[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Spróbowałem otworzyć lewe oko, którego ju\ nie miałem, po czym odwróciłem głowę wjedną i w drugą stronę, aby przyjrzeć się im wyrazniej moim jedynym okiem, prawym okiem,które wcią\ tkwiło na miejscu.Poczułem lekki, lecz dojmujący ból, jakby niezliczone, maleńkieigiełki wbijały się w pustą przestrzeń lewego oczodołu.Och, ten wyraz zgrozy na twarzy Armanda.Miał na sobie staromodny, lecz nader eleganckistrój  cię\ką, aksamitną marynarkę, obcisłe spodnie, koszulę ozdobioną koronkami i butywypolerowane na błysk.Jego twarz, przywodzącą na myśl anioły Botticellego, przepełniał ból,kiedy tak na mnie patrzył.David, w typowo zimowym tweedowo  kaszmirowym stroju, wyraznie próbował okazać misympatię i współczucie.Stary Anglik i młode, śniade ciało, w którym był zamknięty jego umysł,stanowiły jedność.Potwory przyodziane i wyglądające jak ludzie, ale przywiązane do ziemi i jak\e realne!A pomiędzy nimi Dora, moja promieniejąca, szczupła, współczująca Dora o wielkich,czarnych oczach. Ukochany, o, ukochany  zawołała Dora. Tu jestem! Jej ciepłe ramiona opasały mojeobolałe barki, nie zwa\ając na śnieg sypiący się z moich włosów i ubrania.Upadłem na kolana,wtuliłem twarz w jej spódnicę, by poczuć bliskość krwi: krew \ywego łona, krew ziemi, krewDory, którą ciało mogło oddać samo, po czym osunąłem się na podłogę.Nie mogłem się poruszyć ani nawet odezwać.Poczułem, \e jej wargi dotykają moich. Jesteś ju\ bezpieczny, Lestacie  powiedziała.A mo\e to był głos Davida? Jesteś z nami  rzekła.A mo\e to powiedział Armand? Jesteśmy tutaj. Spójrz, popatrz na jego stopy.Ma tylko jeden trzewik. & a jego marynarka& podarta& nie został ani jeden guzik.  Ukochany, och, ukochany. Pocałowała mnie.Przewróciłem ją delikatnie, po czymzadarłem jej spódnicę i wcisnąłem twarz między jej gorące, nagie uda.Woń krwi wypełniła mójumysł. Wybacz mi, wybacz  wyszeptałem, a mój język przebił cienką bawełnianą błonę jejmajtek, zdzierając materiał z porośniętego miękkimi włosami wzgórka łonowego, odsuwając nabok zakrwawioną podpaskę, którą tam nosiła, i po chwili zacząłem chłeptać krew, zlizując ją zmłodych, ró\owych, dziewiczych warg, bezpośrednio z jej łona.To nie była czysta krew, alepochodziła od niej, z jej silnego, młodego ciała, ta krew nie wiązała się z \adnym bólem aniofiarą, była jedynie okazaniem pewnej wyrozumiałości wobec mnie, wobec niewysłowionegoczynu, którego właśnie dokonywałem.Nie pominąłem nawet jednej kropli. Nieczysta, nieczysta  wołali na drodze na Golgotę za Weroniką. Nieczysta, nieczysta. Nieczysta, nieczysta  wyszeptałem, wylizując językiem sekretne, ociekające krwiąmiejsce, czując zapach i smak jej krwi, jej słodkiej krwi.Płatki śniegu przylepiały się do szyby.Słyszałem, jak uderzają o szkło, czułem ich zapach,woń oślepiającego, białego śniegu, tej upiornej, nowojorskiej śnie\ycy, w samym środkusiarczystej mroznej zimy, która najwyrazniej wcią\ nie zamierzała składać broni. Mój ukochany, mój aniele  wyszeptała.Poło\yłem się obok niej zdyszany.Teraz miałem jej krew w sobie.Wydobyłem z jej łona całąposokę, która miała zeń wypłynąć.Usiadła, zasłaniając mnie dyskretnie skrzy\owanymi ramionami, pochyliła się do przodu,jakby chciała ukryć mnie przed ich wzrokiem  przed spojrzeniami Davida i Armanda  anirazu nie krzyknęła, nie próbowała mnie odepchnąć, ani razu się nawet nie wzdrygnęła, a terazczule tuliła mnie do siebie, trzymając mnie za głowę, podczas gdy ja szlochałem. Jesteś ju\ bezpieczny  powtórzyła.Wszyscy po kolei zapewniali, \e jesteśmy bezpieczni.Powtarzali słowo  bezpieczni jakczarodziejskie zaklęcie.Bezpieczni, bezpieczni, bezpieczni. O, nie  rzuciłem przez łzy.Wcią\ płakałem rzewnymi łzami. Nikt z nas nie jestbezpieczny.I ju\ nigdy nie będzie.Nigdy, przenigdy nie będziemy bezpieczni, ju\ nie& Napewno nie& Ju\ nigdy& 22Nie pozwoliłem się im dotknąć.Nie chciałem się niczego pozbyć, jeszcze nie, nawetpodartego buta, niczego.Zabierzcie grzebienie, ręczniki, pocieszenie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum