[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Gniewne spojrzenieciemnoniebieskich oczu świadczyło, że zostałem rozpoznany, ale latorośl rodu antykwariuszynie zaszczyciła mnie powitaniem i zwróciła się od razu do ojca:- Widzę, że masz gościa, papa.Czekam na ciebie w holu.Wypowiedziawszy te słowa Hilda Funke zamknęła drzwi.Przez kilka sekund słychaćbyło stukanie obcasów na korytarzu.- Mogę jeszcze czymś panu służyć? - zapytał antykwariusz.- Bo jeśli nie.Zerwałem się z krzesła z przepraszającą miną:- Proszę mi wybaczyć, że zająłem panu tyle czasu.i dziękuję za życzliwość orazpomoc - dodałem, po czym uścisnąłem podaną mi przez antykwariusza rękę.Dłoń była suchai zimna.Mina Funkego mówiła, że nie ma mi już za złe najścia.- Cieszę się, że mogłem pomóc - rzekł odprowadzając mnie do drzwi.- Gdybypotrzebował pan jeszcze porady w jakiejś sprawie dotyczącej starych książek, proszę dzwonićna ten numer - ze srebrnego, płaskiego etui wyjął prywatną wizytówką wydrukowaną nadelikatnym kremowym papierze.Wziąłem kartonik i skinąwszy głową, wyszedłem na korytarz.W hotelowym holu natknąłem się na Hildę Funke.Ukłoniłem się urodziwej Niemce,ale ona potraktowała mnie jak powietrze i nie odpowiedziała na pozdrowienie.Opuściłemhotel i ruszyłem w prawo ulicą Kotlarską by dotrzeć do parafii przez Rynek.U końcaKotlarskiej, w miejscu, gdzie niemal styka się ona z ulicą Aukową, stał człowiek ubrany weflanelową koszulę i dżinsy.Oparty plecami o ścianę kamienicy, z jedną nogą zgiętą w kolaniei również wspartą na murze, czytał gazetę.Gdy go mijałem, opuścił lekko gazetę i mrugnął domnie.Odpowiedziałem tym samym i uspokojony ruszyłem w drogę powrotną.Mężczyzna z gazetą był policjantem.Ponieważ, podobnie jak komisarz Jachimowicz,nie wierzę w cudowne zbiegi okoliczności, gdy tylko okazało się, że Erich Funke jest wZwidnicy, zrozumiałem, że okoliczność ta musi mieć związek z kradzieżą Biblii MarcinaLutra.Od razu też przedstawiłem Jachimowiczowi swój plan.Ponieważ nie dysponowaliśmy dowodami na potwierdzenie związku Funkego zkradzieżą, w grę wchodziła jedynie próba wywabienia wilka z lasu.Komisarz Jachimowiczchętnie zgodził się, bym to ja wystąpił w roli nagonki.Jego ludzie mieli być myśliwymi oczekującymi na skraju kniei, by ustrzelić grubego zwierza, gdy ten tylko wychynie zzaściany drzew.Cel mojej wizyty u niemieckiego antykwariusza był niezwykle prosty: miałemprzekazać mu w zawoalowanej formie wiadomość, że policja wie o jego obecności wZwidnicy.Liczyliśmy, że Funke popełni błąd i spróbuje skontaktować się z człowiekiem,któremu, jak przypuszczaliśmy, zlecił kradzież Biblii.Blizniaki pastora Blocha, Grzesiek i Dorota, bawiły się w pobliżu bramy.Obokwejścia do kawiarni prowadzonej przez matkę przykucnął chłopiec.Przyglądał się z uwagąmrówkom uwijającym się w przerwach między brukowymi kostkami.Co chwila zbliżał doszpary między kostkami urwaną z drzewa gałązkę ze świeżym listkiem, czekał, aż wejdzie nanią kilka mrówek i czym prędzej przenosił owady kilka metrów dalej.Siostra, równieżuzbrojona w gałązkę, stała kilka metrów od miejsca zrzutu mrówczych desantów.Ledwie bratodchodził po kolejnych pasażerów, pochylała się ze swoją gałązką nad brukiem i pozwalałazabłąkanym mrówkom wdrapać się na drewienko, a potem, omijając szerokim łukiempowracającego już z nowymi więzniami brata, dochodziła do mrowiska obok wejścia dokawiarni i zbliżając gałązkę kilka centymetrów nad drogą strącała mrówki na powrót międzyszpary w bruku.Z pozoru śmieszna i bezsensowna zabawa dobrze oddawała charakter obojgarodzeństwa.Kierowały nimi zawsze zupełnie sprzeczne zamiary, które jednak uzupełniały sięniczym ciemność i światło, ogień i woda, dzwięk i cisza, tworząc całość.Podobna zasadauzupełnienia rządziła wypowiedziami blizniaków.Nie zdziwiłem się więc, gdy, zauważywszymnie, dzieci odezwały się po kolei, każde przekazując połowę wiadomości:- Spóznił się pan na obiad - oświadczyła Dorota.- Ale mama zostawiła dla pana porcję - zawtórował jej Grzesiek.Wyrzekłszy te słowa na powrót zajęli się mrówkami, a ja ruszyłem w stronę plebanii.W kuchni czekał na mnie pan domu.Siedział przy stole zajęty domowymirachunkami.Ujrzawszy mnie podniósł się z uśmiechem i zaprosił do stołu, a sam wyciągnął zlodówki dwa opakowane w folię talerze, po czym jeden z nich, zawierający zupę, umieścił wmikrofalówce.Po kilku minutach zanurzyłem łyżkę w dymiącej pomidorówce, a on zapytałciekawie:- Udało się panu coś odkryć?Jedząc zupę opowiedziałem mu o pogoni za  Leskim , kwerendzie w bibliotece iwizycie u Funkego.Przez większość czasu pastor słuchał w milczeniu, kiwając głową.Gdywspomniałem o  Leskim przyznał, że faktycznie od kilku lat przychodzi do niego wciąż tensam dziennikarz.Niestety duchowny nie pamiętał jego nazwiska. - Mam dobrą pamięć do faktów historycznych - tłumaczył się - ale sprawy codziennezazwyczaj wylatują mi z głowy niemal natychmiast.Poszukam dziś wieczorem wizytówki,którą podczas swej pierwszej wizyty u mnie zostawił ten dziennikarz.Jeśli ją znajdę, podampanu jego personalia.Po kilku minutach skończyłem relację.- No cóż, wygląda na to, że zdobył pan sporo nowych informacji - rzekł duchowny -ale mówiąc szczerze, nie znam się na detektywistycznym rzemiośle i trudno mi ogarnąć tewszystkie fakty.- uśmiechnął się przepraszająco, jakby jego niewiedza mogła sprawić miprzykrość.- Jeśli nie sprawiłoby to kłopotu, to czy mógłby pan ocenić, jakie są szanse, że udasię odzyskać Biblię.- Trudno w tej chwili powiedzieć.- przechyliłem talerz i nabrałem łyżką resztkęzupy.- Ciągle jeszcze nie wiemy na pewno, kto i w jakim celu ukradł starodruk.BibliaMarcina Lutra może równie dobrze odnalezć się jutro, jak i za dziesięć lat [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum