[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Znużony próżnym szukaniem i zmęczony chodzeniem, usiadłem w cieniu skały wypocząć.Po niejakiej chwilce spostrzegam parę kóz na szczycie przeciwległego urwiska.Nie śmiejącwyjść z mojej kryjówki, aby mnie nie dojrzały, zacząłem wabić je ku sobie bekiem.Wkrótcekozy posłyszały ten głos zdradziecki, zaczęły wokoło się oglądać, nareszcie zbiegły ze skały.Ukryty wśród krzaków, czekałem, aż przyjdą bliżej, od czasu do czasu becząc.Jakoż nie za-wiodła mnie nadzieja.Kozy, odpowiadając mi, biegły ku miejscu, gdzie stałem, a gdy się jed-na zbliżyła na trzydzieści kroków, przeszyłem ją strzałą.Dwie inne, nie wiedząc, co się z ichtowarzyszką stało, obwąchiwały ją przez chwilę, a potem oddaliły się, becząc.Zabrawszy zdobycz, ruszyłem ku domowi.Po drodze skierowałem się ku brzegowi mor-skiemu, aby z tuzin ostryg uzbierać.Kiedym, złożywszy kozę, zbiegł w parów, prowadzącyku wodzie, naraz ujrzałem u brzegu coś błyszczącego.Nachylam się, odrywam lśniący ka-mień i poznaję sól.Zdaje mi się, że znalezienie najbogatszej kopalni złota nie sprawiłoby mitakiej radości, jak ta wyborna przyprawa, bez której tyle miesięcy musiałem się obchodzić.Snadz z morskiej wody osadziła się sól w parowie.Zabrawszy kawał soli i zapamiętawszy dobrze miejsce, gdzie się znajdowała, zawróciłemdo domu, obciążony podwójnym łupem.I znowu w duszy uczułem głęboką wdzięczność kułaskawemu Stwórcy, który mi nowe dobrodziejstwo wyświadczył.Za powrotem do domu pobiegłem zaraz ku ognisku.Płomienie wprawdzie już zgasły, aleza to zarzewia było niemało, z którego natychmiast rozdmuchałem ogień.Na wieczerzę upie-kłem kawał koziny.Przyprawiona solą, smakowała mi wybornie.Mając teraz mięso i sól, mogłem sobie ugotować rosołu, brakowało do tego małej tylkorzeczy, to jest garnka.Raz tylko w życiu byłem u garncarza.Widziałem, jak kładł glinę na jakimś kółku, któreobracało się poziomo na stoliku, ruszał po tym nogą, a pod palcami formowały mu się garnkii miski.To jednak nie mogło mnie wiele nauczyć.Jedną tylko rzeczą, z jakiej skorzystałem podczas mej bytności, była wiadomość, że im le-piej ugniecie się glinę, tym łatwiej formować z niej naczynia.52 Na drugi więc dzień nakopałem sporo gliny, a umieściwszy ją w wielkiej żółwiej skorupiei nalawszy wody, zacząłem deptać.Po paru godzinach zdawało mi się, że już jest doskonalewyrobiona i postanowiłem wziąć się do formowania garnków.Murarstwo, ciesiołka, krawiectwo i wszystkie rzemiosła, których dotąd próbowałem, byłyigraszką, zabawką dziecinną w porównaniu do garncarstwa.Gdyby kto z boku przypatrywał się wszystkim niezgrabnym karykaturom garnków, na-śmiałby się ze mnie, a może i pożałował.Ułożywszy na kamieniu dno garnka z gliny, potem dookoła lepiłem ściany.Nie udawałomi się zupełnie.Jakieś koślawe szkaradzieństwa wychodziły z rąk moich.Nieraz ciężar glinypsuł gotowe już naczynie, czasami ucho nazbyt ciężkie wyrywało bok cały  nie mogłem so-bie w żaden sposób poradzić.Nareszcie ulepiłem coś, mającego podobieństwo do garnków.Wiadomo mi było, że garncarze roboty swe naprzód suszą na słońcu.Otóż przenosząc owenaczynia na miejsce, gdzie schnąć miały, potłukłem je na drobne kawałki i trzeba byłowszystko od początku zaczynać.Innym razem znowu popękały od nagłej spiekoty słonecznej,trzeba więc było suszyć je wprzód w cieniu.W kilka dni po tych pierwszych nieudolnych próbach, znalazłem o pół mili od mojegomieszkania gatunek glinki białej, daleko łatwiej ugnieść się i wyrobić dającej.Z tej, po do-brym wyrobieniu, udało mi się ukształtować dwa naczynia, którym nie umiem dać nazwy.Nie były to bowiem ani garnki, ani rynki, przerażały swą niezgrabnością, ale przecież mogłysię na coś przydać.Kiedy je słońce dobrze wysuszyło, wstawiłem je w ogień, a obłożywszy dookoła, paliłemw nim przez parę godzin.Gdy zdawało mi się, że już mają dosyć, wyjąłem z żaru i chcącspróbować, czy nie przeciekają, nalałem wody.Wtem obydwa naraz pękły i tak przepadłowoc kilkudniowej pracy.Zmartwiło mnie to niezmiernie, ale nie odstręczało bynajmniej od dalszych prób.Do-świadczenie nauczyło mnie dwóch rzeczy.Naprzód, żeby nie robić zbyt wielkich naczyń, bote daleko łatwiej się psują.Po wtóre, aby wysuszywszy pierwej na wietrze, wystawić następ-nie na słońce, a potem wypalać wprzódy wolnym, potem coraz mocniejszym ogniem, w koń-cu zaś znowu żar zmniejszyć i zostawić aż do zupełnego wygaśnięcia w ognisku.Nadto uważałem, że naczynia wypalają się bardzo zle, jeżeli wiatr miota ogniem.Z zebra-nych zatem kamieni ułożyłem pod skałą coś na kształt pieca.Kamienie ustawione w półokrąg,przypierający do skalistej ściany jedną stroną, miały z boku mały otwór u dołu, dla lepszegociągu powietrza.W tym tedy piecu zamierzałem odbywać dalsze próby garncarstwa.Wyrobiwszy kilkanaście większych i mniejszych garnuszków, wstawiłem je w piec, obło-żyłem dookoła gałązkami i podpaliłem je, dokładając potem drzewa coraz więcej.Na koniec,gdy garnki rozpaliły się do czerwoności, zostawiłem je w tym stanie przez parę godzin.Powyjęciu i ostudzeniu okazały się wcale dobrymi.Wprawdzie nie miały pięknej formy, ale doużytku nadawały się doskonale i zaraz też sobie ugotowałem w jednym koziego mleka.Przepyszny był to przysmaczek i od tego czasu codziennie już miewałem gorące śniadanie.Dopiąwszy tak szczęśliwie celu długich zachodów, zabrałem się do robienia większychgarnków.Tamte bowiem nie miały większej objętości nad kwaterkę [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum