[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Mam pozwolenie.W białej teczce.Może pani sprawdzić.Tylko niech pani nie pomyli kolorów.W czarnej są umowy.- A nie, nie ma potrzeby.Wierzę panu.- Mapa leży w lewym rogu.Kiedy ją w końcu wyciągnęłam, zatrzymaliśmy się przy pierwszej na-potkanej latarni, żeby ją dokładnie obejrzeć.W samochodzie bowiem nieświeciła się ani jedna lampka.- W kierunku Wsiewołożska.- powiedział basem Rejno.- Wie pani,gdzie leży ten vihatud Wsiewołożsk?- Obok Sankt Petersburga.A za nim, trzymając się cały czas tej sa-mej trasy, powinniśmy wyjechać prosto na Ładogę.A co do Kukkarie-wa.To nie mam pojęcia.Nigdy tam nie byłam.- Jakoś sobie poradzimy - uspokoił mnie Rejno.Do samego Wsiewołożska nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem.Nie miałam zielonego pojęcia, o czym myśli.I czy w ogóle o czymkolwiekmyśli.W każdym razie jego tępawy profil, od razu odrzucał wszelkie po-dejrzenia o wzmożonym wysiłku umysłowym.Ja natomiast nie mogłamoderwać myśli od listów i telegramów, które Ałła Kodrina z taką inten-sywnością wysyłała swojemu kochankowi.Ich związek trwał nieprze-rwanie przez całe trzy lata małżeństwa Ałły.Takiej namiętności, takiegożaru uczuć nie da się zbyt długo ukrywać przed otoczeniem.Olew Kiwimusiał coś podejrzewać.W końcu poznałam go osobiście i śmiało mogęstwierdzić, że miał oczy na głowie, a nie na tyłku.I te oczy widziaływszystko, w odróżnieniu od, przykładowo, oczu Janki Soszalskiej.Ale iJanka, mimo że była niewidoma, też potrafiła nieźle nawtykać swojemumężowi przez telefon, podejrzewając go o zdradę.A co tu dopiero mówićo kimś, kto widzi! Oskarżenia Filipa o patologiczną zazdrość Olewa sąwięc po prostu bezpodstawne.- Śpi pani? - zapytał Rejno.Dlaczego, gdy tylko zaczynam intensywnie o czymś myśleć, sprawiamwrażenie, jakbym spała?!- Nie - moja odpowiedź była skrajnie zimna i skrajnie lakoniczna.- W szkatułce znalazłem coś jeszcze.- Nie za dużo tych niespodzianek jak na jeden dzień?- Sam się dziwię.To coś jest w kieszeni.górnej zewnętrznej, z panistrony.Proszę wziąć.- Przecież tu jest ciemno jak.- Tam jest też mała latarka.Wsunęłam rękę do kieszeni i wyciągnęłam z niej najpierw latarkę(rzeczywiście miniaturkę, przeznaczoną wyraźnie do niecnych celów), anastępnie równie mały plik połączonych zszywaczem karteczek.W zasa-dzie to nie był plik, tylko pliczek mikroskopijnych rozmiarów.Dlategonie od razu go znalazłam w przepastnej kieszeni kamizelki.Rozłożyłam te kawalątki na kolanach i usiłowałam zapoznać się z ichtreścią.- Nic nie rozumiem.- To są pokwitowania - rzucił od niechcenia Rejno.- Wysłanych tele-gramów.Wygląda na to, że Igor Piestieriew także był zwolennikiemprzesyłania wiadomości drogą telegraficzną.- Ale pan jest podły.Dlaczego pan tak drwi z uczuć innych ludzi? Zpewnością nigdy pan nie kochał.- Pani natomiast na pewno wylewała wiadra łez po utracie każdego zeswoich licznych kochanków.Odchyliłam się na siedzeniu.Kochanków rzeczywiście miałam wielu,ale żaden z nich nie był wart ani jednej mojej najmniejszej łezki.Chyba,że sentymentalny Leszyk Bogomoł, amator pettingu, ciepłej wódki i pro-gramu „W świecie zwierząt”.Ujmował mnie nieustannymi prośbami„wstąpienia z nim w związek małżeński” i zamiłowaniem do kolekcjono-wania woreczków na wymiociny.Zbierał je podczas lotów międzynaro-dowych.Wystarczyło, że wyleciał w swoich bandyckich sprawach za gra-nicę, a jego obszerna kolekcja powiększała się o kolejne samolotowo-medyczne arcydzieło z emblematem następnego przedsiębiorstwa lotni-czego.Tak, tylko Leszyk zasługiwał na ciche westchnienie.- Niech się pan uspokoi, niczego nie wylewałam.Nie chcę po prostu,aby pan drwił z czyichś uczuć.Para zakochanych wymienia się telegra-mami - co w tym złego?- W tym właśnie rzecz, że nie było żadnej wymiany! Niech pani zwróciuwagę na miasto, do którego kierowane były telegramy.Jeszcze raz przyjrzałam się kwitom, wciąż leżącym na moich kola-nach.Przy okazji stwierdziłam, że są cztery.Na każdym z nich powtarza-ła się jedna i ta sama kombinacja liter: „Miej.”, „Miejsc.”, „Miejsco-wy”.- Rozumie pani, o co biega?- Nie do końca.Chce pan powiedzieć, że telegramy były wysyłane zPetersburga do Petersburga?- Tak.Właśnie to chcę powiedzieć - to mówiąc, dodał gazu i nawet namnie nie spojrzał.Najwyraźniej miał gotowe odpowiedzi na wszystkiemoje pytania.Nawet te niezadane.- I co to ma znaczyć?- Nic poza tym, co widać na kwitach.Pamięta pani namiętne hasła ztelegramów Aliki? Z różnych miesięcy, z różnych lat i z różnych krańcówświata.A tu.Wszystkie cztery - w ciągu jednego miesiąca, w tym sa-mym mieście, jedynie z różnych urzędów pocztowych.Ale chwila!Rejno tak ostro zahamował, że auto o mało co nie wpadło na drogo-wskaz „Rachia - 5 km”.A ja o mało co nie wyleciałam przez przedniąszybę.- Kuźwa mać! - przeklęłam, ukradkiem sprawdzając językiem liczbęocalałych zębów.- Nie wiezie pan worków z kartoflami, do cholery!!!Rejno nie przejął się ani moim krzykiem, ani moją biedną szczęką.- Niech mi pani to da! Szybko! - prawie siłą wyrwał mi z rąk latarkę ikarteczki.I zaczął je dokładnie oglądać.Po chwili wyjął jeszcze jednąpomoc - „wieczny kalendarzyk”.Nie miałam ochoty patrzeć na jego podnieconą mordę, dlatego wy-siadłam z samochodu i zaczęłam spacerować po poboczu, rozprostowu-jąc nogi.Było zupełnie ciemno.Gdzieś w oddali (pewnie w miejscowościRachia) szczekały psy.Chłodny wilgotny wiatr przenikał przez mojąkurtkę.„Właściwie to dlaczego nie miałabyś pojechać do Mołdawii?” -pomyślałam nagle.Tam jest mało wody, za to dużo słońca.Mało lasów,za to wiele winnic.Mało deszczu, za to mnóstwo gwiazd na niebie.Małowódki, za to morze wina.Mało dziwek, za to wiele dzieci.To dobre miej-sce na ujarzmienie Aurela Czorbu.Na zdobycie jego serca.- Gdzie się pani podziewa? - usłyszałam.- Sądzi pani, że będę jej szu-kał w tych diabelskich ciemnościach?- Już idę.Westchnęłam.Wilgotne marzenia o Aurelu Czorbu trzeba odłożyć nalepsze czasy [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum