[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Dziób cirrusa podniósł się i mały samolot poszybował wspaniale w górę jak liśćniesiony wstępującym prądem powietrznym.Borzoj uśmiechnął się, spojrzał nadrugiego pilota i powiedział:- Czy ten mały diabeł po prostu nie kocha latać?Pilot nie odpowiedział.Gdy cirrus osiągnął wysokość tysiąca metrów nad ziemią, bomba zawierającapięćdziesiąt gramów wysokogatunkowego plastiku podłożona obok zbiornika zbenzyną wybuchła automatycznie.Cirrus miał dwieście litrówwysokooktanowego paliwa.Jak Borzoj wcześniej sprawdził, zbiornik był pełen.Nastąpiła potworna eksplozja.Samolot, który sekundę wcześniej wznosił się wpowietrze z prędkością dwustu metrów na minutę, w następnej sekundzie stał siękulą rozszalałych płomieni.Cirrus odwrócił się na bok i runął na ziemię.%7ładen z pilotów nie ocalał.Katastrofę uznano za wypadek, a pózniej orzeczono, że przyczyną był błądpilota, choć nigdy nie podano żadnych szczegółów.Wiadomość o śmierci Borzoja dotarła do Siergieja Szwetsa pięć minut pózniej.FSB szczyciło się swoją siecią  zródeł" i Szwets lubił się przechwalać, że byłnajlepiej poinformowanym o wszystkim człowiekiem w kraju.Po otrzymaniu tejwiadomości przybrał posępną minę i wyraził głęboki smutek.Borzoj był od daw-na jego przyjacielem i, oczywiście, kolegą po fachu w branży szpiegowskiej.W głębi duszy Szwets uśmiechnął się z zadowoleniem.Dwaj załatwieni.Pozostał jeden.Już tylko Igor Iwanow zagradzał mu drogę do prezydentury.57Jonathan wyciągnął jedno ramię ponad górną część nadburcia i podciągnął sięna łódz.Przez poprzednie dwie godziny płynął bez przerwy.Bolała go szyja.Paliły ramiona.Co gorsza, czuł, że zaczyna mu się robić niedobrze.Płynąc,wynurzał się có jakiś czas, by zaczerpnąć powietrza, i dwukrotnie okazało się, żełódz patrolowa przepływa właśnie obok.Za każdym razem, zanurzając sięgwałtownie, połknął haust morskiej wody.Zciągnął dłonią z twarzy warstwęropy, soli i zanieczyszczeń.Położył głowę na ciepłych listwach i pozwolił, bysłońce osuszało mu twarz.Potrzebował odpoczynku, ale odpoczynek był jużteraz dla niego niedostępnym luksusem. Stęknął, usiadł i przez długą chwilę przyglądał się linii brzegowej.Tu i ówdzieopalała się jakaś para, mężczyzna przechadzał się z psem.Na plaży trójka dziecibudowała mozolnie zamek z piasku.Według własnej oceny pokonał sześć lubsiedem kilometrów; znaczną część tego dystansu przebył pod wodą.Zamiastpłynąć z dominującym prądem, kierował się ku wybrzeżu na północ, walczącprzez cały czas z silnym przypływem.Gdy już minął port, popłynął obokdzielnicy przemysłowej miasta i jeszcze dalej, aż dotarł do odcinka plaży z trawąsięgającą do pasa i skromnymi letnimi domkami ukrytymi wśród postrzępionychsosen.Pięćdziesiąt metrów od brzegu zobaczył przycumowaną flotyllę łodzimotorowych, ale wszystkie były okryte plandekami.Sprawiło mu niemałąradość, gdy spostrzegł lekką łódz kołyszącą się na wodzie w pobliżu.Doznał nagle skurczu żołądka i zwymiotował do morza.Od razu poczuł sięlepiej, skupił uwagę na przyczepnym silniku.To był niewielkich rozmiarówmotor kompaktowy mercury 75, podobny do pomocniczego silnika napięciometrowym avalonie, którym żeglował wzdłuż wschodnich brzegówMarylandu jako młody chłopak.Odkręcił korek zbiornika paliwa i zobaczył, żebak był do połowy pełen.Założył korek z powrotem, wyregulował ssanie.Najlepiej byłoby zaczekać do zmroku i dopiero wtedy ukraść czyjąś łódz, ale naczekanie nie mógł sobie pozwolić.Przecież Kate Ford i jej włoscy koledzyprzeprowadzali wywiad w dzielnicy turystycznej w pobliżu hotelu Rondo,rozpytując sklepikarzy, właścicieli restauracji i kierowników hoteli, czy gowidzieli lub z nim rozmawiali.Było tylko kwestią czasu, kiedy dotrą do hoteluDe la Ville.Rozsądek wymagał, by przyjąć, że już tam dotarli.Jonathan przesunął dziób, odwiązał łódz, podniósł kotwicę, po czym usiadłprzy silniku.Szarpnął linkę i silnik z warkotem obudził się do życia.W jegouszach ten dzwięk zabrzmiał głośno jak wybuch granatu.Wyprowadził łódz zzatoczki na północ wzdłuż wybrzeża, jednym okiem przez cały czas obserwującbrzeg.W każdej chwili spodziewał się, że właściciel łodzi wypadnie z jednego ztych domków podobnych do pudełek zapałek, krzycząc, by zostawił jego łódz wspokoju.Ale dopóki miał w polu widzenia domki, nie dostrzegł nikogo.W ciągu paru minut ubranie wyschło na nim, a słońce zaczęło osmalać muczoło.Na dziobie leżała wyciągnięta sieć i Jonathan wykorzystał jej ołowianeciężarki do przyciśnięcia porozkładanych na ławce banknotów, które jeszcze mupozostały w portfelu, by i one się wysuszyły.Stopniowo charakter linii brzegowej się zmieniał.Plaża zniknęła, ustąpiłanabrzeżu, które wydawało się nie mieć końca.Teren stawał się górzysty i zboczaopadały stromo ku morzu serią pionowych urwisk, otaczających lazurowezatoczki.Jonathan uważnie badał wzrokiem brzeg, szukając miejsca, w którym mógłbyprzybić do lądu.Powinien odrzucić obowiązujące w cywilizowanym świecie normy.Powinien przestać szanować prawo i tych, którzy mieli obo-wiązek stać na jego straży.Dla człowieka w jego położeniu prawo było prze-szkodą.To prawo, uosabiane przez Kate Ford, Roberta Gravesa i karabinierów wniebieskich mundurach, ścigało go przez cały port w Civitavecchia i starało sięuniemożliwić mu odnalezienie Emmy.Skrzywił się, uświadomiwszy sobie, że ogarniają go nieznane mu dotądemocje.Nie myślał już o Emmie jak o żonie czy choćby przyjacielu.Wydarzeniaostatnich czterdziestu ośmiu godzin ukazały jąw obiektywnym świetle i po razpierwszy pozwolił, by z jej czynów wyłonił się jej prawdziwy portret.Nie był dlaniej pochlebny [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum