[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Być może kostuchanie odejdzie i wciąż będzie o sobie przypominać, ale on już niepozwoli, by nadawała kształt jego życiu.Poczuł, jak Elliesztywnieje pod jego dotykiem.- Chryste Panie.- Otworzyła szeroko oczy.- Biedna paniWhite.- Nie znam żadnej pani White - zapewnił Jack.Nigdy niesypiał z mężatkami.- Teraz już znasz.Ruchem brody pokazała sąsiedni dom.W oknie na piętrzestała siwowłosa staruszka z miną taką jak ta, którą wcześniejmiała rodzina Edith.Jack znów zaczął macać w poszukiwaniuspodni.- Jakieś błyskotliwe wyjście z sytuacji? - spytał.- Możemy jej powiedzieć, że jesteśmy poganami i oddajemyhołd bogu Słońce.- Albo możemy zwiać.Zasłaniając się - na tyle, na ile można się zasłonić jedną parąspodni - rzucili się sprintem do domu.424 Rozdział 44Nie powiem, i tyle.To ma być niespodzianka, więc niepróbuj tego ze mnie wyciągnąć.A jeśli jeszcze choć razotworzysz oczy, będę musiał użyć przepaski.- Jack zniżył głosdo szeptu.- A wiesz, z jaką przyjemnością bym to zrobił.Elliemocno zacisnęła powieki.- O, w to nie wątpię, Jack, ale pomyśl, jakie to byłobykrępujące dla taksówkarza.- Widywał gorsze rzeczy.A teraz już cicho, to niedaleko.Taksówka szarpnęła, ruszając na światłach.Ellie zachwiałasię i przytrzymała Jacka.Objął ją.Na policzku poczuła jegogorący oddech.- Nie rób tego - szepnęła.- Podniecasz mnie.- Czym? Tym, że oddycham? Powiadasz, że tyle wystarczy?Od tej pory nie zawracam sobie głowy szampanem.- Zniżyłgłos.- Przecie nie będziem szastać forsom.Tak, dzierlatko?- Och, tego też nie rób.Za bardzo mi wtedy przypominaszHeathcliffa.- Mocniej do niego przywarła.- Ale chyba maszszampana?Usłyszała szelest reklamówki i aż się zachłysnęła, kiedypoczuła na nodze lodowaty dotyk butelki.425 - Mam szampana i to takie okrągłe coś.Do tego jeszcze tokawiorowe coś i ten biały glut.- Nikt tak nie umie zaostrzyć apetytu jak ty.Taksówkazwolniła i zahamowała.Ellie mocniej zabiłoserce.Uwielbiała niespodzianki.Więcej, kiedy Jack porwałją w nieznane, ona też miała w zanadrzu coś zaskakującego.Teraz musiało trochę poczekać, a bała się, że nie wytrzyma iwszystko od razu wygada.Ale na to przyjdzie czas pózniej.Umierała z ciekawości, co takiego wymyślił Jack.Skończyłyjej się pomysły na miejsce, które mógł wybrać.Każdąlokalizację zbywał krótkim:  Nie".- Dobra - oświadczył.- Jeszcze nie otwieraj oczu.Usłyszałaodgłos otwieranych drzwi.Jack rozliczył sięz kierowcą i wziął ją za rękę.- Możemy iść.Uważaj, stopień.Wysuwała się z samochodu po omacku z wyciągniętymiramionami.Dłonią przytrzymał jej głowę, żeby nie uderzyłasię, wysiadając, potem wziął ją za obie ręce.- Jesteśmy na miejscu.Możesz już otworzyć oczy.Ellie posłuchała i zobaczyła przed sobą bogato zdobionąbramę z kutego metalu.Natychmiast ją rozpoznała: to wejściedo parku w pobliżu dawnego domu Edith.- Wejście do parku - zdziwiła się.Skinął głową.- Zgadza się.Stała bez ruchu, zastanawiając się, po co ją tutaj przywiózł iczego od niej oczekuje.Wreszcie Jack nie wytrzymał.- Patrz, jaki genialny wynalazek.Są na zawiaskach i.-Pchnął jedno skrzydło i brama się uchyliła.-Niewiarygodne!426 Możesz zrobić krok i znalezć się w środku.Byłaś pozaparkiem, teraz jesteś w parku.Pchnął ją lekko i zatrzasnął bramę.- Czemu mnie tutaj przywiozłeś, Jack? - spytała.- Toznaczy, owszem, widzę, że skończyli rewitalizację.Parkwygląda ślicznie.Ale czemu tutaj jesteśmy?Nie odpowiedział, tylko uniósł brwi.Ellie  park za rogiem" zawsze kojarzył się z degrengoladą.Na zdemolowanych ławkach panoszyły się gangi pijaków.Trawa rosła kępkami, na ziemi leżały papierzyska.Zapuszczone, niekochane otoczenie wyglądało co najmniejprzygnębiająco.Kałuża wody na środku, chyba dla drwinynazywana szumnie sadzawką, stała się miejscem wiecznegospoczynku wózków sklepowych i zużytych prezerwatyw,omijanym przez szanujące się ptactwo wodne.Edith jako jedna z nielicznych pamiętała park z czasówświetności, kiedy mieszkańcy z przyjemnością go odwiedzali,spacerowali, siedzieli pod drzewami albo puszczali łódki.Wszystko się zmieniło, kiedy okoliczny deweloper kupiłzrujnowane osiedle w pobliżu parku i po negocjacjach z wła-dzami dzielnicy zgodził się przywrócić miejscu dawny blask.Kiedy Edith zmarła, prace nad rewitalizacją jeszcze trwały.Teraz Ellie wodziła wzrokiem po starannie skoszonymtrawniku, kwitnących klombach, eleganckich drewnianychławkach i wysypanych żwirem alejkach.Na lewo od niejrodzina z dwójką dzieci urządziła sobie piknik.Kobieta leżałana kocu, mężczyzna siedział z gazetą.- Przespacerujemy się? - zaproponował Jack.Ruszyłaalejką, zastanawiając się, gdzie teraz gromadzili się miłośnicycydru i browaru oraz dlaczego jeszcze427 nikt nie zdemolował ławek.Odpowiedz - przynajmniej jejczęść - objawiła się natychmiast w postaci funkcjonariuszastraży sąsiedzkiej.Ellie szła dalej.Ciekawa była, jak teraz wygląda sadzawka.- Zlikwidowali - powiedziała rozczarowana, gdy wyszli zzadrzew.Zamiast sadzawki zobaczyła duży, wybrukowany, wilgotnyplacyk.Zciągnęła brwi.- Nie zauważyłam, żeby dzisiaj padało.- Bo nie padało.I na twoim miejscu nie stałbym tutaj.Jużmiała spytać:  Dlaczego?", kiedy tuż przy jej stopachz ziemi wystrzelił strumień wody.Odskoczyła jak oparzona.Placyk nagle obudził się do życia, przez minutę, może dwie zziemi wytryskiwały kaskady wody, tańcząc w powietrzu, apotem zniknęły tak nagle, jak się pojawiły.- Piękne - zachwyciła się Ellie.- Zupełnie jak w SomersetHouse.O wiele mniejsze, ale i tak.urocze.- A do tego świetna zabawa - dodał, patrząc, jak do dyszyzbliża się chłopczyk.Dzieciak stał tak długo, na ilewystarczyło mu odwagi, a potem uciekł z piskiem, kiedy zziemi trysnęła woda.- Prawie go dopadła.Jack śmiał się, ale Ellie czuła, że na tym nie koniec.Wciążjeszcze nie pokazał jej najważniejszego.- A szampan to właściwie dla uczczenia.czego? - Pró-bowała pociągnąć go za język.- Cierpliwości - uspokajał.- Obejdzmy dookoła [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum