[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.tej.tej.Panie! -wybuchnęła z nową siłą głosu - możesz zostawić nawet tych nihilistów, ale ją.musiszwygnać!.Niech lokal po niej stoi pustką.będę za niego płacić, byle ona nie miała dachu nadgłową.Ten wykrzyknik już całkiem mi się nie podobał.Dałem znak rządcy, że wychodzimy, ikłaniając się rzekłem ozięble:- Pozwoli pani baronowa, że w tej sprawie zadecyduje sam gospodarz, pan Wokulski.Baronowa rozkrzyżowała ręce jak człowiek trafiony kulą w piersi.- Ach!.więc tak?.- szepnęła.- Więc już i pan, i.ten, ten.Wokulski związaliście się znią?.Ha!.zaczekam tedy na sprawiedliwość boską.Wyszliśmy, nie zatrzymywani dłużej; na schodach zatoczyłem się jak pijany.- Co pan wiesz o tej pani Stawskiej? - zapytałem Wirskiego.- Najuczciwsza kobieta - odparł.- Młode to, piękne i pracuje na cały dom.Bo emerytura jejmatki ledwie starczy na komorne.- Ma matkę?- Ma.Także dobra kobiecina.- A ile płacą za lokal?- Trzysta rubli - odpowiedział rządca.- To, panie, jakbyśmy z ołtarza zdejmowali.___________________________________________________________________________Pobrano z http://www.ebook.zap.only.pl Strona 234 eBook Elektroniczna Księgarnia- Pójdziemy do tych pań - rzekłem.- Z największą chęcią! - zawołał.- A co o nich plecie ta wariatka, niech pan nie słucha.Onanienawidzi Stawskiej, nie wiem nawet za co.Chyba za to, że jest piękna i ma córeczkę jakcherubinek.- Gdzie mieszkają?- W prawej oficynie, na pierwszym piętrze.Nie pamiętam nawet, kiedy zeszliśmy ze schodów frontowych, a kiedy minęliśmy podwórko iweszliśmy na pierwsze piętro oficyny.Tak ciągle stała mi przed oczyma pani Stawska iWokulski.Mój Boże! jaka by to była piękna para; ale i cóż z tego, kiedy ona ma męża.Chociaż są to sprawy, do których najmniej miałbym ochoty mieszać się.Mnie się wydaje tak,im wydałoby się owak, a losowi jeszcze inaczej.Los! los!.on dziwnie zbliża ludzi.Gdybym przed laty nie zeszedł do piwnicy Hopfera, doMachalskiego, nie poznałbym się z Wokulskim.Gdybym jego znowu nie wyprawił do teatru,on może nie spotkałby się panną Aęcką.Raz mimo woli nawarzyłem mu piwa i już nie chcępowtarzać tego po raz drugi.Niech sam Bóg radzi o swej czeladzi.Gdy stanęliśmy pode drzwiami mieszkania pani Stawskiej, rządca uśmiechnął się filuternie iszepnął:- Uważa pan.naprzód dowiemy się, czy młoda jest w domu.Jest co widzieć, panie!.- Wiem, wiem.Rządca nie dzwonił, ale zapukał raz i drugi.Nagle drzwi otworzyły się dość gwałtownie istanęła w nich gruba i niska służąca z zawiniętymi rękawami i z mydłem na rękach, którychmógłby jej pozazdrościć atleta.- O, to pan rządca!.- zawołała.- Myślałam, że.znowu jaki tam.- Cóż, dobijał się kto?.- spytał Wirski z akcentem oburzenia w głosie.- Nie dobijał się nijaki - z chłopska odparła służąca - ino jeden przysłał dziś bukiet.Mówią, żeto ten Marusiewicz z przeciwka.- Aotr! - syknął rządca.- Mężczyzny wszystkie takie.Niech mu się co podoba, to zara będzie lazł jak ćma w ogień.- A panie obie są? - spytał Wirski.Gruba służąca spojrzała na mnie podejrzliwie.- Pan rządca z tym panem?- Z tym panem.To plenipotent gospodarza.- A młody on czy stary? - badała dalej, przypatrując mi się jak sędzia śledczy.- Widzisz przecie, że stary!.- odparł rządca.- W średnim wieku.- wtrąciłem.(Oni, dalibóg, niedługo piętnastoletnich chłopców zacznąnazywać starymi.)- Są obie panie - mówiła służąca.- Tylo co do pani młodszej przyszła jedna dziewczynkawydawać lekcje.Ale pani starsza jest w swoim pokoju.- Phy! - mruknął rządca.- Wreszcie.powiedz pani starszej.Weszliśmy do kuchni, gdzie stała balia pełna mydlin i dziecinnej bielizny.Na sznurzezawieszonym w pobliżu komina suszyły się również dziecinne spódniczki, koszule ipończoszki.(Jak to zaraz znać, że w mieszkaniu jest dziecko!)Spoza uchylonych drzwi usłyszeliśmy głos już starszej kobiety.- Z rządcą?.jakiś pan?.- mówiła niewidzialna dama.- Może to Ludwiczek, bo akurat śniłmi się.- Niech panowie idą - rzekła służąca otwierając drzwi do saloniku.Salonik nieduży, koloru perłowego.Szafirowe sprzęty, pianino, w obu oknach pełno kwiatówbiałych i różowych, na ścianach premia Towarzystwa Sztuk Pięknych, na stole lampa zeszkłem w formie tulipana.Po cmentarnym salonie pani Krzeszowskiej z meblami w ciemnychpokrowcach wydało mi się tu weselej.Pokój wyglądał, jakby oczekiwano na gościa.Ale jego___________________________________________________________________________Pobrano z http://www.ebook.zap.only.pl Strona 235 eBook Elektroniczna Księgarniasprzęty zanadto symetrycznie ustawione dokoła stołu świadczyły, że gość jeszcze nieprzyjechał.Po chwili z przeciwległych drzwi wyszła osoba w wieku poważnym, ubrana wpopielatą suknię.Uderzył mnie prawie biały kolor jej włosów, obok twarzy mizernej, leczniezbyt starej i bardzo regularnej.Rysy tej damy były mi gdzieś znajome.Tymczasem rządca zapiął swój poplamiony surdut na dwa guziki i ukłoniwszy się z elegancjąprawdziwego szlachcica rzekł:- Pozwoli pani zaprezentować: pan Rzecki, plenipotent naszego gospodarza, a mój kolega.Spojrzeliśmy sobie obaj w oczy.Wyznaję, że byłem trochę zdziwiony naszym koleżeństwem.Wirski spostrzegł to i dodał z uśmiechem:- Mówię: kolega, gdyż obaj widzieliśmy równie ciekawe rzeczy będąc za granicą.- Szanowny pan był za granicą? no proszę!.- odezwała się staruszka.- W roku 1849 i nieco pózniej - wtrąciłem.- A czy szanowny pan nie zetknął się gdzie przypadkowo z Ludwikiem Stawskim?- Ależ, pani dobrodziejko! - zawołał Wirski śmiejąc się i kłaniając.- Pan Rzecki był zagranicą przed trzydziestu laty, a zięć pani wyjechał dopiero przed czterema.Staruszka machnęła ręką, jakby odganiając muchę.- Prawda! - rzekła - co też ja plotę.Ale tak ciągle myślę o Ludwiczku.Niechże: panowieraczą spocząć.Usiedliśmy, przy czym eks-obywatel znowu ukłonił się poważnej damie, a ona jemu.Teraz dopiero spostrzegłem, że popielata suknia staruszki jest w wielu miejscach pocerowana,i dziwna melancholia ogarnęła mnie na widok tych dwojga ludzi w poplamionym surducie i wpocerowanej sukni, którzy zachowywali się jak książęta.Nad nimi już przeszedł wszystkowyrównywający pług czasu.- Bo zapewne pan nie wie o naszym zmartwieniu - rzekła poważna dama zwracając się domnie: - Mój zięć przed czterema laty miał bardzo przykrą sprawę, najniesłuszniej.Zamordowano tu jakąś straszną lichwiarkę.Ach, Boże! nie ma o czym mówić.Dosyć, żektoś z bliskich ostrzegł go, że na niego pada posądzenie.Najniewinniej, panie.- Rzecki - wtrącił eks-obywatel.- Najniesprawiedliwiej, panie Rzecki.No i on.biedak, uciekł zagranicę.W roku zeszłymznalazł się istotny morderca, ogłoszono niewinność Ludwika, ale i cóż, kiedy on już od dwulat nie pisał.Tu pochyliła się do mnie z fotelu i rzekła szeptem:- Helenka, córka moja, panie.- Rzecki - odezwał się rządca [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum