[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Jej jasne włosybłyszczały w świetle księżyca, tworząc interesujący kontrast z ciemnymi włosami Tory.Tory,która zdawała się raczej pochłaniać światło niż je odbijać.Kiedy stanęły tak razem, kiedy usłyszał ich głosy, wiedział już gdzie je dostanie.Będzie jak za pierwszym razem, dawno temu.Stanie się to, o czym myślał przezdługie osiemnaście lat.Zaplanowała, że wcześnie wstanie.Kiedy o ósmej obudziło ją pukanie do drzwi, Torynie była pewna, czy jest bardziej zła na siebie, że tak zaspała, czy na nowego gościa.Przecierając oczy, wygramoliła się ze swego barłogu, otworzyła drzwi.Na samym progu stał Cade.- Chyba nie będę płacić czynszu, skoro Lavelle'owie postanowili uczynić to miejsceswoim drugim domem.- Słucham?- Nic takiego.- Popchnęła bez przekonania drzwi ruchem, który bynajmniej niezachęcał do wejścia, a następnie odwróciła się.- Muszę się napić kawy.- Obudziłem cię? - Cade wszedł do środka i udał się za nią do kuchni.- Każdemufarmerowi wydaje się, że wszyscy ludzie powinni być o świcie na nogach.Ja.- Zatrzymałsię w otwartych drzwiach sypialni.- Na miłość boską, Tory, ty nawet nie masz łóżka!- Kiedyś się dorobię.- Dlaczego więc nie zatrzymałaś się u J.R.i Boots? - Ponieważ nie chciałam.- Wolisz spać na podłodze? A co to takiego? - zapytał, podnosząc z podłogi nóż.- To moje szydełko, którym robię szal.Pózno zasnęłam i jestem w złym humorze,więc lepiej uważaj.Bez słowa odłożył nóż.Gdy przygotowywała kawę, postawił na stole przyniesionyprzez siebie talerz.- Co to takiego?- Przesyłka od Lilah.- Cade oddarł z brzegu kawałek srebrnej folii.- Placek kawowy.Powiedziała, że lubiłaś jej placek kawowy z bitą śmietaną.W oczach Tory ukazały się łzy wzruszenia.Cade, nie mogąc się powstrzymać,pogłaskał japo głowie.- Powiedz jej, jak bardzo to doceniam - rzekła Tory.- Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś do nas zajrzała i sama jej to powiedziała.- Nie, jeszcze nie teraz.- Czując się już nieco pewniej, otworzyła kredens i wyjęłafiliżankę.Rzuciła krótkie spojrzenie przez ramię.Jej oczy były teraz suche i przytomne.Pomyślała, że Cade nie wygląda na gburowatego farmera.Jest opalony i szczupły.Ma staredżinsy i wyblakłą niebieską koszulę.Do kieszeni na piersi przyczepił okularyprzeciwsłoneczne.Doszła do wniosku, że uosabia hollywoodzki wzorzec dobrze prosperującego farmeraz południa, pełnego wdzięku i seksapilu.Nie miała zaufania do filmowych ideałów.- Chyba powinnam być bardziej uprzejma - powiedziała.Zauważył u Tory czteryfiliżanki i cztery spodeczki, masywne, białe.Miała maszynkę do parzenia kawy, ale nie miałałóżka.Zdążyła już ustawić półki, również białe.Jednak w domu nie było ani jednego krzesła.O czym to świadczy?Wyjęła nóż i pokroiła placek.- Pewnie zdążyłeś już zgłodnieć od rana? - zapytała.- Ten zapach towarzyszył mi przez całą drogę.- Sięgnął po talerzyki.- Może byśmy ztym wyszli na ganek? Piję kawę bez żadnych dodatków - dodał.Tory nalała dwie filiżanki.Kiedy wyszła, siedział na stopniach, oparty plecami o próg.Usiadła obok niego,popijając kawę i spoglądając na jego pola.Brakowało jej tego.W tym stwierdzeniu było więcej zdumienia niż bólu.Brakowało jej tutejszych poranków, kiedy upał był jeszcze do zniesienia, ptaki cudownie śpiewały, awokół rozpościerały się zielone pola.- Co za miły uśmiech - zauważył.- Czy z powodu placka, czy tak wpływa na ciebiemoje towarzystwo?Czar prysł.- Dlaczego tędy przejeżdżałeś, Cade?- Doglądałem pól, sprawdzałem jak idzie praca.- Odłamał róg placka.- I chciałemjeszcze raz rzucić na ciebie okiem.- Dlaczego?- %7łeby się upewnić, że jesteś taka śliczna, jaka mi się wczoraj wydałaś.Potrząsnęłagłową, spróbowała kawałek placka i od razu przypomniała sobie cudowną kuchnię pannyLilah.- A tak naprawdę?- Wczoraj rzeczywiście wyglądałaś trochę lepiej - powiedział tonem zachęcającym dodalszej rozmowy.- Ale uwzględniam fakt, iż nie wyspałaś się na tej podłodze.Robisz dobrąkawę, panno Bodeen.- Nie widzę powodu, żebyś miał się troszczyć o mnie.Niczego mi nie brak.Potrzebujętylko paru dni na zagospodarowanie się.Poza tym nie będę tutaj spędzała zbyt wiele czasu.Zajmę się urządzaniem sklepu.- Domyślam się.Zjedz ze mną dzisiaj kolację.- W jakim celu? - Kiedy nie odpowiedział, odwróciła ku niemu głowę.Miałrozbawione oczy, lekko wygięte w uśmiechu wargi.W wyrazie jego twarzy dojrzała coś,czego unikała przez lata.Nieskrywane, szczere męskie zainteresowanie.- Nie, nie.- Uniosła filiżankę, dopiła kawę.- Zdecydowana odpowiedz.Przełóżmy więc to na jutrzejszy wieczór.- Nie, Cade, dziękuję za propozycję, ale nie mam czasu ani chęci na nic z tych rzeczy.Wyciągnął długie nogi, skrzyżował je.- Zależy, co masz na myśli.Jeśli chodzi o mnie, lubię od czasu do czasu zjeść wmiłym towarzystwie.- Nie umawiam się na randki.- Jakieś religijne zasady?- To mój osobisty wybór.A teraz.- Ponieważ wyglądało na to, że zainstalował się nadobre i czuje się stanowczo zbyt pewny siebie, podniosła się z miejsca.- Przykro mi, alemuszę już zacząć dzień.I tak jestem spózniona w stosunku do mojego harmonogramu. Wstał, a kiedy zbliżył się do niej o kilka centymetrów, zobaczył, że jej oczy robią sięwiększe i czujne.- Chyba ktoś bardzo cię skrzywdził, prawda?- Prawda.- W tym właśnie rzecz, Tory.- Ponieważ nie chciał, żeby uciekła od niego, odrobinęsię cofnął.- Nie musisz się mnie bać.Dziękuję za kawę.Podszedł do ciężarówki, przystanął na chwilę i otwierając drzwi odwrócił się.- Myliłem się - zawołał, wspinając się do szoferki.- Jesteś dzisiaj tak samo śliczna.Nie zdążyła się powstrzymać i z uśmiechem obserwowała, jak zawraca na ścieżce iodjeżdża.Kiedy została sama, usiadła z powrotem.- O, cholera - mruknęła i włożyła do ust dużą porcję placka. 6Małe, niezależne prowincjonalne banki należały do wymierającego gatunku.Torywiedziała o tym od wuja, który od dwudziestu lat zarządzał Progress Bank and Trust i częstoo tym wspominał.Nawet bez rodzinnych powiązań wybrałaby ten bank i otworzyłaby w nimrachunek.Tak nakazywała strategia.Znajdował się w zachodniej części rynku, dwa domy od jej sklepu, co stanowiłododatkowe udogodnienie.Stary budynek z czerwonej cegły był starannie i ładnie utrzymany.Dodawało mu to uroku.Lavelle'owie założyli go w tysiąc osiemset pięćdziesiątym trzecimroku i nie zaniedbywali rodzinnej inwestycji. To także jest strategia - pomyślała Tory, przekraczając próg banku.- Jeśli się chceprowadzić firmę i odnosić sukcesy w biznesie w Progress, należy się trzymać Lavelle'ów.Prawie we wszystkim mieli swoje udziały.We wnętrzu banku zaszły zmiany [ Pobierz całość w formacie PDF ]

Archiwum