[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Amethyst spojrzała na niego wyzywająco.- Jest moja.Nie puszczę jej! - Duchu - mówił Marshall spokojnie i stanowczo - mój Pan pokonał twojego pana.Rozbroił wszystkie moce i zwierzchności, tak?Amethyst toczyła pianę z pyska i milczała prowokująco.- Przelana Krew Jezusa Chrystusa pozbawiła cię mocy, prawda?- Prawda! - syknęła Amethyst.- A mój Pan, Jezus Chrystus przekazał mi swoją władzę nad tobą, tak?- Tak!- I jesteś pokonana, prawda?Amethyst położyła na ustach szponiaste palce i odmówiła odpowiedzi.Mota strącił tędłoń z ust.- Odpowiedz mu!Amethyst już wszędzie słyszała aniołów, czuła żar ostrza Moty i nie była w stanieostać się wobec władzy wierzącego w Jezusa.Nie było sensu się upierać.- Oooo! - wrzasnęła Amethyst.- Nienawidzę was! Nienawidzę was wszystkich!- Wyjdz z niej.- Nie!- Wiążę cię w imieniu Jezusa!Amethyst krzyknęła, zwinęła się i walczyła z jakimiś niewidzialnymi więzami, któreskrępowały jej ramiona i nogi.Nie mogła się ruszyć.- Puść tę dziewczynkę.Wyjdz z niej i idz, gdzie cię Jezus posyła.Pazur za pazurem, Amethyst powoli zaczęła puszczać Amber.Zlepia latałyrozpaczliwie od Marshalla do aniołów i z powrotem.Mota i Signa podeszli bliżej.Wrzasnęła z udręki i puściła dziewczynkę.Zanim się spostrzegli, wystrzeliła przezdach na zewnątrz.Mota i Signa nawet nie próbowali jej ścigać.Nie było po co.Ledwieminęła dach, zauważyła napływającą falę białego ognia, która toczyła się przez miasto, w jejstronę.Zastęp Niebieski!Zawyła z przerażenia i ruszyła w stronę wielkiego białego domu. Duchy z Kręgu%7łycia! One mnie w to wciągnęły!"Amber zaczęła osuwać się na podłogę, jakby zemdlona, ale Marshall zdążył jąpodtrzymać.Lucy i Kate uklękły obok.- Mamusiu.- powiedziała dziewczynka, oszołomiona i wyczerpana.Marshall oddał ją matce.- Nic jej nie jest, ale trzeba się będzie trochę pomodlić.Musimy też porozmawiać o paru sprawach.Amber znalazła się w ramionach matki, a potem ułożyła się tam wygodnie, bezzamiaru opuszczania tego miejsca.Lucy to bardzo odpowiadało.Odzyskała córkę i niemyślała jej oddawać.Ze łzami w oczach spojrzała na dwoje wybawców.- Przepraszam - wyszeptała.Marshall i Kate nie mieli chwili do stracenia, ale trzeba było postępować delikatnie.- Mogłabyś nam pomóc? - zaczęła Kate.Lucy nie potrafiła odpowiedzieć.Wewnątrz była tak rozdarta i zdezorientowana, jakbymiała biec we wszystkich kierunkach naraz.- Posłuchaj, Lucy - Marshall mówił delikatnie, ale szybko.- Wiemy, że Sally Roe żyje,że pisała listy i że ty te listy przejmowałaś na rzecz jakichś ludzi, którzy chcą ją zabić.Ostatnilist, który napisała, wyjawiał dokładnie miejsce, gdzie jest.Jeśli jeszcze jej nie zabili, towkrótce się to stanie, jeśli nam nie pomożesz.Lucy popatrzyła w dół, na córkę, spokojną, choć jeszcze drżącą.- To takie potworne.- Gdzie wysyłałaś te listy, Lucy? - zapytała Kate.- Proszę, powiedz nam.Od tegomoże zależeć życie Sally Roe.Lucy popatrzyła na nich, a potem na córkę.W głowie ma taki chaos, tak trudnozadecydować, co trzeba robić.* * *Niszczyciel wypełniał umysł Khulla wyśmienitymi koncepcjami.Khull trzymał sztyletw taki sposób, żeby było go doskonale widać, a przede wszystkim, żeby Sally mogławyraznie dostrzegać jego czyste, ostre jak brzytwa ostrze.- Chyba trzeba to jednak powiedzieć prosto z mostu, szlachetni panowie.Jesteśmy z tejsamej gliny.Każdy ma brudne ręce i w sercu wszyscy jesteśmy zabójcami.Wy chceciewładzy i my chcemy władzy, i żeby ją zdobyć, idziemy po trupach ludzi, których najpierw sięwykorzystuje, a potem pozbywa ich się.Oto sens całej zabawy.Santinelli spojrzał na Sally.Jej twarz była jeszcze czerwona w miejscu, gdzie jąuderzył.- Nie chcę mieć na swoich rękach pani krwi, pani Roe.To, co teraz nastąpi, towyłącznie pani zasługa, nie moja.Sally odezwała się po raz pierwszy, odkąd przywiązano ją do tego krzesła.- Pan jest za to odpowiedzialny, panie Santinelli.I zwracam się do pana teraz w imię czystej przyzwoitości, w imię tego, co słuszne.- Prawo wywodzi się z władzy, pani Roe, a nie z moralności.Niechże mi panioszczędzi swoich nowych dogmatów.- Spisy, pani Roe - przypomniał Goring. Zróbcie to!" - dopominał się Mocarz.* * *- Jej zeznania są wagi państwowej, John, będziesz zaskoczony.Marshall siedział przy stole w jadalni Lucy Brandon i rozmawiał przez telefon zJohnem Harriganem, kumplem z FBI.Lucy, Kate i Amber siedziały w salonie.Lucy wciążtrzymała Amber w ramionach, Amber nie odezwała się dotąd ani słowem.Był tam też pastorMark Howard, na zaproszenie Lucy.- A słyszałeś kiedy o Instytucie w Summit? No to podam ci namiary.Listy Sally Roeszły właśnie tam, a teraz prawdopodobnie Roe jest właśnie w Summit, jeśli w ogóle jeszczeżyje.- Zabiją ją - krzyknęła Lucy z kanapy w salonie.- Do niczego innego nie jest impotrzebna.- Taa, no, dobrze - Marshallowi spodobało się to, co usłyszał od Harrigana - to ciludzie są pewnie niedaleko.To niezle.To poślij ich tam, ale to musi być już, zgoda!- Krąg %7łycia! - cicho, z goryczą mówiła Lucy do Kate i Marka.- Oni mnie w towciągnęli! Ten cały proces to ich pomysł! Claire Johanson i Jona Schmidta i różnych takichinnych! Ciągle mnie tylko straszyli, a odkąd zaczęło się to zamieszanie, działałam praktyczniepod przymusem.A teraz co? No tak, ale nie tylko ja przez to ucierpię!Spojrzała w stronę Marshalla i zawołała:- Powiedz im, że jestem gotowa.Marshall usłyszał.- John, możesz już teraz kogoś tu przysłać.Ona będzie mówić.Zaczęło się! Pożar się rozprzestrzenia! Od tego miejsca pójdzie w górę: gorący,żarłoczny, nieugaszony!Mota wziął w dłoń złotą trąbkę i wystrzelił przez dach budynku.Pruł przez białąświatłość swoich oddziałów, które mknęły ponad miastem [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum