[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Marshall spojrzał na Bernice, Bernice spojrzała na Marshalla.- Taa.- odezwał się Marshall bez cienia współczucia - coś dużo się dzieje w tychostatnich dniach, zwłaszcza wśród ludzi, których twoi szefowie pragną się pozbyć.Kto tymrazem?Ale Carmen leżała na podłodze i płakała tylko.Bernice poczuła, że wszystko gotujejej się w środku.- A jak ci się podoba mój dzisiejszy wygląd, Carmen? Uważam, że to ciekawe, a tylkoty jedna wiedziałaś o mojej wizycie u Kevina Weeda.Czy to ty wydałaś mnie zbirowi, którymi dołożył?Wciąż leżała na podłodze i płakała, nie mówiąc ani słowa.Marshall poszedł do gabinetu Brummela i wrócił z paroma kartotekami, w tym z notatkami, które Carmen zdążyłanapisać jeszcze tej nocy.- Wszystko twoim charakterem pisma, moja droga.Szpiegowałaś od samegopoczątku, mam rację czy nie?Nie przestawała płakać.- Wstawaj już! Marshall złapał ją i podniósł z podłogi.W tej samej chwili gdy zauważył, jak jej dłoń puszcza przycisk cichego alarmu napodłodze, gwałtownie otworzyły się wejściowe drzwi.Usłyszał krzyk:- Nie ruszać się! Policja!Carmen już nie płakała.Co więcej - uśmiechała się głupio.Marshall podniósł ręce,Bernice też.Carmen ukryła się za dwoma umundurowanymi policjantami, którzy właśnieweszli.Wymierzyli broń prosto we włamywaczy.- Twoi przyjaciele? - zapytał Marshall Carmen.Uśmiechnęła się tylko złośliwie.I właśnie wtedy w budynku pojawił się sam Alf Brummel, prosto z łóżka, w szlafroku.- Co tu się dzieje? - zapytał i zaraz zauważył Marshalla.- Co.? No, no, a kogóż my tumamy!Zachichotał.Podszedł do Marshalla potrząsając głową i obnażając te swoje wielkiezęby.- Niewiarygodne! Po prostu niewiarygodne! Popatrzył na Bernice.- Bernice Krueger! Coś podobnego!Bernice nie miała nic do powiedzenia, a Brummel stał za daleko, żeby na niegonapluć.O, nie! Dom pełen gości.W drzwiach, również w szlafroku, pojawiła się JuleenLangstrat! Zatrzymała się koło Brummela.Oboje stali spoglądając na Marshalla i Bernice takdumnie jak na trofea myśliwskie.- Przepraszamy, że sprawiliśmy wam tyle kłopotu - odezwał się Marshall.- Za nic w świecie nie przepuściłabym takiej sceny - powiedziała Langstrat zafektowanym uśmiechem.Brummel nie przestawał szczerzyć wielkich zębów.- Przeczytać im ich prawa i zatrzymać - powiedział dwóm policjantom.Szkoda byłostracić taką okazję.Tam stali ci dwaj policjanci usiłującywywiązywać się z zadania, nieco przed nimi Brummel i Langstrat.Sytuacja byłaidealna, a Marshall myślał o tym już dobrą chwilę.Nagle, w ułamku sekundy, całym swoimciężarem rzucił się w brzuch Brummela, Brummel i Langstrat przewrócili się w tył, na policjantów.- Uciekaj, Bernie! - krzyknął.Uciekła.Nie było czasu zastanowić się, czy ma na to dość odwagi, dość samozaparcia,czy choćby szybkości.Uciekała, jakby chodziło o życie, długim korytarzem z mnóstwemdrzwi po obu stronach, prosto do wyjścia.Drzwi wejściowe miały poprzeczny uchwyt,uderzyła weń, otwarły się, wypadła wprost w chłodne nocne powietrze.Marshall natomiast znajdował się w plątaninie ramion, rąk, ciał i okrzyków.Próbowałzatrzymać ich, jak tylko się dało najdłużej.Sprawiało mu to nawet pewną przyjemność,właściwie nie starał się uciekać.Chciał ich wszystkich zatrzymać przy sobie jak najdłużej.Jeden gliniarz doszedł w końcu do siebie i pobiegł za Bernice, wyskakując tylnymwyjściem.Był na tyle blisko niej, że wychwycił jeszcze odgłos kroków, biegnących aleją ztyłu za budynkiem.Puścił się w pogoń.Bernice miała okazję, żeby się dowiedzieć, w jakim naprawdę jest stanie- miała pęknięte żebro i inne urazy.Biegła wielkimi susami, dysząc ciężko,poprzez kryjącą wszystko dookoła ciemność.Marzyła, żeby mieć okulary,albo choć trochę światła.Słyszała, jak gliniarz krzyczy, żeby się zatrzymała.\V każdejchwili może wystrzelić na ostrzeżenie.Skręciła nagle w lewo, na jakieś podwórze.Zaczaiszczekać pies.Między dwoma drzewami owocowymi o niskich gałęziach dostrzegła jakbyplamę światła.Pobiegła w jej stronę, natrafiła na płot.Dwa kosze na śmieci pomogły jejznalezć się po drugiej stronie wśród rumoru, który wskazał gliniarzowikierunak jej ucieczki.Przebiegła przez dopiero co wypielony ogródek, przewracając kilka niewidocznych wciemności tyczek do fasoli.Wpadła na jakiś trawnik, skręciła znów w stronę alejki, rozwaliłakilka kolejnych koszy na śmieci, wgramoliła się na płot, pobiegła dalej.Glina został jakbynieco w tyle.Coraz bardziej odczuwała potworne zmęczenie, mogła tylko liczyć na to, że onrównież.Nie była w stanie utrzymać takiego tempa.Każdy kolejny zdyszany oddechpromieniował ostrym bólem od pękniętego żebra.Nie mogła oddychać.Przemknęła obok jakiegoś domu, skręciła w podwórza, prowokując burzę ujadaniazdradzieckich psów, przebiegła ulicę i wpadła w zagajnik.Gałęzie tłukły ją po twarzy iutrudniały bieg.Przedarła się przez zarośla i dobiegła do kolejnego płotu, wokół jakiegośwarsztatu samochodowego.Pobiegła wzdłuż ogrodzenia, po jego drugiej stronie zauważyłastary pojemnik na śmieci, pobiegła jeszcze kawałek - wtem rzuciło się jej w oczy światłolatarni, sączące się przez gałęzie drzew, oświetlające stertę śmieci, którą ktoś tam pirackowyładował.Chwyciła pierwszą rzecz, na jaką natrafiła: starą butelkę, potem przypadła do ziemi.Próbowała oddychać jak najciszej, próbowała nie krzyczeć z bólu.Glina dosyć wolno przemierzał zagajnik.Posuwał się po omacku, gniotąc stopamisuche gałęzie, sapał jak lokomotywa.Leżała cicho czekając, aż się zatrzyma i zacznienasłuchiwać.Rzeczywiście po chwili przystanął i umilkł.Słuchał.Rzuciła butelką ponadogrodzeniem.Butelka odbiła się od szczytu pojemnika i roztrzaskała się na chodniku zdrugiej strony warsztatu.Glina z trzaskiem przedarł się przez zagajnik, podbiegł do płotu.Przeskoczył przez płot i stanął bez ruchu.Bernice nie mogła go zobaczyć ze swojego miejsca, ale uważnie nasłuchiwała.Onzresztą też.Potem usłyszała, jak powoli idzie z tyłu za warsztatem i znów przystaje [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum