[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wchodzisz z ciemności w światłość przez długi mroczny tunel.Jedno i drugie to rodzajwrót.Tak się składa, że wy, ludzie,znajdujecie sięakurat po tej stronie, więcprzyjście na światpostrzegacie jakocoś pięknego.Niewiecie, co się znajduje zatymi wrotami, więc odczuwacieprzed tymlęk.Nic bardziejnie przeraża istot ludzkich niż to,co nieznane.- Przerwał,żebysię napić.-Ale to jest tak, jak z tą czekoladową colą.Czasem to, conieznane,wcalenie musi byćstraszne.Oparłem głowę na ręce.- Na jakiej więcpodstawie ci na górze decydują, kiedynadchodzi naszczas?-Niepotrafię ci odpowiedziećna to pytanie.To dośćskomplikowany proces.Mogę jednak zdradzić, że nie ma tonic wspólnego z loterią, w której rządziprzypadek.Musiszsobieuświadomić, że ten świat to tylko jedno z pól na wielkiejplanszy do gry - przerwał i zamyślił się, wpatrując sięw szklankę.- Nie, to nie gra.To przypominaraczej podstawowe szkolenie w wojsku.- Podniósł wzrok. -Twój ojciecbył oficerem, więcwiesz, o czym mówię.W każdym razie,wszystko zostało rozstrzygnięte dawnotemu.Powiem więcej:220brałeś udział w podejmowaniu decyzji, gdzie i kiedy maszwejść izejśćz tego świata.Tyle że tegonie pamiętasz.- Trudnow coś takiego uwierzyć.-Większość spraw duchowych wykracza poza umysłyzwykłychśmiertelników.Dlatego oni za życia tak głupiopostępują: przywiązują ogromną wagę dorzeczy, któresąnietrwałe.Są na tej ziemi ludzie, którzy całe życiespędzająw pogoni za złotem,tymczasem w niebie brukują nim ulice.Albo wezmyna przykład taką sławę.Na jedną krótką chwilęczłowiek zasiada na tronie iprzez ten czas uważasię za kogoś wyjątkowego, odrobinę lepszego od innych.Potem jednakodkrywa, że ów tron jest tylko rekwizytemwniekończącejsięzabawiew komórki do wynajęcia i że w końcu go straci.Bywa, że pózniej do końca życia próbuje go odzyskać.Rozumiesz, co mam na myśli?Gwiazdy sportu, które kończąkarierę, apotem nie mogą znieść pustki, więcpowracają dogry w formie stanowiącej ledwie cień ich dawnychmożliwości.Piękności, które usiłując za wszelkącenę zachować blaskmłodości,uciekają się do operacji plastycznych, aż w końcuich twarze są taknaciągnięte jak skóra na bębnie.Gwiazdyrocka, które wyruszają w trasy z reaktywowanym zespołem.I tak można bywymieniać.Tyleże oniwszyscy są w błędzie.A prawda jest prosta:nie przychodzimy naświat po to, żebywyrobić sobienazwisko, które potem i tak czas wymaże.Nieo tow tymwszystkim chodzi.- Więc powiedz mi: o co?Michael się uśmiechnął.- Nareszciezadałeś właściwe pytanie.Ale odpowiedz jużznasz.Znałeś ją od zawsze.- Zajrzałmi w oczy i poczułem,jak jego wzrokprzenika mnie na wylot. -"Chodzi o to, bynauczyć się kochać".- Jak gdyby dla podkreśleniatych słów,raptownie podniósł sięz krzesłairzucił na stółdwudziestodolarowy banknot.-Przemyśl to.- Zaczekaj.Jak się z tobą skontaktuję?221. Uśmiechnął się tajemniczo.- Znajdę cię.Siedziałem tampochylony nad talerzem z kanapką i frytkami, ale niemiałem apetytu.Sączyłem colę i rozmyślałem.Po dłuższej chwili podeszła do mnie kelnerka.- Pański znajomy zostawił panasamego?-Jak zwykle.- Nie smakuje panu jedzenie?-Nie,nie.Wszystko w porządku, tylko chyba nie jestemjuż głodny.- Zapakuję to panu nawynos.A podpisze mi siępan naserwetce?W moim ówczesnym stanie umysłu ta prośba wydałamisię śmieszna.Sam nie chciałbym własnego autografu, nawetgdyby był złożony na czekuinblanco.- Z przyjemnością - odparłem.- A pożyczy mi pani długopis?- Oczywiście.- Podała mi go, a ja podpisałem się jej napapierowejserwetce.Kelnerkazłożyłająna pół i wsunęła dokieszeni fartuszka.- Dziękuję.Dolać panu coli?- A pewnie.Raz się żyje.Uśmiechnęła się, zabrałamoją szklankę i poszła na zaplecze.^łlllB1^.^Rozdział 5QJ^/^Mimo póznej porynie czułem ani krzty zmęczenia.Wprawdzie przespałem się wsamolocie,ale wiedziałem, żestan pobudzeniazawdzięczam raczej spotkaniu z Michaelemniż iluś tam skradzionymgodzinom snu.Jego słowa mnie zabolały Czułem się, jakbym przyszedł na egzamin, a namiejscu się okazało, że uczyłem się nie do tego testu, co trzeba.Minąłem hotel i pojechałem drogąmiędzystanową na południe, wkierunku South Jordan,gdzie znajdował się naszdom. Wciąż padał słaby śnieg ichoć w zetknięciu zasfaltem natychmiast topniał,ruch na drogach w naszej okolicyniemal całkowicie zamarł.Tę część doliny spowijała szczególnie gęsta mgła, więc widoczność byłaograniczona.Powoli podjechałem pod dom, zatrzymałem samochód i wyłączyłemsilnik.Wszystkie światła były pogaszone, z wyjątkiem jednego:w naszej sypialni.Ciekawiło mnie, co robi Allyson.Na podjezdzie stało auto Nancy, comnie nie zdziwiło, ponieważspędzała unas każde Zwięto Dziękczynienia.Powiedzieć, że sięstęskniłem zadomem, to tak, jakby przyrównaćtętniakadomigreny Kiedy tak siedziałem w ciszy, zadzwoniła komórka.Wyświetlił sięnumer z prefiksem 310 -kierunkowy Beverly Hills.Wyłączyłemtelefon ischowałem godo kieszeni.Patrzyłem na dom.Zaledwie dwadzieścia metrów,a jakbycałe lata świetlne.Co musiałbym zrobić,żeby tam wrócić?Prawda była smutna: więcej, niż byłem w stanie.Pół godziny pózniej wróciłem do hotelu.223. Następnego dnia spałem do południa.Potem zamówiłem sobiedo pokoju świąteczny obiad w postaci pieczonegoindyka i puree z ziemniaków, co było dość żałosne, jeślisię nad tymzastanowić.Cieszyłem się, kiedy dzień wreszcie się skończył.Ku memu zaskoczeniu Michaelnie odezwał się do końca tygodnia.Także w tygodniu następnym, choć odliczaniena ekranie laptopa trwało.Jeślichodzi o kontakty z mediami,również ten tydzień upłynął względniespokojnie.Dziennieudzielałem okołotrzech do pięciuwywiadów telefonicznychdlarozgłośni radiowych.Pragnąłem znów wyjechać w trasę [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum