ta wredna gnida i tak przy byle okazji szkodziła agencji.Gdyby zależało tylko od Jacka, wyrzuciłby typka jeszcze przedzebraniem zarządu.Najchętniej przez okno z drugiego piętra.Zatrzymał się na światłach.Ociepliło się, więc opuściłszybę, żeby poczuć na ramieniu słońce.Obserwował173 przechodniów.W oko wpadła mu kobieta, idącachodnikiem wzdłuż parku.Piękne nogi.Miała na sobiespódnicę, której rąbek uroczo kołysał się przy każdym kroku [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum