[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- To jest Brian Ritter i nikt inny.A to pana wczorajszy ra-port.Dupont położył raport na stole i przytrzymał go palcemwskazującym.- Raport, w którym pisze pan, że nie są potrzebne dalszeczynności.Alkoholik, omamy! Niejeden psychiatra mógł-by się od pana wiele nauczyć.To jest komplement.Tylko żeten człowiek nie żyje! Pech chciał, że trafił właśnie na pana.Powiedział, że ktoś mu grozi, ale pana to oczywiście nie obe-szło.Pan myślami był już na swoim jachcie, w domku na plaży45w Ostendzie, albo gdzieś tam, gdzie zamierza się pan rozko-szować swoją przedwczesną emeryturą.Człowiek jest w bie-dzie, potrzebuje pomocy, ale pan oczywiście nie ma ochotyspędzać ostatnich dni na pracy, pan chciałby tylko sobie tro-chę posiedzieć i policzyć minuty.Poklepał pan zatem tegobiedaka po ramieniu, przecież to tylko jakiś pijaczyna z oma-mami, nieprawdaż?Jensenowi zupełnie zaschło w ustach, rana pulsowała, twarz miał rozpaloną.Czuł się zle.- Muszę się napić wody - powiedział i wstał z krzesła.- Wraca pan za trzydzieści sekund.- Zdecydował Dupont.-Jeszcze nie skończyliśmy.Gdy Jensen wyszedł z biura Duponta, rozmowy umilkły.Koledzy patrzyli na niego, niektórzy ze współczuciem, innitylko zaciekawieni lub nawet przyjemnie podekscytowani.Jensen podszedł do butli z wodą, wyciągnął plastikowy kubek,tak niezręcznie, że kilka spadło na podłogę.Stassen podbiegłi podniósł je.- Nie wyglądasz dobrze - powiedział cicho.- Tylko łyk wody i poczuję się lepiej.- Powinienem był do ciebie zadzwonić.%7łeby cię przygoto-wać.Przykro mi.- W porządku.Jensen opróżnił kubek jednym haustem.- Czy to był wypadek? - zapytał Stassena.Dopiero terazprzyszło mu do głowy, że tak mogło być: wypadek.Wszystkoprzemawiało jednak przeciwko tej tezie, więc Jensen sam sobieodpowiedział: Nie, to nie wypadek.Oczywiście, że nie.- Wiem tylko, że znaleziono go wczoraj martwego okołogodziny dwudziestej trzeciej - powiedział Stassen.- Przy Spie-gelrei.- Powiedziałem: trzydzieści sekund! - krzyknął Dupontz biura.46- Dupek - wyszeptał Stassen.Przy Spiegelrei, pomyślał Jensen, kiedy ponownie stawił sięu Duponta.Była teraz trzynasta trzydzieści.Ritter zmarł wczo-raj w nocy, czyli ponad dwanaście godzin temu. - Mogę zobaczyć wynik sekcji? - zapytał.- Wszystko w swoim czasie - odparł Dupont.Wziął tabletkęz miseczki i połknął ją bez popijania wodą.- W tym momen-cie powinno pana interesować tylko jedno pytanie: co z panemzrobię.Powiem panu.Rozpocznę wewnętrzne dochodzeniew sprawie zaniedbania obowiązków służbowych.Pana to niebardzo zmartwi, zresztą i bez tego już niedługo pańska obec-ność będzie nam oszczędzona.Ale pana odejście nie odbędziesię w miłej atmosferze.- Jest już wynik obdukcji czy jeszcze nie? - zapytał Jensen.Dupont oparł się o krzesło; uśmiechał się.- Spodziewam się go jeszcze dzisiaj - odparł.Jensen poczuł się nagle dużo pewniej.Zmienił się kierunekwiatru, wiał teraz prosto w twarz Duponta.- Zatem nie zna pan jeszcze przyczyny zgonu - powie-dział.- Nie zna jej pan, ale zarzuca mi, że jestem współodpo-wiedzialny za śmierć tego człowieka.Serce mu waliło.Ritter z pewnością zmarł z powodu jakiejśchoroby.- Czy może pan to wykluczyć? Może pan wykluczyć, że tenmężczyzna miał udar mózgu tak jak wczoraj dorożkarz? Albozawał? Niech pan da spokój, Dupont, widzę to po panu! %7ły-czyłby pan sobie, żeby to było morderstwo, ale pana życzeniesię nie spełniło.Powinienem zażądać przeprosin, ale nie jestpan wart mojego trudu.- Jensen wstał.- Porozmawiamy, gdybędzie już wynik sekcji.Wie pan, gdzie mnie znalezć.- Człowieka można zawsze znalezć tam, gdzie utknął.A panutknął po uszy w gównie.Rozmawiałem z Balasundaramem.To nie był wypadek ani zawał.To było to, czego pan się obawia.47 I za to pociągnę pana do odpowiedzialności, jak tylko będęmiał dowody.Nie wie nic konkretnego, pomyślał Jensen wstając.- Może pan iść - krzyknął za nim Dupont.- Na razie!Nie wie nic konkretnego, ale i tak wszystko to jest dziwne.Jensen zdjął z wieszaka płaszcz przeciwdeszczowy, musistąd wyjść, zaczerpnąć świeżego powietrza.Tak czy inaczej niemiał tu już czego szukać.- Wychodzę - rzucił do Stassena.- Zadzwonię do ciebie.- Trzymaj się - odpowiedział Stassen.Pozostali byli tylko twarzami, Jensen kiwnął głową każdejz nich.Już wkrótce nie będzie mógł ich sobie nawet przypo-mnieć.Padał deszcz.Jensen podniósł kołnierz płaszcza i schowałw nim głowę.Zniknąć na zawsze - kusząca myśl.Zapach szopyna narzędzia stał się wyrazny, pająki kołysały się w sieci, spodsandałów uciekały stonogi.Tutaj jednak było inaczej.Tutaj nic nie było oczywiste, pozatym, że Dupont zmienił w pewnik niejasne domysły, żeby jesz-cze na koniec wymierzyć mu kopniaka w tyłek.Jensen przeszedł przez rynek i w jednym z barów dla tury-stów znajdującym się naprzeciwko sali koncertowej zamówiłsok pomidorowy.Kiedy usiadł przy oknie od ulicy, szyba po-kryła się wilgocią.To nie wypadek, rozmyślał, a Dupont nie ma żadnych kon-kretów.Tylko dlaczego? Balasundaram, lekarz medycyny są-dowej, z reguły jest szybki i dokładny.Rana postrzałowa, ranakłuta, ślady duszenia, śmiertelny uraz czaszki: gdyby chodziłoo te przypadki, Balasundaram zawiadomiłby Duponta już trzygodziny temu.Nawet laik od razu rozpozna przyczynę gwał- townej śmierci, a specjalista taki jak Balasundaram nie po-trzebowałby przecież ponad dwunastu godzin, by dostarczyć48wynik sekcji z tego typu rozpoznaniem.To samo odnosi się donaturalnej śmierci.Również w tym przypadku raport już daw-no byłby gotowy.Wszystko było bardzo dziwne i niepokojące.Ritter nie żyje.Jensen ciągle miał poczucie nierealności, tak jakby w jegożycie wcisnęło się coś obcego, co przypominało rzeczy, którewidział nieraz, gdy zdezorientowany z przestrachem zrywał sięz łóżka.Dzieci.Jak mógł o nich zapomnieć? Rick i Oliver.Przecieżnajpierw należało pomyśleć o chłopcach.Jensen położył na stoliku kilka monet i w pośpiechu wy-szedł z bistra.Dzieci prawdopodobnie nie wiedziały jeszczeo śmierci ojca.Dupont nie wspominał o chłopcach, w raporcienie było przecież o nich żadnej wzmianki.Czyżby jeszcze niktnie pofatygował się do De Tuilerieen, żeby zacząć śledztwo?Czy w ogóle ktoś, na Boga, pracował nad tym przypadkiem?Najwidoczniej nie, w przeciwnym razie Dupont wiedziałbyo dzieciach i dołożyłby je do swoich zarzutów.I wie pan co,Jensen? Ten człowiek miał dwóch dziesięcioletnich synów.Jakim pan teraz spojrzy w oczy?6W hotelu De Tuilerieen dwukrotnie nacisnął guzik win-dy.Nie nadjeżdżała.Jensen stracił cierpliwość i zaczął wbiegaćPo drewnianych schodach.Gdy znalazł się na trzecim piętrze,ledwo łapiąc powietrze zapukał do drzwi.Serce tłukło mu się49w piersi, w lewej ręce poczuł lekki ból - mógł to być zwiastun rozpoczynającej się angina pectoris.- Rick? Oliver? To ja, inspektor Jensen [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum