[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ci jechali z go-towymi muszkietami w ręku, mając wsparte kolby na udach, i oglądalisię bacznie na wszystkie strony.Badali zarośla, chaszcze, częstokroćprzystawali słuchając, czasem zjeżdżali z drogi w bok, by zbadać przy-brzeżne głębie borowe, ni na drodze jednak, ni po bokach nie było ni-kogo.Dopiero w godzinę pózniej minąwszy skręt dość nagły, dwóch raj-tarów jadących w przodku ujrzało na czterysta kroków przed sobąjezdzca na koniu.Dzień był pogodny i słońce świeciło jasno, więc owego jezdzca wi-dać było jak na dłoni.Sam był żołnierzyk niewielki, przybrany bardzoprzystojnie i z cudzoziemska.Wydawał się dlatego zwłaszcza tak mały,że siedział na rosłym bułanym bachmacie, widocznie wielkiej krwi.Jezdziec jechał sobie z wolna, jakby nie widząc, że wojsko za nimwali.Powodzie wiosenne powyrywały w drodze głębokie rowy, w któ-rych szumiała mętna woda.Owóż jezdziec zdzierał przed rowami ru-maka, a ten przesadzał je ze sprężystością jelenia i znów szedł truch-tem, rzucając łbem i parskając od czasu do czasu rzezwo.Dwaj rajtarzy wstrzymali konie i poczęli się oglądać za wachmi-strzem.Ten przycłapał w tej chwili, popatrzył i rzekł: To jakiś ogar z polskiej psiarni. Krzyknę na niego!  rzekł rajtar. Nie krzykniesz.Może ich tu być więcej.Ruszaj do pułkownika!Tymczasem nadjechała reszta przedniej straży i stanęli wszyscy,mały rycerz także zatrzymał konia i zwrócił go frontem do Szwedów,jakby im chciał drogę zagrodzić.Przez jakiś czas oni patrzyli na niego, on na nich. Jest i drugi! Drugi! trzeci! czwarty, cała kupa!  poczęto naglewołać w szwedzkich szeregach.Jakoż z obu stron drogi poczęli się sypać jezdzcy, zrazu pojedyn-czo, potem po dwóch, po trzech.Wszyscy stawali obok owego, którypojawił się najpierwszy.Lecz i druga straż szwedzka ze Swenonem, a potem cały oddział zKannebergiem nadciągnęły do forpoczty.Kanneberg i Sweno wyjecha-li zaraz na czoło.NASK IFP UG Ze zbiorów  Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej Instytutu Filologii Polskiej UG34 Poznaję tych ludzi  zawołał ledwie spojrzawszy Sweno  ta cho-rągiew pierwsza uderzyła na grafa Waldemara pod Gołębiem, to Czar-nieckiego ludzie.On sam musi tu być!Słowa te wywarły wrażenie, w szeregach nastała cisza głęboka, je-no konie dzwoniły munsztukami. Wietrzę tu jakąś zasadzkę  mówił dalej Sweno. Za mało ich,by nam stawiali czoło, ale po lasach muszą być ukryci drudzy.Tu zwrócił się do Kanneberga: Wasza dostojność, wracajmy! Dobrze waść radzisz  odparł marszcząc brwi pułkownik. War-to było wyjeżdżać, jeżeli na widok kilkudziesięciu obszarpańców wra-cać mamy!  A czemuśmy na widok jednego nie wrócili?.Naprzód!Szwedzki szereg poruszył się w tej chwili z największą dokładno-ścią, za nim drugi, trzeci, czwarty.Przestrzeń między dwoma oddzia-łami zaczęła się zmniejszać. Tuj!  skomenderował Kanneberg.Muszkiety szwedzkie poruszyły się jak jeden, żelazne szyje wycią-gnęły się ku polskim jezdzcom.Lecz pierwej, nim zagrzmiały muszkiety, jezdzcy polscy zawrócilikonie i poczęli umykać bezładną kupą. Naprzód!  krzyknął Kanneberg.Oddział ruszył z miejsca skokiem, aż ziemia zadrżała pod ciężkimikopytami rajtarskich koni.Las napełnił się krzykiem goniących i uciekających.Po kwadransiegonitwy, bądz że konie szwedzkie były lepsze, bądz że polskie jakowąśdrogą pomęczone, dość, że przestrzeń dzieląca dwa wojska zaczęła sięzmniejszać.Lecz zarazem stało się coś dziwnego.Oto bezładna z po-czątku kupa polska, w miarę trwania ucieczki, nie tylko nie rozpraszałasię coraz bardziej, ale przeciwnie, uciekała w coraz lepszym ordynku,coraz równiejszymi szeregami, jak gdyby sama szybkość koni równałajezdzców w szeregi.Spostrzegł to Sweno, rozpuścił konia, dopadł do Kanneberga i po-czął wołać: Wasza dostojność! to nie zwykła partia, to regularny żołnierz,któren umyślnie umyka i do zasadzki nas prowadzi. Zali diabli będą w tej zasadzce czy ludzie?  odrzekł Kanneberg.Droga szła nieco w górę i stawała się coraz szersza, las rzedniał i najego krańcu widać już było niezarosłe pole, a raczej ogromną polanęotoczoną ze wszystkich stron gęstym i szarym borem.NASK IFP UG Ze zbiorów  Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej Instytutu Filologii Polskiej UG35Chorągiew polska przyspieszyła z kolei biegu i okazało się, że po-przednio umyślnie szła tępo, teraz bowiem w krótkiej chwili odsadziłasię tak daleko, że wódz szwedzki poznał, iż nigdy jej nie doścignie.Dopadłszy zatem do połowy polany i spostrzegłszy, że nieprzyja-ciel już niemal do drugiego jej końca dociera, począł hamować swoichludzi i zwalniać biegu.Lecz, o dziwo, polski oddział, zamiast utonąć w przeciwległym le-sie, zatoczył na samym krańcu ogromne półkole i zwrócił się cwałemku Szwedom, stanąwszy od razu w tak wspaniałym bojowym ordynku,że wzbudził podziw w samym nieprzyjacielu. Tak jest!  zawołał Kanneberg  to regularny żołnierz! Zawrócilijakoby na mustrze.Czego oni chcą?.do kroćset! Idą na nas!  krzyknął Sweno.Jakoż chorągiew ruszyła naprzód rysią.Mały rycerz na bułanymbachmacie krzyczał coś na swoich, wysuwał się naprzód i znówwstrzymywał konia, szablą znaki dawał, widocznie on był dowódcą. Atakują naprawdę!  rzekł ze zdumieniem Kanneberg.A pod tamtym i już konie wzięły pęd największy i potuliwszy uszy,wyciągnęły się tak, iż ledwie brzuchami nie dotykały ziemi.Jezdzcypochylili się na karki i skryli się za grzywą.Szwedzi, stojący w pierw-szym szeregu, dostrzegli tylko setki rozwartych chrapów końskich igorejących oczu.I wicher tak nie idzie, jako rwała ta chorągiew. Bóg z nami! Szwecja! Ognia!  skomenderował Kanneberg pod-nosząc w górę szpadę.Gruchnęły wszystkie muszkiety, lecz w tej samej chwili chorągiewpolska wpadła w dym z taką siłą, że odrzuciła na prawo i lewo pierw-sze szwedzkie szeregi i wbiła się w gęstwę ludzi i koni, jak klin wbijasię w rozszczepione drzewo.Uczynił się wir straszliwy, pancerz ude-rzał o pancerz, szabla o szablę, a ów szczęk, kwik koński, lament kona-jących mężów rozbudził wszystkie echa, tak że cały bór począł odzy-wać się bitwie, jako strome skały górskie odzywają się grzmotom.Szwedzi zmieszali się przez chwilę, zwłaszcza że znaczna ich ilośćpadła od pierwszego uderzenia, lecz wnet ochłonąwszy wsiedli potęż-nie na nieprzyjaciół.Skrzydła ich zbiegły się ze sobą, a że chorągiewpolska i bez tego parła naprzód, chciała bowiem przejść  sztychem ,wnet otoczona została.Zrodek Szwedów ustępował przed nią, nato-miast boki nacierały ją coraz silniej, nie mogąc jej wprawdzie roze-rwać, bo broniła się zaciekle i z całą ową niezrównaną biegłością, któraczyniła jazdę polską tak straszną w ręcznej bitwie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum